Minął kolejny rok – podsumowanie

Minął kolejny rok. Co zmieniło się poza tym, że stałem się starszy? Co udało się, a co nie? Najłatwiej będzie to porównać patrząc na ubiegłoroczne postanowienia i ich realizację.
Plany miałem piękne niczym plan 5-letni za czasów komuny.

Dobrze, że już rok temu zakładałem jako sukces osiągnięcie 1-2 punktów z tego planu. Minimum zrealizowałem, więc generalnie mam czyste sumienie. Wziąłem udział w targach w Poznaniu i byłem w jednym (tylko!) ze schronisk górskich.
Jednak nie do końca mnie to zadowala. Jakoś tak słabo wypada ta realizacja minimum wobec planu, jaki był na cały rok. W czym problem? Przesadziłem czy może błędy w realizacji?
Obawiam się, że po trochę jedno i drugie. Plan wyszedł spory, z „ułańską fantazją”. Teraz z perspektywy czasu wiem, że aby go zrealizować, musiałbym pracować na 100% w branży turystycznej, a nie zajmować się tematami z nią związanymi hobbystycznie.
Druga przyczyna słabej realizacji to fakt, że poza zrobieniem planu nie narzuciłem sobie żadnych „punktów kontrolnych”. Robiąc plan trzeba uwzględnić w nim terminy, a potem kontrolować etapy postępu i przygotowania.
Sam plan to tylko odrobinę bardziej sprecyzowane marzenie. Bez dalszych działań z Twojej strony plan marzeniem pozostanie.
Tym razem postanowienia i plany na 2017 zamierzam mieć mniej rozbudowane i zmieścić się maksymalnie w 5-6 punktach.
Do każdego zrobić pisemną rozpiskę z przybliżonym terminem i przynajmniej jednym działaniem z mojej strony, które będę zobowiązany sam przed sobą podjąć aby cele zostały osiągnięte.
Za to postanowieniem noworocznym będzie comiesięczne odpytywanie samego siebie z podjętych działań w celu realizacji planu rocznego.
Ostatni weekend każdego miesiąca będzie ku temu w sam raz.
Co tym razem w planie? Część punktów naturalnie przeniosę z ubiegłego roku, w końcu nie zostały zrealizowane. Część odpadnie z planów przynajmniej na razie. Co nie znaczy, że jeśli nadarzy się okazja, to nie polecę na przykład na Fuerthaventurę. Co to, to nie. Jak będzie okazja, to jej nie przepuszczę, jednak trzeba umieć oddzielać plany od marzeń. Na ten rok Wyspy Kanaryjskie i Fuerthaventura są tylko marzeniem zarówno czasowym jak i finansowym.
Planowany w okresie wakacyjnym duży remont w znacznym stopniu ogranicza moje plany co do podróży i wszelkich zajęć „pozalekcyjnych”, czyli realizowanych po pracy i w czasie ewentualnego urlopu.
Chciałem ponownie pojechać na Targi do Poznania. Ubiegłoroczny pobyt uważam za bardzo ciekawy i wart poświęconego czasu, mimo iż nie przyniósł zbyt wielu wymiernych korzyści.
Jednak tym razem termin wybrany przez organizatorów mocno mi nie pasuje, kolidując z innymi prywatnymi terminami. Z bólem serca, ale będę musiał chyba z listy planów na 2017 Tour Salon wykreślić.
Co chciałbym zostawić?

1) Jako pierwsze Schroniska. Rok temu pisałem o najmniej 10 różnych schronisk górskich PTTK (nie mniej niż 3-4 podczas jednego wyjazdu). Nauczony ubiegłorocznym doświadczeniem, entuzjazmem mojej żony do mieszkania w schronisku i „zapałem” mojego najmłodszego dziecka do chodzenia po górach ilość tę raczej zawęziłbym do 1-3 schronisk na 2017.

2) Wizyta w Toruniu. Jako że jeszcze nie byłem w tym ciekawym mieście Kopernika i pierników, a po ostatnich Targach Turystyki w Poznaniu przedstawiciele Torunia potrafili mocno zachęcić do atrakcji swojego miasta, postanowiłem je w tym roku umieścić na planie swoich podróży. Ma to być rodzinna podróż, więc większość atrakcji pod kątem dzieciaków. Już teraz wiem, że jednym z obowiązkowych punktów będzie Muzeum Piernika. Reszta do zaplanowania bliżej wyjazdu.

3) Plastinarium w Guben (Niemcy). Byłem tam kilka lat temu. Miejsce specyficzne. Mogące zmrozić krew w żyłach, a jednocześnie w jakiś sposób piękne i pociągające. Chciałbym w tym roku jeszcze raz je odwiedzić, z czego nie omieszkam zdać Wam relacji po powrocie.

4) Wizyta w co najmniej jednej z winnic Lubuskiego Szlaku Wina i Miodu (najlepiej z degustacją i noclegiem ;) ). Będzie to wyśmienita okazja do lepszego poznania województwa, jego produktów regionalnych oraz zasmakowania w lokalnym winie.

5) Odwiedziny w Tropical Island pod Berlinem. Dlaczego? Ponieważ w tym roku Fuerthaventura mi się raczej nie szykuje, a chciałbym spędzić jeden dzień pod palmami :D

6) Wizyta w Biosferze w Poczdamie – Tu także zachęca mnie wspomnienie miłego kontaktu podczas Targów w Poznaniu z panem Michałem, pracownikiem Biosfery oraz bajecznie kolorowe prospekty pokazujące roślinność i ptaki żyjące w tym miejscu.

Tym razem mniej egzotycznie z nastawieniem na Polskę i założeniem, że tym razem plan minimum to 3 z wymienionych punktów.
Co wyjdzie zobaczymy. Relację z etapów realizacji postaram się w jakiś sposób pokazywać na stronach bloga, co będzie dla mnie dodatkową motywacją do ich wykonania.
Jest jeszcze plan szkoleniowo-edukacyjny związany z pracą zawodową, a także finansowy, z którym bywa najtrudniej, bo musi sprostać zarówno życiu jak i pozostałym listom celów „podróżniczych” i „szkoleniowo-edukacyjnych”, jednak w przypadku tych list zadań na 2017 nie będę wdawał się w szczegóły.

Naturalnie zniknięcie z planów rocznych miejsc takich jak Japonia czy Rio de Janeiro nie oznacza rezygnacji z nich, a jedynie urealnienie rocznego planu.
Miejsca te nadal są gdzieś w pamięci, za moimi plecami i jeśli tylko nadarzy się okazja, to z radością je odwiedzę i Wam opiszę.

Jednak w tym roku nie planuję marzeń. Marzenia mam, a planuję cele na bieżący rok.
Również Wam życzę owocnego planowania i udanych postanowień na rok 2017 !

Powiązane linki:

Gorzów w różowych okularach 2

„Gorzów w różowych okularach 2”

Czyli kolejny film o moim mieście.

Informacja o tym, że pojawiła się druga część filmu ucieszyła mnie, bo pierwszy przypadł mi do gustu, mimo iż nie jest to kino popularne i nie da się go nazwać mega produkcją, a może właśnie dlatego.
Postanowiłem wybrać się na premierę. Jako, że ostatnio oglądałem ten film z synem, zaproponowałem mu wspólne wyjście i tym razem, na co zgodził się ochoczo.
W holu, mimo iż przyjechaliśmy dość wcześnie, było sporo osób w tym pani Dominika (reżyserka) oraz jedna z bohaterek pierwszej części filmu. Jak się później okazało także trójka z postaci będących bohaterami części drugiej.

Przejdźmy jednak do samego filmu. Tym razem początek z grubej rury, czyli bez znanej z wcześniejszego filmu zajawki w postaci spaceru w „różowych okularach”.
-Tato, a tym razem to nie patrzą przez te różowe okulary? – moja latorośl zwróciła mi na to uwagę mniej więcej w tej samej chwili, kiedy ja uznałem, że może to i dobra decyzja, bo momentami miałem wrażenie, że tego spaceru w okularach było w pierwszym filmie za dużo.

Zaczęło się spacerem boso po ogrodzie, odrealnionym podlewaniem kwiatów blaszaną konewką i opowieścią o starej szafie, która wypełniona książkami stała w pokoju bohaterki niczym brama do Narnii. Wejście do krainy Julii, buddystki, aktorki, kobiety poszukującej swojego szczęścia, a może miejsca do życia.
Kolejna postać wyrywa nas z zaczarowanej krainy Julii, a robi to grą na flecie i recytowanym wierszem. Jest to najstarszy bohater drugiej części, będący dziarskim poetą, prezentuje się wierszami podszytymi nutką ironii i dowcipu.
Chwilę później duży Fiat 125p, Sebastiana miłośnika PRL-owskiej motoryzacji i autokarów, wiezie nas prosto na koncert muzyka Kamila „Wrathu”. Koncert nietypowy, bo na dachu.
Całość ogląda się ciekawie. Opowieści o ludziach i ich zainteresowaniach. W moim odczuciu od strony technicznej film zrobiony lepiej od poprzednika.
Może nie jestem filmowcem i nie potrafię ocenić tego profesjonalnie, jednak sposób zmontowania scen, a nawet sama praca kamery wydawały mi się swobodniejsze i mające więcej „oddechu”, luzu.
To mi się podobało.

Tylko gdzieś uciekł mi klimat z pierwszej części filmu. Ta miejsko-nadbrzeżna atmosfera Gorzowa zalana różowym sosem. Tym razem mamy dokument o ludziach i ich pasjach, jednak nie czułem w nim związania z Gorzowem poza kilkoma ujęciami katedry czy wiaduktu nad Wartą. Nowy film opowiadał o ludziach i ich mniej lub bardziej nietypowych zainteresowaniach. Jednak tak naprawdę mogli to być ludzie ze Szczecina, Poznania czy Nowej Soli.
W części pierwszej mieliśmy „kotwicę” w postaci sympatycznej właścicielki „Letniej”. Restauracji, która jest wrośnięta we współczesny Gorzów. Kto nie wie, gdzie są miejsca takie jak Bułki z pieczarkami, Studnia Czarownic czy Letnia, ten nie mieszkał w Gorzowie.
Inna bohaterka pierwszego filmu pokazana podczas malowania nadwarciańskich pejzaży, czy gorzowskich parków opowiadała z sentymentem o mieście i pokazywała go w swoich pracach. W nowym filmie takich osób i miejsc mi zabrakło.

Podsumowując, film ciekawy, wart obejrzenia i poznania nowych ludzi, którzy odważyli się w nim na ekshibicjonizm umysłu i duszy, pokazując swoje pasje innym.
Jednak brak w nim tej odrobinę nierealnej atmosfery z pierwszego filmu, tworzonej przez zabieg „spaceru w różowych okularach”, magicznego pana w meloniku oraz miejsc i ludzi wrośniętych w tradycje i ducha miasta.
Film wciąż na temat ludzkich pasji i człowieczeństwa. Moim zdaniem oglądanie części drugiej powinno być poprzedzone wcześniejszym zapoznaniem się z pierwszym filmem.

Po prezentacji była krótka rozmowa z reżyserką i trójką z czworga postaci pokazanych w czasie seansu. Można było zadawać pytania i poznać ich bliżej.
Ze zdań wypowiedzianych przez bohaterów filmu i rozmów z reżyserką wynikało, że jest ona nie tylko reżyserką, ale i sprytnym psychologiem potrafiącym namówić zwykłych „niezwykłych” ludzi do otworzenia się przed kamerą.
To oraz błysk pasji w oku pani Dominiki, gdy mówiła o filmie sprawia, że jest szansa na kolejną część dokumentu o Gorzowie, czy może raczej o Gorzowianach.

Powiązane linki:

Country Garden Phoenix Hotel Changsha

Zapowiadany artykuł o możliwości i sposobach odzyskania rekompensaty od linii lotniczych przesuwa się w czasie z powodów technicznych. Chcę zrobić go na przykładach realizacji takiej rekompensaty samodzielnie i z udziałem firm zajmujących się taką usługą. Case study do wersji samodzielnej mam już zrobione, jednak działanie za pośrednictwem firmy przedłuża się, a chciałbym pokazać Wam oba przykłady. Stąd też i kolejne przesunięcie tekstu o rekompensatach. Mam nadzieję, że już ostatnie, bo podobno wyrok zapadł (nawet już prawomocny).

Tymczasem dla zainteresowanych Azją niewielki tekst o jednym z hoteli w Changsha, w którym nocowałem kilka razy.

phoenix_dark

Country Garden Phoenix Hotel Changsha, po zmierzchu…

Hotel nazywa się Phoenix, a dokładnie Country Garden Phoenix Hotel Changsha
Jest on położony na czymś w rodzaju niewielkiej wyspy, do której dociera się mostem.

bridge

Już most prowadzący na wyspę i do hotelu oddaje jego stylistykę.

Z zewnątrz bardzo efektowny, sprawia wrażenie małego pałacu, kościoła. Wewnątrz jest jeszcze efektowniej. Marmury, kolumny, złocenia, malowidła na ścianach i suficie…

phoenix_entry

Michał Anioł wciąż żyje tylko ukrywa się w Changsha :)

Pierwszy raz, gdy wszedłem do tego hotelu, szczęka mi opadła, a w głowie pojawiło się zdanie… „Ja pierdzielę, będę spał w Kaplicy Sykstyńskiej!”. I tak powinno być, w końcu to hotel pięciogwiazdkowy.
Jednak, jak z wieloma rzeczami w Chinach, efekt „WOW” jest tylko na początku. Chiny tak mają, lubią uderzyć ogromem, blichtrem i kalejdoskopem barw, a potem, jak się przyjrzysz, widzisz niedociągnięcia i wady.

Podobnie z hotelem Phoenix. Zaraz przy wejściu, na prawo jest całkiem spora recepcja. Obsługiwana przez dwie do czterech osób. Zazwyczaj da się z nimi dogadać po angielsku, ale nie jest to łatwym zadaniem. Jak w większości hoteli w Chinach tak i tu na recepcji można wymienić walutę, jednak to już jest wyzwanie na granicy możliwości obsługi. Podczas jednego z pobytów w tym hotelu aby wymienić walutę robiłem trzy podejścia. Dopiero przy trzecim znalazł się na recepcji ktoś na tyle ogarnięty, że potrafił to zrobić, choć zajęło to i tak około 15 minut.
Prośba o pokoje dla niepalących zostanie spełniona, ale często to wygląda tak, że pani z obsługi szybko przed Twoim przyjściem do pokoju wynosi z niego… popielniczkę i jeśli ma, to spryska pokój odświeżaczem. Efekt, jak można się spodziewać, średni.

phoenix_korytarz

Pokoje duże, to na plus, ale jak dotąd wszystkie hotele w Chinach, w których spałem, miały duże pokoje i łazienki. Stylistyka nawiązująca do całego wnętrza i bryły hotelu, czyli na bogato, ciężko i ze złoceniami. Oświetlenie dość słabe, żeby nie rzec marne. Przy tej wielkości pokoju, wysokim suficie niewielkie lampki rozmieszczone w pomieszczeniu pozwalały się wieczorem sprawnie poruszać między pokojem czy łazienką, ale np. czytanie stawało się męczącą czynnością, którą ciężko wykonywać dłużej niż godzinę, nawet trzymając książkę bezpośrednio pod jedną z małych lampek, co nie jest za wygodne.

Standard typowy dla regionów Chin położonych na południe od Żółtej Rzeki, czyli klimatyzacja działa dość sprawnie, ale nie ma ogrzewania. W pokoju do dyspozycji telefon, czajnik elektryczny, kawa, herbata, woda butelkowana oraz w szafie ukryte szlafrok, kapcie, żelazko, deska do prasowania i parasol.

W łazience pełen zestaw, począwszy od mydełka i szamponu, skończywszy na jednorazowym grzebieniu, szczoteczce do zębów czy maszynce do golenia. Bez zarzutu! O dziwo łazienka oświetlona o wiele lepiej niż reszta pokoju, więc miłośnikom wieczornego czytania polecam wannę lub siedzenie na ”tronie”, czyli wygodny sedes, koło którego do dyspozycji jest nawet drugi hotelowy telefon.

Jadalnia na parterze, na wprost głównego wejścia do hotelu. Dość duża, w formie szwedzkiego stołu, na który gorące dania są wystawiane i uzupełniane przez obsługę. Dodatkowo na stanowisku kuchennym kucharze mogą przyrządzić Ci omlet lub jajecznicę z dodatkami. Samemu można też sobie skomponować chińską zupę ze składników dostępnych na stole i jednego z proponowanych danego dnia wywarów. Spory wybór owoców.
Kawa, herbata i soki… trudne do wypicia. Generalnie kolejny raz potwierdza się fakt, że kawa nawet w przyzwoitych chińskich hotelach rzadko jest pitna. Ten nie odbiega od normy, a dodatkowo „soki” sprawiają wrażenie, jakby były robione z najtańszych koncentratów rozrobionych kranówką. Generalnie duży minus za napoje. Jedzenie dość przyzwoite i spory wybór, jednak menu typowo chińskie. Jedni mogą uznać to za zaletę, inni za wadę, rzecz gustu. Pewnie jest to wynik tego, że większość gości hotelowych to Chińczycy, ewentualnie wycieczki z Korei. Podczas żadnej z wizyt w tym hotelu, a byłem tam już chyba cztery razy, nie zdarzyło się, żebym na posiłku spotkał więcej niż 1-2 osoby z Europy czy Ameryki.

phoenix_food

Chińskie jedzenie, dla mnie niebo w gębie. Choć czasem smak nie pasuje do wyglądu potrawy.

Obsługa kelnerska w dość sporej liczbie raczej unika klienta. Dogadanie się z nimi po angielsku mocno utrudnione. Rzadko sprzątają na bieżąco, bardziej skoncentrowani na jak najszybszym posprzątaniu po gościu, który już od stołu odszedł.
Popołudniami stołówka pełni funkcję kawiarniano-restauracyjną.

Obsługa, jak już wspomniałem, dość słabo radzi sobie językowo, do tego sprawia wrażenie lekko wypłoszonej obcokrajowcem mówiącym w barbarzyńskim języku zachodu. Jednak jak już zdecyduje się zaangażować, to nie można odmówić im tego, że starają się (jak mogą).
Otoczenie hotelu bez rewelacji, mały supermarket i warzywniak. Budynek hotelu łączy się z czymś w rodzaju dyskoteki, pubu karaoke i czort wie czego jeszcze, czyli popularnego w Chinach tzw. KTV.

Doradzam dużą dozę ostrożności w kontaktach z obsługą i miejscowymi w KTV. Nie miałem o tym okazji się przekonać, ale podobno można tam zostać naciągniętym na sporą kwotę. Szczególnie w weekendowy wieczór.

Ciekawsza okolica wymaga wyjścia poza teren wyspy i przejścia spacerem około 30 minut. Wtedy możemy trafić do niewielkiego parku lub centrum handlowego ze sporą liczbą sklepów i restauracji.
Generalnie hotel nie jest zły, ale ma swoje minusy.
Podsumowując, hotel położony w ciekawym miejscu, efektowny wizualnie, pokoje duże i wygodne, choć nie dla miłośnika wieczornej lektury. Jedzenie bogate, ale mocno lokalne, napoje kompletnie do bani. Obsługa stara się jak może, czyli na ile pozwala jej znajomość języka.
W mojej ocenie na 5 punktów Country Garden Phoenix Hotel Changsha lokuje się gdzieś pomiędzy 3+ a 4-
Mam nadzieję, że już wkrótce uda się wpis na temat rekompensat od linii lotniczych chyba, że jeszcze wcześniej będę miał okazję opisać Wam nowe egzotyczne miejsca.

Powiązane wpisy:

Nauki czas – czyli kurs chińskiego od podstaw

Jeśli czytaliście wcześniejsze wpisy na blogu, pewnie wiecie, że zdarza mi się bywać w Chinach. Jednak pomimo kilkunastu wizyt w Kraju Środka nie znam języka chińskiego. Może poza garstką pojedynczych słów, których nie sposób było się nie nauczyć tyle razy tam będąc.

Na miejscu w zupełności wystarcza mi znajomość języka angielskiego. Nie chciałbym jednak Was zmylić, że to znaczy, iż znając angielski dogadacie się bez problemów w Chinach. Mnie to się udaje, ponieważ bywam tam w ramach wykonywanych zadań w pracy. Czyli spotykam się z ludźmi w fabryce, którzy są przygotowani do kontaktu z anglojęzycznym obcokrajowcem. Jednak na ulicy większość Chińczyków, których zagadasz językiem Makbeta, w ogóle Cię nie zrozumie albo speszeni (choć uśmiechnięci) wydukają dwa, trzy słowa po angielsku typu: sorry, I don’t know.

Nawet w hotelach bywa różnie. W tych dużych, droższych, nastawionych na bogatego turystę obsługa radzi sobie z angielskim. Jednak w mniejszych hotelach bywa to już problemem. Zaś hotele w małych miejscowościach stają się wyzwaniem językowym.

Postanowiłem spróbować tego wyzwania sam. Wiem, język podobno trudny, bez nauczyciela jak tu się nauczyć…

Jednak ja nie potrzebuję mówić tym językiem płynnie. Angielski w Chinach jest wystarczający na moje potrzeby (80% czasu w Chinach to fabryka lub hotel, gdzie angielski jest jak najbardziej OK). Dlatego uznałem, że inwestowanie w lekcje języka, którego znajomość nie jest jakimś priorytetem nie ma sensu. Po chwili poszukiwań wybrałem wydawnictwo Edgard i jego kurs Języka Chińskiego.

Podręcznik przyszedł zapakowany dość solidnie.

Sama książka rozmiarem nie powala- ani grubością, ani wielkością. Coś pomiędzy kieszonkowymi mini rozmówkami, a pełnoprawnym podręcznikiem do nauki języka. Z drugiej strony nie miał to być podręcznik akademicki ani minirozmówki, tylko Kurs Podstaw Języka Chińskiego, więc rozmiar wydaje się być dopasowany do treści.

Jakość książki także adekwatna do ceny i założeń edukacyjnych. Okładka miękka, ale z grubszej gramatury kartonu z połyskiem. W środku tekst i grafiki dość monochromatyczne – czerń i odcienie szarości i niebieskiego. Dość długi wstęp o samym języku chińskim wraz z informacją, jak artykułować litery czy też zlepki liter po chińsku (często sposób czytania tej samej litery jest baaardzo różny w porównaniu do polskiego). Całość jest podzielona na 11 lekcji.

Wydawać by się mogło, że 11 lekcji to mało. Zazwyczaj jak ktoś chodzi na kurs językowy, ma co najmniej 1h zajęć tygodniowo, czyli 11 lekcji skończyłby po 3 miesiącach. Przypominam jednak – to tylko (i aż ) kurs podstawowy. Do tego wiem z własnego przykładu, że nie są to godzinne lekcje. Żeby dobrze przebrnąć przez cały temat, trzeba poświęcić znacznie więcej niż jedną godzinę na jedną lekcję.

Dużą zaletą podręcznika są aż trzy płyty dołączone do książki, dzięki czemu mamy sporą próbkę języka. Jest to dość ważne szczególnie, że w moim odbiorze podręcznik ma głównie nauczyć mówić po chińsku. Co jest nawet logiczne w przypadku podstaw języka. Przecież nawet dzieci najpierw uczą się mówić, a potem dopiero pisać.

cd1

Płyty z nagraniami i programem bezpiecznie zapakowane w oddzielnym pudełku.

Każda z lekcji dodatkowo jest uzupełniona krótkimi informacjami na temat zwyczajów i ciekawostek o Chinach.

Choć dobrnąłem jak na razie do połowy z 11 lekcji, to już miałem okazję sprawdzić jego przydatność w czasie krótkiej wizyty gości z Chin w firmie, w której pracuję. Byli mile zaskoczeni moim wzbogaconym słownictwem (jak dotąd w ich języku moja komunikacja kończyła się na dzień dobrydziękuję). Zaś w małą frustrację wprawiła ich informacja „zakaz fotografowania” powiedziana po chińsku :)

Mam nadzieję, że podczas kolejnej wizyty czy to mojej w Chinach, czy chińskich gości w Polsce, będę miał okazję zaskoczyć ich jeszcze bardziej.

Jedno wiem na pewno, nie jest to podręcznik do nauki pisania. Choć już w pierwszych lekcjach są podstawy chińskiej kaligrafii, wraz z informacjami choćby o kolejności pisania kresek w chińskich „krzaczkach”, to nie jest to zestaw nastawiony na naukę pisania. Książka i płyty mają nauczyć cię podstawowych zwrotów i bazy językowej do komunikacji, czy to w hotelu czy w chińskiej restauracji.

Mam wrażenie, że spełniają swoje zadanie dobrze, choć warto jeszcze uzupełnić tą kolekcję choćby o jakiś zestaw fiszek.

Dodam tylko na koniec, że wpis nie jest komercyjny i jeśli kupisz ten podręcznik ja nie będę miał z tego żadnej korzyści, poza hipotetyczną satysfakcją namówienia kogoś do nauki egzotycznego języka. Za podręcznik chciałbym podziękować miłej pani Małgorzacie z wydawnictwa Edgard, która przesłała mi go pozwalając dzięki temu przetestować podręcznik i jego zalety.

Po kolejnym spotkaniu z chińczykami postaram się dopisać tu dwa, trzy zdania o końcowych efektach edukacji z podręcznikiem wydawnictwa Edgard.

Podsumowanie wizyty w Karkonoszach

Podsumowanie wizyty w Karkonoszach

Ostatnie kilka wpisów na blogu było poświęcone pobytowi w Karpaczu i jego okolicach. Podsumowując, pobyt, choć niezbyt długi, uważam za udany. Niestety siedem dni to mało, żeby połazić po górach, czego głodny jechałem do Karpacza. Ktoś powie: tydzień to mało?! Niestety tak, jeśli się jedzie z dwójką dzieci, a wokół jest sporo atrakcji dla małolatów. Kolorowych, hałaśliwych, szybkich i krzyczących: „ weź mnie! Wejdź do mnie! Kup mnie!”.

Przy czteroosobowej rodzinie podczas pobytu w Karpaczu nawet w opcji z pełnym wyżywieniem trzeba liczyć 60-100 zł dziennie na same bilety. Wejście do Parku Linowego, zjazd ikoną Karpacza jaką jest chyba już KOLOROWA, wejście do KARKONOSKICH TAJEMNIC czy PARKU BAJEK.
I to mówimy tylko o wejściach, bo zazwyczaj już po zakupieniu biletu wewnątrz czeka na nas wiele pamiątek gotowych do zakupienia.

DSCN9620

Chojnik zdobyty po wyczerpującym marszu żółtym szlakiem.

Przy dwójce dzieci niewiele zostaje czasu na wycieczkę po górach. My przez siedem dni pobytu możemy do „wspinaczki” zaliczyć tylko rodzinne wejście na Chojnik żółtym szlakiem (który do dziś wypomina mi żona twierdząc, że chciałem ją i dzieci zamęczyć) oraz męską wyprawę do schroniska Łomniczka, którą odbyłem z synem.

Przy czteroosobowej rodzinie podczas pobytu w Karpaczu nawet w opcji z pełnym wyżywieniem trzeba liczyć 60-100 zł dziennie na same bilety. Dobry przykład to Chojnik, aby wejść na niego musisz kupić bilety dwa razy! Na szlaku za przejście Parkiem Krajobrazowym i za wejście na zamek.

W nawiązaniu do pamiątek czyhających w każdym miejscu Karkonoszy, to w schronisku, w którym nie ma prądu i idzie się do niego spory kawałek czasu po górskim szlaku też można znaleźć sporą kolekcję pamiątek. Pamiętajcie tylko, że potem trzeba znieść je na dół ;)

DSCN9895

Widok z polanki przed schroniskiem Łomniczka

DSCN9894

Syn dzielnie pozuje, ze wzrokiem wbitym w wyczekiwaną i schłodzoną butelkę Fanty, która stała na ławce za mną.

Wielu osobom wydaje się, że góry są lepsze od morza, ponieważ jak nie ma pogody (patrz słońca), to nad morzem nie ma co robić, a w górach jest. Coś w tym jest. Sam tak uważałem. Przecież po górach można wędrować też w chłodniejsze dni.
Jednak jak leje deszcz sytuacja czy to nad morzem, czy w górach jest taka sama. NIE MA CO ROBIĆ.
Większość atrakcji jest na otwartym terenie. (Jednym z nielicznych wyjątków w Karpaczu są Karkonoskie Tajemnice).

Jak leje, zwiedzanie Parku Bajek nie jest fajne. Park linowy w deszczu czy zjeżdżalnia Kolorowa… hmmm powodzenia, o wspinaczce nawet nie wspomnę.
Dobrze wcześniej przygotować się na w deszczowe dni. Tak, aby nie zamęczyć się wzajemnie na urlopie w małym hotelowym pokoiku. W niektórych ośrodkach są baseny, ale przy dłuższych opadach one też mogą się znudzić, dlatego warto zabrać ze sobą na deszczowe dni jakąś grę planszową, karty lub tablet.

My w pogodę trafiliśmy tak na 60%.
Trafiły się nam też deszczowe dni, które zapełniliśmy basenami Aquaparku Sandra Spa, grą w karty i wizytą w Karkonoskich Tajemnicach.
Wyjazd wydaje mi się że był atrakcyjny głównie dla dzieciaków. Dla nas (rodziców) wypoczynek średni. Najbardziej zrelaksowałem się spacerem na Łomniczkę, ale to jest to, po co chcę jeździć w góry.

Może w przyszłości, gdy dzieci staną się nastolatkami, będzie to bardziej do zrealizowania. Szczególnie, że syn po wizycie w schronisku Łomniczka połknął bakcyla i nawet chciał kolejnego dnia wybrać się do innego, dalszego schroniska. Niestety wtedy pogoda nam się posypała.
Podsumowując, Karkonosze na rodzinny wyjazd polecam. Jest tam mnóstwo atrakcji. Każdego dnia można znaleźć dla siebie rozrywkę, jednak obalam mit mówiący, że w czasie brzydkiej pogody jest co robić w górach. Jeśli się nie przygotujecie na deszcz, będzie tak samo słabo jak nad morzem.

Czy warto? Pewnie, że warto, tak samo jak trzeba… Co trzeba? Przygotować się na deszcz podczas wczasów z dziećmi :)

Powiązane linki i wpisy:

Kolorowe Jeziorka

Kolorowe Jeziorka – czyli co człowiek zabrał natura odebrała.

5049’ 46.82” N

1558’ 24.56” E

Pewnie niewielu z Was o nich słyszało. Tymczasem są one dość blisko Karpacza. Mogą być częścią szlaku pieszego na Wielką Kopę. Czym są Kolorowe Jeziorka? Dokładnie tym, co mówi ich nazwa.

DSCN9815

Słupy graniczne przy Błękitnym Jeziorku, pozostałość po kopalni „Neue Gluck” z widoczną datą 1806

Są to cztery kolorowe jeziorka położone na szlaku na Wielką Kopę na terenie Rudawskiego Parku Krajobrazowego.  Powstały w wyniku działalności wydobywczej człowieka, zaś ich kolory są efektem zabarwiania się wody od wciąż obecnych w tych ziemiach minerałów. Są niczym więcej jak wyrobiskami po kiedyś obecnych w tych miejscach kopalniach, które pozostawione przez człowieka ponownie objęła we władanie przyroda.

DSCN9743

Częściowo wyschnięte Żółte Jeziorko.

Jeziorka to dobre określenie, ponieważ jeziorami nie da się ich w żaden sposób nazwać ze względu na rozmiar. Każde z jeziorek ma swój kolor i specyfikę. Szlak wzdłuż kolorowych jeziorek nie charakteryzuje się niczym specjalnym poza… jeziorkami.

DSCN9740

…i wciąż „mokra” część Żółtego Jeziorka.

Jednak to w zupełności wystarczy aby uczynić spacer wokół nich atrakcyjnym, przynajmniej dla osób lubiących włóczenie się po niezbyt wysokich górkach i bliskość natury. Atmosfera wokół jeziorek jest iście magiczna. Cisza, piękny las, wzgórza i górki. Trasa nie jest nadmiernie oblegana, ponieważ leży na uboczu od głównych arterii Karkonoszy, jakimi są Śnieżka, Karpacz i Szklarska Poręba. Jest to miejsce, w którym można odpocząć od zgiełku turystów po wizycie w Świątyni Wang czy zakupach „pamiątek” w centrum Karpacza.

Nic dziwnego, że np. opuszczone sztolnie upodobały sobie nietoperze, a w okolicy jeziorek można zaobserwować przeróżne rzadkie rośliny i zwierzęta, często także te chronione.

DSCN9771

Purpurowe Jeziorko, jak dla mnie najbardziej efektowne wizualnie.

Same jeziorka generalnie nie mają żadnej lub prawie żadnej infrastruktury turystycznej. Na początku trasy jest wykarczowana polana pełniąca funkcję parkingu, oczywiście płatnego, o czym informuje  zaradny pan przybiegający z niewielką ulotką na temat Kolorowych Jeziorek.

Koszt parkingu to 10 zł od samochodu osobowego. Około 500m poniżej oficjalnych parkingów, bliżej ostatnich zabudowań miejscowi proponują parkowanie jeszcze przystępniejsze cenowo. To właściwie poza dojazdem cały koszt wyprawy nad Kolorowe Jeziorka.
Zaraz za parkingiem, tuż przy pierwszym jeziorku, jest zagospodarowany ławeczkami placyk z niewielkim punktem gastronomiczno-pamiątkarskim. Gdy my tam dojechaliśmy około 16-tej, państwo właśnie zwijali kramik. Koło ich stoiska dwa Toitoi-e niestety zamknięte na klucz, który jest w posiadaniu nie wiadomo kogo, więc za potrzebą trzeba iść i tak w pobliskie krzaki. Przy jeziorkach są ławeczki, na których można przysiąść i odpocząć oraz tablice informacyjne z opisem jeziorka i jego specyfiki, czyli powstania oraz okolicznej zwierzyny czy roślinności. Według ulotki wręczanej na parkingu, w pobliżu jest także możliwość skorzystania z pola namiotowego i kempingowego, a nawet wynajęcia instruktora nordic walking.

DSCN9788

Błękitne Jeziorko, to dla odmiany jest najbardziej nastrojowe. Klimat jak z baśni i legend.

DSCN9787

DSCN9792

Jedna z tabli edukacyjnych opisująca Błękitne Jeziorko

My potraktowaliśmy to miejsce jako uzupełnienie wycieczki do Parku Miniatur w Kowarach i Pałacowej Bawialni, które pozwoliło się wyciszyć na łonie natury i wrócić spokojnie do ośrodka wypoczynkowego na kolację.

DSCN9800

Jak pisałem, jeziorka są cztery: Żółte, Purpurowe, BłękitneZielone. Pierwsze trzy dość blisko koło siebie. Przejście z pierwszego jeziorka do trzeciego powinno zająć nie więcej niż godzinę włącznie z sesją fotograficzną i małym przystankiem przy każdym ze zbiorników wodnych. Jednak czwarte najwyżej położone jeziorko jest już większym wyzwaniem, a przy okazji może być rozczarowaniem. Czemu? Ponieważ droga do niego jest dość słabo oznakowana, idzie się praktycznie tyle co do wcześniejszych trzech. Dodatkowo, o czym nie wspomniał nam pan na parkingu, czwarte jeziorko położone najwyżej i najmniejsze w porze letniej ma zwyczaj wysychania. Generalnie, ono jest tylko w czasie jesiennych deszczów czy wiosennych roztopów. My byliśmy tam w lipcu i czwarte jeziorko okazało się być dość głęboką dziurą w ziemi… Szliśmy we dwie rodziny z czwórką dzieci, podejrzewam, że wiedząc o tym wcześniej, zakończylibyśmy spacer na jeziorku błękitnym.

czwarte jeziorko położone najwyżej i najmniejsze w porze letniej ma zwyczaj wysychania. Generalnie, ono jest tylko w czasie jesiennych deszczów czy wiosennych roztopów.
Nasza niewiedza sekretu sezonowości czwartego jeziorka miała ten plus, że zażyliśmy więcej ruchu i relaksowaliśmy się na łonie przyrody o prawie godzinę dłużej. Jednak dzieci rozczarowane czwartym jeziorkiem zrobiły się już marudne, więc dalszy spacer na Wielką Kopę już sobie odpuściliśmy. Szczególnie, że brzuchy też burczącym dźwiękiem wskazywały nam inny azymut.

Powiązane linki i wpisy:

 

 

Park Bajek – Karpacz

Miejsce bajkowe, aczkolwiek są to bajki lekko zakurzone.
Świat bajek jest położony niedaleko Hotelu Mercure Karpacz Resort i Sandra Spa (około 10 min pieszo główną drogą w kierunku przeciwnym do centrum Karpacza).

Dla zmotoryzowanych dość duży bezpłatny plac parkingowy. W pobliskim pensjonacie istnieje możliwość płatności kartą za wejście na teren parku, jednak szybsza opcja to płatność gotówką.

Czym jest Park Bajek? Ciężko wytłumaczyć jednym słowem. Ani to muzeum, ani plac zabaw, a wszystko po trochu. Park bajek jest położony przy budynkach pensjonatu Bavaria i chyba początkowo był jedynie ich placem zabaw. Takie przynajmniej odnoszę wrażenie. Na dość dużym terenie mamy sporą ilość gablot/wystaw w których prezentowane są scenki z bajek. Zazwyczaj jest to kilka kukiełek umieszczonych w scenografii związanej z bajką. Nie są jednak ani ruchome ani w jakiś efektowny sposób oświetlone, (przynajmniej za dnia może wieczorem wygląda to efektowniej).

DSCN0021

Jaś i Małgosia...

Jaś i Małgosia…

Przy każdej z gablot jest guzik pozwalający uruchomić lektora czytającego skróconą wersję bajki pokazywanej w gablocie. Przed wystawkami są ławeczki na których można usiąść słuchając opowieści. Gablot jest na tyle dużo, że obejście i wysłuchanie każdej zajmie Wam co najmniej 30-40 minut. Niestety po samych gablotach widać, że nie są już pierwszej nowości. Niektóre mają połamane elementy obudowy, pokryte są kurzem i pajęczynami. Generalnie można je by było odświeżyć, choć mojej 6 letniej córce to nie przeszkadzało i była zachwycona.

DSCN0032

Titelitury i wielkie dziury ;)

Poza bajkowymi gablotami większość dzieci intryguje strzelnica z gumowymi piłeczkami i spory ciekawie zrobiony plac zabaw. Jednak główną atrakcją okazuje się być pontonowa zjeżdżalnia po torze ze sztucznej nawierzchni. Dzieciaki szalały za tym, a i niektórzy dorośli chcieli skorzystać z oferty. W cenie każdego biletu wejściowego jest jeden zjazd pontonem, potem można dokupić więcej w zależności od chęci u dzieciaka i zasobności portfela u rodziców.

Strzelnica, trafić do celu nie jest łatwo :D

Strzelnica, trafić do celu nie jest łatwo :D

[huge_it_portfolio id=”3″]

Przy wejściu jest też bufet, choć niewielki to dość smaczny. Podczas naszej wizyty przetestowaliśmy całkiem dobrą, domową pomidorówkę i przepyszne gofry.

Po zabawie czas na przekąskę. Mały bar w #ParkBajek serwuje pyszne gofry. #Karpacz #food #classic

A photo posted by Sebastian (@ekonomicznapremium) on

Podsumowując, atrakcja nie jest pierwszej świeżości, jednak ma swoje plusy. Do zalet należy darmowy parking, bilet całodniowy (można opuścić park i wejść np. po południu z tym samym biletem), możliwość zjazdu w cenie biletu (szkoda, że tylko jednego) oraz całkiem przyjemny plac zabaw.

Kolejna atrakcja na dobrą pogodę ponieważ cały Park Bajek jest „pod chmurką”. Dla dorosłych raczej nuda i nic ciekawego, ale za to jest okazja do posiedzenia i wypicia kawy na ławce, gdy dzieciaki słuchają bajek, bawią się na placu lub szurają tyłkiem po torze na pontonie.

Powiązane wpisy i linki:

W krainie liliputów – Kowary

W krainie liliputów – Kowary
Park Miniatur Zabytków Dolnego Śląska – Kowary

50° 47′ 55”, 15° 50′ 2” lub 50.798625, 15.834152

Będąc w Karpaczu warto odwiedzić Park Miniatur Zabytków Dolnego Śląska. Jest on stosunkowo blisko Karpacza – około 25 minut jazdy samochodem, ale bez większych problemów można tam się także dostać lokalnymi autobusami . Pewnie da się także wykupić „lokalną” wycieczkę w Karpaczu do Kowar (jest to jednak opcja najdroższa).

Park miniatur w Kowarach jest jednym z efektowniejszych, jakie widziałem. Prace modelarzy są nad wyraz precyzyjne i jest ich naprawdę dużo, zarówno w otwartym terenie jak i w budynku.

DSCN9715

Polecam wizytę w bezdeszczowy dzień, kiedy można docenić uroki „ścieżki miniatur” na dość dużym terenie parku.

DSCN9696

Śnieżka.

Bilet nie ma ograniczeń czasowych, więc można oglądać choćby cały dzień.

Parking bezpłatny, choć bywa na nim ciasno. Droga dojazdowa od głównej trasy do parkingu i parku miniatur wyglądem nie zachęca, na szczęście jest krótka wiec nie zniechęcać się!
W cenie biletu jest przewodnik, który czeka na zebranie się większej grupy kilku, kilkunastu osób, po czym oprowadza po terenie parku, opowiadając o mijanych budowlach. Powiem szczerze, że pani przewodniczka zrobiła na mnie wrażenie osoby naprawdę przygotowanej i lubiącej swoją pracę. Opowiadała o poszczególnych budowlach z pasją, przekazując gościom ciekawostki, zarówno architektoniczne jak i związane z realizacją budowli w parku miniatur.

DSCN9700

Na mnie największe wrażenie zrobiła miniatura zamku Książ. Mimo iż w zamku tym byłem dwukrotnie, to dopiero w parku miniatur, patrząc na model budowli, zdałem sobie sprawę, jak ogromne jest to zamczysko.

Zaś dzięki modelarzom z Kowar miałem niepowtarzalną okazję zobaczyć, jak z ukrytych podziemi zamku wyjeżdża słynny „Złoty pociąg”. Ja już wiem, gdzie on jest ukryty ;)
Na terenie parku jest też niewielki punkt gastronomiczny, pozwalający na chwilę odpoczynku i zaspokojenie „małego głodu” pierogami czy hamburgerem z frytkami.

Jeśli w waszym towarzystwie będą też młodsze osoby, po przeciwnej stronie parkingu na wprost wejścia do parku miniatur jest Pałacowa Bawialnia – kolejny park rozrywek dmuchanych i skakanych, czyli najbardziej wypasiony kompleks zamków dmuchanych, jaki widziałem w jednym miejscu.

DSCN9731

Pałacowa Bawialnia pozwala poskakać i popływać.

Bilet jest dość drogi, jednak podobnie jak wcześniejszy, bez ograniczeń czasowych i upoważnia do korzystania z każdego z dmuchańców. Pokazanie biletu z Parku Miniatur uprawnia do symbolicznej zniżki 10%. Dorośli na teren Bawialni wchodzą za darmo i mają okazję posiedzieć na ławeczkach, patrząc na swoje pociechy.

DSCN9732

Podsumowując, park miniatur w połączeniu z Pałacową Bawialnią może pozwolić nam sympatycznie i ciekawie zagospodarować sporą część dnia podczas rodzinnego pobytu w Karpaczu. Jednak mimo możliwości darmowego wypożyczenia na miejscu parasolek, jest to dla mnie atrakcja raczej na pogodny i bezdeszczowy dzień.

Powiązane wpisy i linki:

Strona Parku Miniatur Zabytków Dolnego Śląska
Huta Szkła Kryształowego Julia – Piechowice
Karkonoskie Tajemnice – Karpacz – muzeum legend które mnie zauroczyło.

Karkonoskie Tajemnice

Karkonoskie Tajemnice – czyli opowieści o Duchu Gór

Pewnie wielu z Was było na Śnieżce. Jeszcze więcej w Szklarskiej Porębie czy Karpaczu. Jednak czy znacie wszystkie legendy tych gór?

Jeśli nie, polecam odwiedziny w niepowtarzalnym centrum wiedzy o tym regionie, jakim są Karkonoskie Tajemnice. Znajduje się on na końcu niewielkiego deptaku w Karpaczu. W miejscu w którym się kończy część ulicy wyłączona z ruchu samochodowego. Blisko skrzyżowania dróg prowadzących w górę do świątyni Wang. Prawdziwy dom tajemnic na rozdrożu…

Muzeum czynne codziennie od 10-18, jednak szczególnie w weekendy, warto zadzwonić i spytać o godziny dla gości indywidualnych. Grupy zorganizowane potrafią zapchać „przepustowość” Karkonoskich Tajemnic.

Poznacie tam wiele opowieści o Duchu Gór. Historii bardziej i mniej znanych. Jest to specyficzne muzeum, ponieważ wewnątrz kryją się regionalne legendy podane w formie, której by się nie powstydzili wykonawcy scenografii do filmów fantasy.

Już przed wejściem wita nas tajemnicza zwierzęco – ludzka postać Ducha Gór.

dgor

 

W środku poszczególne legendy i lokalne opowieści przeplatają się z tajemniczymi znaleziskami z Karkonoszy. Magiczne miejsce otacza zwiedzających półmrokiem, dźwiękami i niesamowitą paletą tajemniczych świateł i kolorów.

DSCN9950

Zwiedzający mogą oglądać i słuchać legend w małych grupkach przed witrynami z ruchomymi postaciami, które są bohaterami opowieści. Ci, którzy preferują bardziej intymny kontakt z Duchem Gór, mogą zadzwonić do niego z jednego z kilku bajkowych telefonów i wysłuchać opowieści.

DSCN9954

Dla maniaków komputerów i gier także się coś znajdzie – możliwość stworzenia własnej hybrydy ducha gór na dotykowych ekranach i wysłania go e-mailem czy gra pozwalająca odkryć kamień filozoficzny.

DSCN9931

Kostur Ducha Gór, według opisu replika kostura rzeczywiście odnalezionego w regionie Karkonoszy.

Jest to najciekawsze muzeum w jakim byłem od lat o niepowtarzalnym klimacie. Kraina legend i magii w sercu Karkonoszy. Polecam każdemu, kto będzie w Karpaczu.

 

DSCN9973

Poza legendami i magicznymi postaciami można też znaleźć „steampunkowe” klimaty jak tajemnicza machina.

DSCN9962

W przypadku osób z małymi dziećmi sugeruję spokojne zastanowienie się, czy Wasz maluch nie jest zbyt wrażliwy na półmrok, tajemnicze dźwięki i dziwne magiczne postacie, które są częścią składową tej wystawy.

Moim zdaniem wrażliwe dziecko o nazbyt bujnej wyobraźni może nie przebrnąć przez zwiedzanie Karkonoskich Tajemnic i chcieć wycofać się w trakcie, dlatego wato uprzedzić malucha czego może się spodziewać wewnątrz budynku.

Czas jaki należy zaplanować na zwiedzanie to około 40-50 minut. Jednak można być pewnym, że to nie będzie zmarnowany czas :) .

Powiązane wpisy i linki:

 

Huta delikatna jak ze szkła

Co łączy ‪lubuskie‬ winnice i hutę na dolnym śląsku? Piękne imię – Julia. W lubuskim jest Winnica Julia w Piechowicach położonych między turystycznymi miejscowościami Karpaczem i Szklarską Porębą jest Huta Szkła Kryształowego JULIA

Oba miejsca atrakcyjne dla gości, każde na swój sposób, poza romantycznym imieniem może je też połączyć wino w szklanej karafce… Wina z województwa lubuskiego zasługują na najlepsze karafki z Huty Julia. Może kiedyś ten mariaż się uda.winny_dzban

Tymczasem mieszkańcy lubuskiego w trakcie pobytu w Karkonoszach mogą odwiedzić Hutę Szkła Julia. Jest ona w pobliżu Szklarskiej Poręby. Zwiedzanie huty można np. połączyć ze wspinaczką na Zamek Chojnik. Potraktować jako bardziej luźny i nie wymagający wysiłku punkt wycieczki po zejściu z Chojnika.

Huta jest udostępniona dla odwiedzających. Praktycznie co godzinę rusza grupa zwiedzających pod opieką przewodnika.

Ciekawe informacje przewodnika o używanych narzędziach i ich pochodzeniu.

Start zwiedzania już na dworze.

Start zwiedzania już na dworze.

DSCN9487

Ciekawe informacje przewodnika o używanych narzędziach i ich pochodzeniu.

Zwiedzanie zaczyna się już na podwórku przed wejściem na tereny produkcyjne huty.

Wewnątrz budynku nie znajdziemy muzeum. To prawdziwa czynna huta w której wraz z przewodnikiem odwiedzający mają okazję poznać cały proces produkcyjny. Od składników z których jest wytapiane szkło, przez płynną surówkę świecącą na żółto-pomarańczowo niczym roztopiona lawa, aż do polerowania, szlifowania i ozdabiania naczyń kończąc w dziale kontroli jakości.

DSCN9500

Patrząc na pracą hutników szkła miałem wrażenie że jest to bardzo specyficzna dziedzina łącząca w sobie rzemiosło wymagające precyzji i doświadczenia, sztukę zdobienia szkła będącą swego rodzaju kreacją artystyczną i ciężkie hutnictwo z jego wszelkimi wadami, jak praca przy wysokich temperaturach (surówka szklana w piecach ma temperaturę około 1200 ‚C!) i związane z nią zagrożenia.

DSCN9495

Praca w której nie da się zmarznąć…

DSCN9509

Szlifowanie i polerowanie to część procesu.

Pani Ania, przewodniczka z którą zwiedzaliśmy teren zakładu, opowiadała nam ciekawie i w zrozumiały sposób o całym procesie produkcji wyrobów w hucie Julia. Do tego była prawdziwym hutniczym iluzjonistą który potrafił wydobywać z znienacka mikrofony ukryte w przeróżnych miejscach i urządzeniach na terenie huty. Mikrofony które w niektórych miejscach były niezbędne z powodu chwilami dość głośnego hałasu.

Czas zwiedzania to około 40-50 minut. Na koniec można kupić sobie w sklepie zakładowym pamiątkę na drogę do domu. Delikatny i kruchy, szklany drobiazg.

Ewolucja naczynia od prostego kształtu do kolorowego szklanego, kryształu.

Ewolucja naczynia od prostego kształtu do kolorowego szklanego, kryształu.

Warto też przed wizytą w „JULII” sprawdzić aktualności na stronie huty, ponieważ czasami organizują różnego rodzaju ciekawe warsztaty dla dzieci. Ewentualnie warsztaty są także możliwe do wcześniejszego zamówienia w przypadku większych grup zorganizowanych.

Polecam zarówno dla dorosłych jak i dzieci, jednak w przypadku maluchów do 5-6 lat atrakcja może wzbudzić średnie zainteresowanie.

Powiązane linki i wpisy: