Archiwa kategorii: Porady

Chiny – gotówka, karta czy bankomat.

Chiny – gotówka, karta czy bankomat. Czyli jak ogarnąć finanse w Kraju Środka.

Jedziesz do Chin i masz dylemat. Skąd wziąć Yuany?
W polskim kantorze raczej ich nie znajdziesz. Nawet w Warszawie może to być trudne, a co dopiero w Poznaniu, Koszalinie czy Gorzowie Wielkopolskim.
Co zrobić? Za co kupić sobie na miejscu „miskę ryżu” na obiad czy pamiątkowy magnes na lodówkę? Opcji jest co najmniej kilka.
Pierwsza i najprostsza – kupić Euro lub Dolary i wymienić je już na miejscu. Praktycznie w całych Chinach nie ma z tym problemu.
Wymienisz te waluty w kantorach obecnych praktycznie na każdym lotnisku w Chinach, przynajmniej na tych, na których ja byłem.

Chińska waluta ma kilka używanych nazw i oznaczeń, więc warto je zapamiętać żeby nie być zdezorientowanym.YuanRenminbi to wciąż ta sam waluta :) W bankach i kantorach można spotkać skrótowa nazwę tej waluty w dwóch wersjach CNY (skrót od ang. Chinese yuan) lub RMB.

Potem już w mieście masz do dyspozycji banki. Tam też wymienisz walutę, choć… nie jest już to tak łatwe. Dlaczego? Kolejki, czasem trzeba się naczekać, do tego dochodzi bariera językowa.
Nie w każdym oddziale banku znajdziesz komunikatywną osobę, która sprawnie cię obsłuży po angielsku, zaś wyjaśnienie na migi, co chcemy zrobić, może nie być zbyt łatwe.
Jednak banki realizują taką usługę, oczywiście pobierając sobie za to drobną opłatę, więc nie licz na to, że kurs wymiany będzie dokładnie taki, jak oficjalnie podany/sprawdzony w Internecie.
Kolejnym punktem, w którym można zrealizować taką usługę, są hotele. W większości hoteli, w których byłem czy to w Szanghaju, czy w mniejszych miejscowościach, można było wymienić waluty (przynajmniej te najpopularniejsze).
Zazwyczaj jednak nie trwa to 1-5 minut lecz od 10 do 30 w zależności od umiejętności językowych obsługi hotelu oraz doświadczenia, jakie ma ze swoją procedurą wymiany walut.
Zazwyczaj też kurs hotelowy odbiega od oficjalnego, jednak nie jest to jakaś wielka różnica w stosunku do wymiany w banku.


Trzecią opcją pozostaje „ulica”.
W większości chińskich „pchlich targów” czy targowisk z mniej lub bardziej oryginalnymi towarami markowymi można znaleźć Chińczyka snującego się po korytarzu i mówiącego pół szeptem „change money, dollar, euro…„, chyba częściej można tylko spotkać tych mówiących „watches, bags, rolex...” ;)
Zazwyczaj jest to korzystniejsza oferta w porównaniu z wymianą w banku czy hotelu jednak… Jednak warto uważać, dokładnie liczyć pieniądze otrzymywane i się im przyjrzeć.
Chiny są bardzo bezpiecznym krajem. W środku nocy bez żadnych wątpliwości o swoje bezpieczeństwo mogę się tam włóczyć po ulicach. Nigdy nie spotkałem się z agresją ani nie słyszałem o napadach. Podobno jakieś się zdarzają, jednak to tak sporadyczne incydenty, że są tylko… incydentami. Natomiast oszustwa i wyłudzenia to już inna historia.
Do tego trzeba pamiętać, że usługa potocznie zwanych koników, nie jest legalna w Chinach, więc robimy to w tzw. szarej strefie. Jeśli coś z wymianą byłoby nie tak, nie wiadomo czy ktokolwiek uwzględniłby nasze skargi.

Karty – Tu powiem krótko. Zarówno Visa jak i Master Card działają. Generalnie nie spotkałem się mimo korzystania z kart z co najmniej 3 banków z problemem przy wypłaceniu gotówki z bankomatu w Chinach, ani w przypadku płatności kartą w sklepie.

Oczywiście trzeba pamiętać o tym, że wypłata gotówki z bankomatu w Chinach raczej wiąże się z tym, że bank pobierze prowizję od wypłaty z obcego bankomatu. Chyba że masz jeden z tych nielicznych banków, które oferują darmowe bankomaty „na całym świecie”.
Na co warto uważać przy użyciu karty? W bankomacie zwróć uwagę na to, czy po wypłacie gotówki odebrałeś swoją kartę… Czemu?
W chińskich bankomatach jest odwrotna sekwencja odbioru karty i gotówki. U nas nie spotkałem się z inną jak karta -> gotówka u nich jest na odwrót. Można w pośpiechu zabrać gotówkę i zostawić kartę w maszynie.
Przy płatności w sklepie lub (szczególnie) w restauracji trzeba starać się nie stracić karty z widoku. Dla bezpieczeństwa środków na własnym koncie lepiej widzieć, co i kto robi z naszą kartą bankomatową.

Generalnie wymiana walut czy korzystanie z kart nie jest jakimś znaczącym problemem w Chinach, większym jest powstrzymanie się przed nadmiernym wydawaniem oraz umiejętność targowania z Chińczykami.
Zostaje mi na koniec życzyć wszystkim, którzy się wybierają do tego pięknego kraju, udanych zakupów ;)

Powiązane wpisy i strony:

  • Herbatka po chińsku czyli kiedy uważać na zaproszenia – opis mojej „przygody” z jedną z popularniejszych form wyłudzenia na turystach w Szanghaju
  • Nauki czas – czyli kurs języka chińskiego od podstaw. Warto znać kilka liczebników i choć podstawowe zwroty w każdym kraju.
  • COINMIL.COM – jedna ze stron oferujących przeliczniki, walut także RMB, według w miarę aktualnego kursu.
  • Strona TRANSAZJA – Jest tam kolejny przelicznik walut, plus przydatna „ściąga” do portfela. Dodatkowo mnóstwo porad związanych z podróżami po Azji,

Podróżuj z dzieckiem

Podróżuj z dzieckiem.

Poradnik praktyczny

Przez chwilę zastanawiałem się nad zakupem tej książki. Miałem obawę, czy aby nie będzie to kolejny poradnik z listą nikomu niepotrzebnych „oczywistych oczywistości”. Jednak ostatecznie przekonało mnie do tej książki logo National Geografic, do którego wciąż mam słabość i wierzę nadal, że produkty z tym znaczkiem mają jakąś wartość dla osób zainteresowanych podróżami i szeroko pojętą turystyką.

Dodatkowo miałem okazję kupić ją na przecenie w jednym z popularnych hipermaketów za jedyne 9,90 zł, co nie było wygórowaną ceną wobec „okładkowej” wynoszącej 49,90 zł.

Podróżuj z dzieckiem. Poradnik praktyczny” Anna i Krzysztof Kobusowie, wydawnictwo National Geographic, stron 391, oprawa miękka, wydanie I, rok wydania 2013

Książka ładnie wydana w standardzie i szacie graficznej typowej dla wielu publikacji National Geografic.

Nie ma do czego się przyczepić, a dodatkowo jest ciekawe rozwiązanie z „czerwoną gumeczką” pozwalającą spiąć książkę tak, że nawet w podróży nie będzie się przypadkowo otwierać. Wiadomo gumeczka chroni i wydawnictwo też o tym pomyślało.

Jednak w książce, o czym nie trzeba Wam pisać, najważniejsza jest treść. Tu było podobnie, bo i w przypadku zawartości merytorycznej znaczek National Geographic mnie nie rozczarował.

Głównymi autorami książki są Anna i Krzysztof Kobusowie jednak można powiedzieć, że jest to praca zbiorowa praktyków rodzinnego podróżowania. Praktyków, którzy „zjedli zęby” na wyprawach do mniej i bardziej egzotycznych krajów w towarzystwie swoich dzieci .

Choć wiele z wiedzy zawartej w książce wydaje się być oczywista dla kogoś, kto gdziekolwiek wyjeżdżał z dziećmi, jednak całość zawiera bardzo dużo szczegółowych informacji odnoszących się do wizyt w konkretnych krajach czy do specyficznych sytuacji. Wiele porad jest dodatkowo zilustrowanych zdjęciami lub grafikami, co ułatwia ich zrozumienie.

Mnie najbardziej spodobał się spory dział „Zabawki w podróży„. Z propozycjami nie tylko zabawek wygodnych do zabrania na wyprawę, ale i licznymi zabawami umilającymi drogę naszym pociechom i przy najbliższym rodzinnym wypadzie zamierzam część z pomysłów przetestować.

Ciekawym elementem jest także ściągawka internetowa czyli lista linków do stron pomocnych w przygotowaniu podróży, rezerwacji hotelów, zakupie wyposażenia czy ubezpieczeniu.

Oczywiście nasuwa się pytanie, na ile ta ściągawka będzie aktualna po kolejnych 2-3 latach, jednak na razie, mimo iż kupiłem wydanie z 2013 roku, jest wciąż przydatna. I polecam ją podobnie jak i całą książkę.

 

Powiązane linki:

 

 

Podróżna mini apteczka

Właśnie siedzę z czymś w rodzaju grypy żołądkowej w domu i zastanawiam się nad dobrodziejstwem, jakie mnie spotyka w postaci żołądka ze stali w trakcie moich podróży.

Szczególnie tych bardziej egzotycznych jak do Chin.
Żeby nie było wątpliwości, dzisiejsze problemy żołądkowe nie wynikają z żadnej podróży. Jakiś lokalny polski wirus mnie dopadł.
Tymczasem w Chinach, mimo tego, iż się nie oszczędzam i jem wszystko, co mam okazję, to problemów z żołądkiem nie miałem. Za wyjątkiem jednego razu, kiedy to podczas drogi powrotnej z Chin spędziłem połowę lotu w toalecie.
Wchodząc na lotnisko miałem lekki rozstrój żołądka objawiający się mdłościami. Zapobiegliwie chciałem się wspomóc jakimś medykamentem i poszedłem do apteki na lotnisku.
Chiński farmaceuta nie mówił praktycznie po angielsku, więc dolegliwości tłumaczyłem mu na migi, a on potem zaproponował mi lek, zadając proste pytanie: „Chemical or herbs?”. Nie mając zaufania do chińskiej chemii powiedziałem „herbs”, ufając tej słynnej chińskiej medycynie naturalnej i dostałem pudełeczko z lekarstwem.
Jakieś pięć minut po połknięciu pigułki poczułem niepowstrzymane parcie na bieg do toalety, wynikające z tego, że śniadanie, które zjadłem rano, postanowiło lecieć osobno.
I tak przez kolejne 6h w tym podróż samolotem. Makabra. Miałem wrażenie, że aptekarz postanowił za co mnie ukarać.
Od tamtej pory mam zawsze ze sobą zapas leków związanych z dolegliwościami żołądkowymi.
Zazwyczaj w mojej „apteczce” jest Smecta, plus jakieś prebiotyki (które profilaktycznie zaczynam wrzucać w siebie od mniej więcej połowy pobytu) oraz garść tabletek przeciwbólowych/przeciwgorączkowych.
Wyjeżdżając daleko w sezonie zimowym dorzucam też do tego zestawu jakąś polopirynę lub któryś z popularnych środków na objawy przeziębieniowo/grypowe.

Zestaw na dłuższe „samotne” podróże jak i rodzinne wakacje

Smecta (4-5 saszetek)
prebiotyk ( jedno opakowanie)
Tabletki przeciwbólowe/gorączkowe ( 1 opakowanie)
plaster (4-5 sztuk różne rozmiary z opatrunkiem)
Octanisept

Uzbrojony w taki zestaw leków mogę spokojnie stawić czoła egzotycznym potrawom czy wakacyjnym zadrapaniom na kolanach dzieciaków. Jak dotąd ten zestaw się u mnie sprawdzał, a i tak dość rzadko go używałem. Zazwyczaj ubywa tylko branych profilaktycznie na dalekich wyjazdach probiotyków i plastrów po wakacjach. Takie ubytki w apteczce mnie nie martwią, a jej posiadanie sprawia, że jestem spokojniejszy w czasie wyjazdu.
Może komuś wydawać się, że ten zestaw w apteczce jest dość ubogi, jednak z mojego doświadczenia w zupełności wystarcza.


Oczywiście każdy powinien uwzględnić swoje uwarunkowania zdrowotne. Wiadomo, jak ktoś jest alergikiem powinien dorzucić jakieś leki na uczulenia itp.

Natomiast przy poważniejszych problemach i tak niezbędna okazuje się profesjonalne wsparcie i zaopatrzenie medyczne zaś do tego przydatne jest dobre ubezpieczenie podróżne lub na obszarze UE choć karta EKUZ.
Mam nadzieję, że ten mały wpis natchnie Was do uzupełnienia swojej podróżnej apteczki, a odrobina szczęścia i rozwagi sprawi, że na wszelkich wyjazdach, urlopach, feriach i wyprawach nie będziecie jej potrzebować.

Minął kolejny rok – podsumowanie

Minął kolejny rok. Co zmieniło się poza tym, że stałem się starszy? Co udało się, a co nie? Najłatwiej będzie to porównać patrząc na ubiegłoroczne postanowienia i ich realizację.
Plany miałem piękne niczym plan 5-letni za czasów komuny.

Dobrze, że już rok temu zakładałem jako sukces osiągnięcie 1-2 punktów z tego planu. Minimum zrealizowałem, więc generalnie mam czyste sumienie. Wziąłem udział w targach w Poznaniu i byłem w jednym (tylko!) ze schronisk górskich.
Jednak nie do końca mnie to zadowala. Jakoś tak słabo wypada ta realizacja minimum wobec planu, jaki był na cały rok. W czym problem? Przesadziłem czy może błędy w realizacji?
Obawiam się, że po trochę jedno i drugie. Plan wyszedł spory, z „ułańską fantazją”. Teraz z perspektywy czasu wiem, że aby go zrealizować, musiałbym pracować na 100% w branży turystycznej, a nie zajmować się tematami z nią związanymi hobbystycznie.
Druga przyczyna słabej realizacji to fakt, że poza zrobieniem planu nie narzuciłem sobie żadnych „punktów kontrolnych”. Robiąc plan trzeba uwzględnić w nim terminy, a potem kontrolować etapy postępu i przygotowania.
Sam plan to tylko odrobinę bardziej sprecyzowane marzenie. Bez dalszych działań z Twojej strony plan marzeniem pozostanie.
Tym razem postanowienia i plany na 2017 zamierzam mieć mniej rozbudowane i zmieścić się maksymalnie w 5-6 punktach.
Do każdego zrobić pisemną rozpiskę z przybliżonym terminem i przynajmniej jednym działaniem z mojej strony, które będę zobowiązany sam przed sobą podjąć aby cele zostały osiągnięte.
Za to postanowieniem noworocznym będzie comiesięczne odpytywanie samego siebie z podjętych działań w celu realizacji planu rocznego.
Ostatni weekend każdego miesiąca będzie ku temu w sam raz.
Co tym razem w planie? Część punktów naturalnie przeniosę z ubiegłego roku, w końcu nie zostały zrealizowane. Część odpadnie z planów przynajmniej na razie. Co nie znaczy, że jeśli nadarzy się okazja, to nie polecę na przykład na Fuerthaventurę. Co to, to nie. Jak będzie okazja, to jej nie przepuszczę, jednak trzeba umieć oddzielać plany od marzeń. Na ten rok Wyspy Kanaryjskie i Fuerthaventura są tylko marzeniem zarówno czasowym jak i finansowym.
Planowany w okresie wakacyjnym duży remont w znacznym stopniu ogranicza moje plany co do podróży i wszelkich zajęć „pozalekcyjnych”, czyli realizowanych po pracy i w czasie ewentualnego urlopu.
Chciałem ponownie pojechać na Targi do Poznania. Ubiegłoroczny pobyt uważam za bardzo ciekawy i wart poświęconego czasu, mimo iż nie przyniósł zbyt wielu wymiernych korzyści.
Jednak tym razem termin wybrany przez organizatorów mocno mi nie pasuje, kolidując z innymi prywatnymi terminami. Z bólem serca, ale będę musiał chyba z listy planów na 2017 Tour Salon wykreślić.
Co chciałbym zostawić?

1) Jako pierwsze Schroniska. Rok temu pisałem o najmniej 10 różnych schronisk górskich PTTK (nie mniej niż 3-4 podczas jednego wyjazdu). Nauczony ubiegłorocznym doświadczeniem, entuzjazmem mojej żony do mieszkania w schronisku i „zapałem” mojego najmłodszego dziecka do chodzenia po górach ilość tę raczej zawęziłbym do 1-3 schronisk na 2017.

2) Wizyta w Toruniu. Jako że jeszcze nie byłem w tym ciekawym mieście Kopernika i pierników, a po ostatnich Targach Turystyki w Poznaniu przedstawiciele Torunia potrafili mocno zachęcić do atrakcji swojego miasta, postanowiłem je w tym roku umieścić na planie swoich podróży. Ma to być rodzinna podróż, więc większość atrakcji pod kątem dzieciaków. Już teraz wiem, że jednym z obowiązkowych punktów będzie Muzeum Piernika. Reszta do zaplanowania bliżej wyjazdu.

3) Plastinarium w Guben (Niemcy). Byłem tam kilka lat temu. Miejsce specyficzne. Mogące zmrozić krew w żyłach, a jednocześnie w jakiś sposób piękne i pociągające. Chciałbym w tym roku jeszcze raz je odwiedzić, z czego nie omieszkam zdać Wam relacji po powrocie.

4) Wizyta w co najmniej jednej z winnic Lubuskiego Szlaku Wina i Miodu (najlepiej z degustacją i noclegiem ;) ). Będzie to wyśmienita okazja do lepszego poznania województwa, jego produktów regionalnych oraz zasmakowania w lokalnym winie.

5) Odwiedziny w Tropical Island pod Berlinem. Dlaczego? Ponieważ w tym roku Fuerthaventura mi się raczej nie szykuje, a chciałbym spędzić jeden dzień pod palmami :D

6) Wizyta w Biosferze w Poczdamie – Tu także zachęca mnie wspomnienie miłego kontaktu podczas Targów w Poznaniu z panem Michałem, pracownikiem Biosfery oraz bajecznie kolorowe prospekty pokazujące roślinność i ptaki żyjące w tym miejscu.

Tym razem mniej egzotycznie z nastawieniem na Polskę i założeniem, że tym razem plan minimum to 3 z wymienionych punktów.
Co wyjdzie zobaczymy. Relację z etapów realizacji postaram się w jakiś sposób pokazywać na stronach bloga, co będzie dla mnie dodatkową motywacją do ich wykonania.
Jest jeszcze plan szkoleniowo-edukacyjny związany z pracą zawodową, a także finansowy, z którym bywa najtrudniej, bo musi sprostać zarówno życiu jak i pozostałym listom celów „podróżniczych” i „szkoleniowo-edukacyjnych”, jednak w przypadku tych list zadań na 2017 nie będę wdawał się w szczegóły.

Naturalnie zniknięcie z planów rocznych miejsc takich jak Japonia czy Rio de Janeiro nie oznacza rezygnacji z nich, a jedynie urealnienie rocznego planu.
Miejsca te nadal są gdzieś w pamięci, za moimi plecami i jeśli tylko nadarzy się okazja, to z radością je odwiedzę i Wam opiszę.

Jednak w tym roku nie planuję marzeń. Marzenia mam, a planuję cele na bieżący rok.
Również Wam życzę owocnego planowania i udanych postanowień na rok 2017 !

Powiązane linki:

Wczasy bez stresu

Wczasy bez stresu czyli podróże, a bezpieczeństwo.

Jeśli spytać ludzi, czy chcieliby podróżować, pewnie 90% powie: tak, oczywiście. Jednak jak te podróże miałyby wyglądać? Pewnie dla każdego inaczej. Dla jednych to wczasy all inclusive w pięciogwiazdkowym hotelu, dla innego trekking po górach Kazachstanu z plecakiem i namiotem.

Jednak, niezależnie od upodobań, ważną częścią podróżowania jest bezpieczeństwo. Szczególnie jeśli podróżujemy z rodziną. Nie mówię tu o zagrożeniach typu bycie oszukanym, czy okradzionym jak w historii z jednego z moich wcześniejszych wpisów o Szanghaju.
W takich przypadkach wystarczy zostawiona w hotelu rezerwowa gotówka czy karta bankomatowa. Jeśli stracimy w wypadku kradzieży dokumenty, też nie jest to wielki problem. Podstawa to zgłoszenie się na miejscową policję, a potem do najbliższej placówki dyplomatycznej (konsulatu).
Są jednak gorsze problemy niż oszustwo czy kradzież. Mam na myśli sytuacje, w których ewidentnie zagrożone może być nasze życie i zdrowie.

Ostatnie lata to przegląd wypadków lotniczych i zamachów. Wybuchy w samolotach, na lotniskach, dworcach i strzelaniny na plaży. Niedawno ISIS groziło chęcią wysadzenia piramid w Egipcie (swoją drogą moim zdaniem byłby to strzał w kolano własnej społeczności, kultury i czort wie czego jeszcze, no ale nie powinno się chyba spodziewać rozsądnych zachowań ze strony ekstremistów religijnych gotowych zabijać i ginąć w imię jakiejś swojej wizji świata).

Gdzie pojechać, aby można było spędzić czas BEZPIECZNIE, poznając nowe miejsca, obyczaje i wypoczywając?
Generalnie nigdzie.
Jakie miejsce da Wam gwarancję bezpieczeństwa?
Żadne.

Zarówno hotele, plaże jak lotniska i linie lotnicze mogą być potencjalnym celem ataku.
Jednak, jeśli miałbym lecieć do Tunezji, wolałbym linie lotnicze Qatar Airlines czy Turkish Airlines wychodząc (być może optymistycznie) z założenia, że islamski ekstremista nie wysadzi się na pokładzie linii będących własnością muzułmańskiego kraju.
Pytanie tylko czy chciałbym obecnie lecieć do Tunezji, Egiptu, czy może raczej wolałbym pobliską Chorwację lub Bułgarię? Co pomoże podjąć mi i Wam decyzję?

100% gwarancji bezpieczeństwa nie da Ci w naszych czasach żaden kraj, jednak warto pomyśleć i poszukać informacji o zagrożeniach, zanim zamówisz lot i hotel. Czasem tańsze wczasy mogą drogo kosztować.
Jak to sprawdzić? Gdzie? Pierwsze kroki skierowałbym na rządową stronę Ministerstwa Spraw Zagranicznych.

Tunezja MSZ

Do niedawna Mekka polskich turystów, dziś kraj odradzany na stronie MSZ

Znajdziesz tam listę krajów, w których pobyt z różnych przyczyn przez MSZ jest uważany za mniej lub bardziej ryzykowny. Wśród nich można znaleźć Tunezję czy Egipt, które do niedawna były filarem oferty wczasów dla turysty z Polski. Co ciekawsze, pomimo odradzania pobytu w tych krajach przez MSZ wciąż można znaleźć w biurach podróży oferty pobytów w tych krajach. Ciekawi mnie tylko czy biuro podróży dokłada gratis kamizelkę z kevlaru w cenie wczasów.
Wyjeżdżając warto pomyśleć też o ubezpieczeniu podróżnym.
Moim zdaniem próba oszczędzenia na takim ubezpieczenia jest nierozsądnym przejawem źle pojętej oszczędności. Dobrze dobrane ubezpieczenie podróżne chroni nie tylko nas podczas wyjazdów, ale też naszych bliskich, którzy pozostali w domu.
W sytuacji, która wymaga transportu chorego z obcego kraju do Polski, poszukiwań czy akcji ratunkowej, a nawet (w przypadku czarnego scenariusza) sprowadzenia ciała do domu, koszta stają się horrendalne i mogą obciążyć rodzinę, która została w kraju w stopniu znacznie przekraczającym jej możliwości finansowe.

Jeśli wybieramy się do krajów o podwyższonym ryzyku (wiele z tych odradzanych przez MSZ), na których terytorium istnieje ryzyko obrażeń czy nawet śmierci wynikające z działań wojennych lub terrorystycznych, warto dokładnie spytać ubezpieczyciela, czy ochrona obejmuje takie sytuacje. W większości standardowych ofert ubezpieczenia zdarzenia wynikające z zagrożeń spowodowanych terroryzmem, wojną, a nawet czymś tak z pozoru niewinnym jak sporty (ekstremalne) wykluczają odpowiedzialność firmy ubezpieczeniowej (!)

W przypadku wyjazdu w miejsca „nie do końca bezpieczne” warto też dodatkowo się asekurować czy to przy pomocy systemu Odyseusz proponowanego przez MSZ, czy bliższe zapoznanie z aktualnymi informacjami przekazywanymi przez konto MSZ @PolakZaGranica na Twitterze.

MSZ_ODYSEUSZ_650x300_02

Jeśli już rzeczywiście ktoś chce zaoszczędzić na ubezpieczeniu, to w przypadku wyjazdów do krajów Unii Europejskiej powinien przynajmniej potraktować jako minimum wyrobienie sobie karty EKUZ (Europejska Karta Ubezpieczenia Społecznego).

ekuz_awers
Wyrobienie jej jest darmowe i pozwala na korzystanie z publicznej opieki zdrowotnej we wszystkich krajach Unii Europejskiej. Czas wyrobienia dokumentu to w zależności od urzędu i jego obłożenia wnioskami od jednego dnia do około 3 tygodni. Przed okresem wakacyjnym czas ten bywa odrobinę dłuższy ze względu na ilość wniosków. Pamiętać przy tym należy, że EKUZ uprawnia do bezpłatnej publicznej opieki zdrowotnej w danym kraju. To znaczy, że pewne usługi, badania bezpłatne w Polsce świadczone np. w Grecji czy Francji mogą być płatne, bo publiczna opieka zdrowotna danego kraju ich nie refunduje.
Poniżej link do strony NFZ, gdzie można sprawdzić w jakich miejscach jest możliwość wyrobienia sobie EKUZ w Waszym województwie oraz link do wniosku o kartę.

wniosek wydanie karty EKUZ

Adresy placówek NFZ właściwych dla złożenia wniosku i wydawania Europejskiej Karty Ubezpieczenia Społecznego

Przypominam jednak, że karta EKUZ działa praktycznie tylko na terenie UE i jej zakres jest ograniczony tylko do bezpłatnych świadczeń publicznych w kraju pobytu.

W mojej ocenie dobre ubezpieczenie jest niezastąpione. W Europie EKUZ traktuję jako alternatywny sposób zabezpieczenia i w przypadku wycieczek czy wczasów idealnie się uzupełnia z komercyjną ofertą ubezpieczeniową.
Wkrótce postaram się przedstawić przykład takiej oferty od jednego z ubezpieczycieli, jednak oferty ubezpieczeń proponuje praktycznie każde biuro podróży podczas wykupywania wczasów czy wycieczki. Zazwyczaj oferują przynajmniej jeden lub dwa warianty ubezpieczenia za stosunkowo niewielkie pieniądze.
Pozostaje tylko zdecydować się, na ile wyceniamy swój spokój w podróży, spakować walizki i w drogę :)

Powiązane tematy i strony:

Tour Salon 2016 – relacja z pobytu

Tour Salon zakończony. Jak było? Jak wszędzie – „plusy dodatnie i plusy ujemne”.

Jako, że się spóźniłem o godzinę, musiałem pobiegać przy bramkach i odstać w kolejce, żeby znaleźć osobę, która mogłaby mnie wprowadzić na teren targów jako zarejestrowanego uczestnika.

Wszedłem na teren hali, a tam pierwsze co mi się rzuciło w oczy, to wielki kolorowy autobus jednego z poznańskich biur podróży (jeju, jak on mi się podobał w środku. Gdyby nie to, że uwielbiam latać, zastanowiłbym się nad wycieczką tym komfortobusem). zdjęcie

Irizar CT OSKAR

Komfortowy autokar Irizar naszpikowany systemami mającymi uprzyjemnić podróż

Organizatorzy przygotowali dla blogerów salkę, w której można było podłączyć się do prądu oraz wypić kawę, herbatę czy wodę. Duży plus.

Wystawców było dużo, ale nie aż tak dużo, jak się spodziewałem ( praktycznie połowę terenu targów turystyki obstawiały prezentacje służb ratunkowych policji, straży i różnego rodzaju atrakcje dla dzieci z tzw. „Strefy Urwisa”… Przez chwilę aż żałowałem, że moja dwójka siewców chaosu została z żoną w domu, a przecież to małżonka jest ostatecznym korektorem moich wpisów, zaś dzieciaki jedynym powodem niektórych z naszych wycieczek. Bez niej na blogu byłoby o 50% mniej przecinków, a bez nich nie byłoby mnie pewnie w Tirepark ;)).

Głównie wystawcy z Polski – praktycznie każdy region, choć brakowało mi trochę górali, podobnie jak czuć było niedosyt firm przewozowych, które praktycznie się nie pokazały na tych targach.

Zaskakująco mocno pokazało się lubuskie. Duże stoiska winiarni z województwa lubuskiego rywalizowały o palmę pierwszeństwa z Międzyrzeckim Rejonem Umocnieniowymlubuskimi parkami krajobrazowymi. Nawet miałem okazję na targach pojeździć na jednej ze ścieżek rowerowych lubuskiego! (fajny bajer)

wine2wineWirtualna wizyta w Parku Mużakowskim

Winiarnie z okolic Zielonej Góry, Nowej Soli i Nowego Miasteczka prezentowały się bardzo atrakcyjnie, a możliwość degustacji i zakupu ich produktów była dodatkowym atutem.

Jedynie skromne stanowisko AWF wyglądało jakoś tak ubogo i niezbyt ciekawie, mimo że powierzchniowo nie było wcale małe.

Wielkopolska i Małopolska zachęcały zamkami, wyrobami z piernika i tańcami ludowymi.

torun

Słodkie wyroby Żywego Muzeum Piernika

Jak to możliwe, że jeszcze nie byłem z dzieciakami w Toruniu?

Z zagranicznych stoisk intensywnie zachęcali do odwiedzin sąsiedzi zza Odry. Szczególnie bliska mi Brandenburgia, do której robię czasem rodzinne wypady, a która była silnie reprezentowana przez spory zespół na czele z przemiłą panią Klarą i panem Michałem, z którym miałem okazję już wcześniej nawiązać kontakt wirtualny.

brandenb

Jednak bardzo interesująco prezentowały się też dalsze regiony Niemiec, zachęcając pięknymi zamkami czy wyrobami z ręcznie malowanej porcelany.

misnia

Fr. Petra Schlechte w trakcie wykonywania tradycyjnych dekoracji na porcelanie.

misnia2

Duże stanowisko Rumunii przypomniało mi znowu o moim niedawnym noworocznym planie podróży „Must see„. Coś mnie pcha ponownie ku temu krajowi… ;)

Z dalszych rejonów można było znaleźć stanowiska promujące podróże do Wietnamu, Dominikany czy Filipin. Szczególnie to ostatnie sprawiło, iż zaczynam rozmyślać nad korektą mojej listy miejsc do odwiedzenia. Pan obsługujący stoisko Filipin (pracownik ambasady) zachęcił mnie w na wpół prywatnej rozmowie do odwiedzin tego odległego kraju bezcennymi podpowiedziami, których nie dało by mi żadne biuro podróży.

W sobotę Blog Meeting. Salka na spotkanie z blogerami ta sama co w piątek, choć ciężko ją było zidentyfikować, bo na informacji o spotkaniu podany był numer Sali, a ta jako jedyna nie była oznaczona na drzwiach. O dziwo, choć to w sobotę miało być spotkanie Tour Salon Blogmeeting, to tego dnia nie było w sali ani herbaty, ani kawy, nie było niczego. O umówionej godzinie nie było także nikogo z organizatorów. Blogerzy pojawili się i czekali, czekali, aż niepewnym krokiem zaczęli schodzić się przedstawiciele pierwszych zainteresowanych firm. Chwilę później pojawili się także organizatorzy Tour Salon. Najwyraźniej zauważyli brak czegokolwiek i już po kilkunastu minutach pojawiły się dwa imbryki, z kawą i herbatą oraz jak się okazało przygotowane wcześniej stojaczki z nazwami blogów.

Dalej poszło jak z płatka i spotkanie zaczęło się powoli rozkręcać. Czas upływał szybko na rozmowach krótszych i dłuższych z kolejnymi przedstawicielami firm i organizacji turystycznych.

Podsumowując, spotkanie uważam za udane. Wiele ciekawych prezentacji, interesujące warsztaty z fotografem Marcinem Dobasem, sporo reprezentujących się firm, nawet z bardziej egzotycznych rejonów świata. Silna reprezentacja lubuskiego i lubianej przeze mnie Brandenburgii, co mile połechtało mój patriotyzm lokalny.

Dla organizatorów duży plus za pomysł z organizacją kolejnego TS Blogmeetingu oraz zorganizowanie możliwości dobrego noclegu dla przyjezdnych w pobliskim hotelu. Szczególnie atrakcyjne było jego umiejscowienie – blisko hali targowej i… dworca PKP, co było szczególnie ważne dla mnie, ponieważ ostatecznie zdecydowałem się na przyjazd pociągiem. Nigdy nie miałem okazji nocować w tym hotelu, a po tej wizycie wydaje mi się być całkiem atrakcyjnym miejscem jako „punkt przesiadkowo-noclegowy” w Poznaniu ze względu na bliskość PKP/PKS, a nawet niezbyt długą drogę na lotnisko.

Minus za słabą organizację dnia pierwszego, a raczej jej brak. Choćby nieoznaczoną w żaden sposób salę dla blogerów czy słabo poinformowaną obsługę przy wejściu na targi (niektórzy nie wiedzieli nawet o czymś takim jak TS Blogmeeting). Dało to jednak w piątek czas na swobodne zapoznanie się ze stoiskami targowymi bez jakiś napiętych terminów, co też miało swoje zalety. Kolejny minus za sobotnie spotkanie, które było kompletnie nieprzygotowane (na szczęście organizatorzy szybko zauważyli „zgrzyt” i robili, co mogli, aby zatrzeć złe wrażenie).

Po spotkaniu widzę więcej zalet niż wad, więc było dobrze. Za rok pewnie będzie jeszcze lepiej. Można by np. dla wystawców zainteresowanych takim spotkaniem przygotować krótkie informacje – takie resume o blogach, bo miałem wrażenie, że wielu w ogóle nie znało żadnego z nich. Do tego niewielkie dopracowanie formy głównego spotkania TSblogmeeting i będzie 10 punktów na 10 ;)

Jak na pierwszą wizytę w Poznaniu po około 18 latach jestem jak najbardziej usatysfakcjonowany wizyta po latach zachęciła mnie do częstszych odwiedzin w tym mieście.

Powiązane wpisy:

Wizyta w Brandenburgii – Tierpark Cottbus

Recenzja z pobytu w hotelu Novotel w Poznaniu

 

 

Wiktoria Nester – Sekrety udanej podróży

Wiktoria Nester – Sekrety udanej podróży

Kilka dni temu dostał się w moje ręce e-book o nazwie „Sekrety udanej podróży – poradnik dla turystów”

Jako, że jestem osobą lubiącą wszelkiego rodzaju podróżnicze „tips & tricks”, a spis treści zapowiadał się ciekawie, zabrałem się do lektury. Sam e-book dosyć leciwy, bo z 2009 roku, jednak nie wydawało mi się to problemem, ponieważ pewne porady się nie starzeją, co najwyżej mogą się w czasie zmienić koszta ich zastosowania.

Lektura publikacji okazała się odpowiadać moim oczekiwaniom, aczkolwiek styl pisania pani Nester nie do końca mi odpowiadał.

Jak dla mnie podstawą do czytania tego e-booka i jego użyteczności jest spis treści. Pozwala on szybko poruszać się między interesującymi nas punktami i traktować poradnik jak instrukcję wstępną podczas przygotowań do bliższych czy dalszych podróży. Dla mnie jest on taką właśnie instrukcją – check listą ważnych punktów do odfajkowania przed podróżą. Szczególnie przed rodzinną wyprawą, w czasie przygotowań do której łatwo coś przeoczyć, coś, co potem może nam psuć atmosferę wyjazdu i spędzać spokój z głowy.

Mamy tu punkt po punkcie przygotowane podstawowe informacje o tym, jak się spakować, co zabrać i o czym pamiętać podczas praktycznie większości wyjazdów czy to w góry, nad morze, czy za granicę. Mamy nawet informacje, jak radzić sobie z takimi utrudnieniami w podroży jak choroba lokomocyjna czy lotniczy jet-lag. Mankamentem dla mnie była obecność niektórych niepotrzebnych moim zdaniem punktów, jak np. „savoir-vivre”, ponieważ pewne rzeczy są podstawą, o której w tego typu poradnikach nie powinno się już pisać…

„1. W pierwszej kolejności miejsca powinny zająć osoby niepełnosprawne, starsze i rodziny z małymi dziećmi.

2. Wchodząc do przedziału w pociągu przywitaj się i spytaj o wolne miejsce.

3. Jeśli jedziesz w samochodzie jako pasażer, nie udzielaj rad kierowcy i nie narzekaj na niewygody.

4. Nie pal w środkach transportu, ani w miejscach publicznych. „

Irytował mnie też sam styl pisania, o którym wspomniałem na początku. Czyta się to ciężko, jak jakąś instrukcję na wpół techniczną.

Bardziej jak listę do sprawdzenia niż interesującą, mającą pobudzić wyobraźnię książkę o podróżach. Jednak nie jest to duży mankament dla e-booka, który chyba z założenia miał być właśnie taką swoistą instrukcją pakowania, która sprawi, że o niczym ważnym nie zapomnimy.

Publikacja ta jest check listą, którą warto mieć wydrukowaną i odłożoną w kieszeni torby podróżnej.

Po co? Po to, aby ją wyciągnąć dzień czy dwa przed wyjazdem i sprawdzić swoją gotowość do drogi…

 

Zobacz podobne tematy:

Film książka i lampka wina

 

Czy mogę się przespać na Twojej kanapie? – Couchsurfing i nie tylko…

Chyba nie ma takich osób, które nie chciałyby podróżować. Jednak zazwyczaj te chęci muszą się zmierzyć z dwoma przeszkodami, czasem i pieniędzmi. Młodzi podróżnicy, czasu mając pod dostatkiem, cierpią zazwyczaj na brak gotówki. Ci starsi, którzy już zarabiają więcej, zazwyczaj mają problem z wolnym czasem, który poświęcają na zarabianie pieniędzy oraz… z pieniędzmi, które wtedy znikają zazwyczaj na inne, bardziej potrzebne wydatki niż wycieczka.

Jak sobie z tym poradzić? Z pomocą przychodzi nam klątwa i błogosławieństwo naszych czasów, czyli internet. W sieci dostępne są serwisy, które mają pomóc w tanim podróżowaniu. Jednym z takich miejsc jest serwis dla miłośników Coutchsurfingu

coutchsurfing

Początkowo była to prywatna strona Amerykanina, stworzona na potrzeby jego i jego przyjaciół. Miała ona za zadanie pozwolić użytkownikom zaoferować darmowy nocleg oraz znaleźć go w razie potrzeby. Funkcję taką pełni do dziś, tylko zgodnie z informacjami ze strony, ma już około 10 mln użytkowników i grubo ponad 200 tysięcy miast. Idea polega na teoretycznie darmowej wymianie pomiędzy osobami chętnymi udostępnić swój pokój, mieszkanie, dom (zwanymi hostami) i gośćmi szukającymi noclegu w danym miejscu. Napisałem teoretycznie darmowej wymianie, ponieważ goście oferują swoim „hostom” różne talenty. Ci uzdolnieni muzycznie proponują naukę gry na gitarze lub po prostu krótki koncert, uzdolnieni kulinarnie często robią jakąś potrawę (co jest szczególnie ciekawe, gdy gość jest cudzoziemcem i robi jakieś regionalne danie), uczą swojego języka lub najzwyczajniej zabawiają rozmową i opowieściami o sobie i swoim życiu.

Rejestrując się w serwisie, wypełnia się ankietę z informacjami o znajomości języków, dostępności noclegów (czy możemy zaoferować komuś nocleg „kanapę”), posiadaniu w domu zwierząt, a nawet poglądach na życie czy o marzeniach. Całość uzupełnia system komentarzy. Opinii, które wystawiają sobie nawzajem goście i gospodarze, co pozwala lepiej ocenić całkiem obcą osobę przed przyjęciem jej do swojego domu, czy ocenić gospodarza i warunki noclegu, jakie proponuje. Te oceny są bardzo ważną cechą couchsurfingu, ponieważ zwiększają bezpieczeństwo tej formy podróży (noclegu), ostrzegając przed niesympatycznymi gośćmi. Czasem couchsurferzy zamiast noclegu oferują pomoc np. w zwiedzaniu miasta i okolicy oraz znalezieniu dobrego (taniego) hostelu w okolicy.

Taniej chyba być nie może, no chyba że pod namiotem w szczerym polu. Jednak to forma, moim zdaniem, stworzona raczej z myślą o ludziach młodych i/lub samotnych. Większość couchsurferów-hostów oferuje noclegi najczęściej dla 1 max. 2 osób. Zazwyczaj jest to tytułowa kanapa (z angielskiego – couch ) w pokoju hosta.

W przypadku rodziny z dziećmi szansa na znalezienie gospodarza znacznie maleje, a i rodzina szukająca noclegu raczej preferuje bardziej komfortowe warunki niż kanapa w małym pokoiku. Jednak nie twierdzę, że takich couchsurfingowych rodzin nie ma. Pewnie są jacyś współcześni hipisi, którym ta forma podróży pasuje. Ja znam moją żonę i dzieciaki i wiem, że kanapa hosta w naszym przypadku odpada…

Wtedy… wtedy z pomocą przychodzą Airbnb Wimdu generalnie oba działają na podobnej zasadzie. Airbnb powstał w USA, a Wimdu w Niemczech, jednak oba mają zasięg ogólnoświatowy i łączą ze sobą gospodarzy i podróżników praktycznie z każdego kontynentu. Podobnie jak i w przypadku Couchsurfingu musimy przejść proces rejestracji i weryfikacji naszych danych. Tu również funkcjonuje system komentarzy, pozwalających ocenić gospodarzy, oferowane przez nich lokale, ale także i ocenić gości, dzięki czemu gospodarze mogą wstępnie ocenić, czy osoba przybywająca do nich, nie jest kimś „problemowym”. Zasadnicza różnica między tą formą noclegów a Couchsurfingiem polega na tym, że oferowany nocleg jest płatny. Oba serwisy mają sprawnie funkcjonujący system, pozwalający przelać pieniądze za nocleg na konto serwisu, skąd trafiają do wynajmującego dopiero po naszej wizycie. Zazwyczaj noclegi w tej formie są tańsze od hoteli, ale za to bardziej komfortowe niż pobyty w tanich hostelach czy schroniskach. Czasem można trafić na prawdziwe „perełki” w postaci willi wynajmowanej za niewielkie pieniądze przez rodzinę, która w tym czasie wyjeżdża na urlop i nie chce zostawiać pustego domu, a jednocześnie zarabia na gościach.

Chętnych do sprawdzenia tej formy podróży zapraszam do zarejestrowania się tym linkiem partnerskim na stronie Airbnb, dzięki czemu zarówno Ty jak i ja otrzymamy rabat w serwisie. Osoba rejestrująca się linkiem otrzyma 75 zł rabatu przy wynajmie pierwszego noclegu, a ja analogiczną kwotę, którą będę mógł wykorzystać kiedyś na stronie Airbnb.

Serwisy takie jak Couchsurfing, Wimdu czy Airbnb mogą znacznie pomóc w tanim podróżowaniu, a przy okazji poznać nowych ludzi i nowe miejsca. Czasem warto spróbować czegoś innego od 5***** hoteli czy tanich hosteli, znaleźć dla siebie nocleg gdzieś poza klasyczną formą turystyki.

Programy lojalnościowe linii lotniczych.

Czy warto? Generalnie tak. Zasada jest praktycznie taka sama, jak w przypadku programów partnerskich stacji benzynowych. Dostajesz kartę, dużo tankujesz, masz dużo punktów, możesz odebrać nagrody i / lub masz jakieś rabaty.

W przypadku linii lotniczych trzeba tylko zamiast zatankowanej benzyny wstawić „wylatane mile”, a reszta generalnie jest analogiczna.

Czyli, żeby udział w programie się opłacał, (a czasem miał sens), trzeba sporo latać.

Obecnie są trzy największe stowarzyszenia linii lotniczych zrzeszające różnych przewoźników.

1) Star Alliance – w składzie m.in. Lufthansa, LOT, ANA, SWISS, Turkish Airlines – Indywidualne programy lojalnościowe, których statusy są uznawane we wszystkich liniach stowarzyszonych w Star Alliance. Jednym z największych programów jest Miles & More Lufthansy używany także przez nasz LOT.

2) Sky Team– w składzie m.in. KLM, AIR FRANCE, Vietnam Air, China Airlines – Indywidualne programy lojalnościowe, których statusy są uznawane we wszystkich liniach stowarzyszonych w Sky Team. Jednym z największych programów jest Flying Blue używany m.in. przez KLM i AIR FRANCE.

3) One World – w składzie m.in. FINNAIR, British Airways, Qatar Airways, – Indywidualne programy lojalnościowe, których statusy są uznawane we wszystkich liniach stowarzyszonych w One World.

Każde z tych stowarzyszeń ma poniekąd „wspólny” program lojalnościowy. Używając karty lojalnościowej jednej ze stowarzyszonych linii  można korzystać z przywilejów, a także zbierać dodatkowe punkty (mile).

Podobnie jak w programach partnerskich stacji benzynowych, tak i tu, żeby dostać jakieś fajne nagrody rzeczowe, trzeba się nieźle nalatać. Jednak zawsze można jakiś drobiazg przywieźć z podróży do domu, ja na przykład ostatnio za punkty wziąłem dla syna plastikowy model Boeninga Lufthansy, który do dziś ładnie prezentuje się na jego biurku.

Jednak dla kogoś, kto dużo lata, o wiele bardziej atrakcyjne są inne atuty programu. Wraz ze wzrostem „wylatanych mil” zmienia się status uczestnika programu. Wyższe statusy wiążą się z szeregiem przywilejów.

Między innymi:

-szybszą odprawą (przez bramki zarezerwowane dla klasy Business),

-możliwością wzięcia większego bagażu bez dodatkowej opłaty (więcej sztuk lub większa waga, lub to i to, w zależności od wewnętrznych regulaminów linii),

-możliwość podwyższenia statusu lotu za punkty (np. z ekonomiczny do business, jednak zżera to sporo punktów z karty),

-możliwość zarezerwowania darmowego lotu za uzbierane punkty (!)

-możliwość wejścia do Lounge Business Class. Bardzo miły bonus, szczególnie, kiedy nasz lot się opóźnia lub mamy zaplanowaną długą, kilkugodzinną przesiadkę.

Dla nieznających jeszcze pojęcia „Lounge” małe wyjaśnienie. Na większości lotnisk dla oczekujących na samolot są krzesełka poustawiane na lotnisku w strefach oczekiwania. Są to zazwyczaj „średnio” wygodne plastikowe siedziska, nie lepsze niż na poczekalni u lekarza czy na polskim dworcu PKS.
Jednak na każdym większym lotnisku jest oaza luksusu, nazywa się Lounge. Dostęp do niej mają uprzywilejowani posiadacze biletów Business Class, First Class i …uczestnicy programu partnerskiego, którzy mają na koncie odpowiednią ilość wylatanych mil/odpowiedni status.
Jaka jest różnica między plastikowym krzesełkiem, a lounge? Wielka. W lounge mamy wygodne fotele zamiast krzesełek, dostęp do WiFi, kontaktów (ładowanie laptopa czy telefonu podczas 3 h czekania na przelot staje się bezproblemowe), a do tego poczęstunek. Bezpłatnie do dyspozycji gości są kanapki, sałatki, przekąski, owoce oraz napoje (także te %). Na różnych lotniskach i w różnych Lounge zaopatrzenie jest odmienne, ale zawsze miłe dla podniebienia. Często jest też do dyspozycji telewizor i delikatna muzyka w tle.

Czas spędzony w takich warunkach jest o wiele przyjemniejszy, a oczekiwanie mniej męczące.

To największe programy lojalnościowe linii lotniczych, ale poza tymi gigantami swoje programy partnerskie stosują także i tanie linie lotnicze np. WizzAir i ich Wizz Discount Club.
Wcześniej opisane duże programy lojalnościowe, jak ONE WORLD, czy Star Alliance są całkowicie bezpłatne (poza udostępnieniem danych osobowych), tymczasem udział w Wizz Discout Club wiąże się z opłatą roczną, obecnie w wysokości 139 złotych.
Może nie ma wtedy do dyspozycji komfortowych lounge na lotnisku czy podwójnego bagażu gratis, ale za to zazwyczaj zyskujemy na zmniejszonych kosztach przelotów. Chodzi o przeróżne dodatkowe opłaty związane z biletem, które tanie linie lotnicze lubią sobie doliczać. Zaś uczestnicy programów partnerskich są z ich sporej części zwolnieni. Opłaca się wydać ponad 130 zł na kartę uczestnika Wizz Discount Club? Jasne, ale tylko pod warunkiem, że planujesz co najmniej 4-5 lotów w roku lub przynajmniej dwa loty z towarzyszem podróży.

WDC_Infograf_pl_4_version_1

WIZZ Discount Club gwarantuje minimalną zniżkę w wysokości 45 PLN na bilety (Uwaga! Jak we wszystkim tak i tu jest „kruczek”. Gwarantowana zniżka nie przysługuje w przypadku biletów tańszych niż 99 PLN.
Czyli, gdy znajdziemy bilet w promocyjnej cenie np. 49 zł czy 79 zł, nie mamy na niego dodatkowego rabatu).

Ponadto członkowie klubu mogą skorzystać z dodatkowej zniżki w wysokości 23 PLN na każdą sztukę dużego bagażu podręcznego i bagażu rejestrowanego zakupionego online.

Wizz Discount Club oferuje dwa rodzaje członkostwa, które można najprościej określić jako osobiste i grupowe.

„Osobiste” pozwala skorzystać ze zniżek dla zarejestrowanego członka programu i dodatkowej osoby. Członkostwo „grupowe” jest droższe, jednak daje praktycznie te same zniżki dla większej grupy pasażerów (korzystne dla osób latających całą rodziną np. małżeństwo dziećmi).

Jak widać uczestnikiem tych programów warto zostać, jednak głównie wtedy, gdy naprawdę sporo latamy.

Warto też wtedy trzymać się jednych linii lotniczych (z jednej grupy partnerskiej jak Star Alliance, czy One World).

Niestety większość moich podróży samolotem to podróże służbowe i nie mam większego wpływu na rezerwacje biletu (i wybór linii lotniczych). Z tego powodu, mimo sporej liczby przelotów i to na długich dystansach, jeszcze nie udało mi się zdobyć statusu np. pozwalającego na wejście do business lounge, tylko za pomocą karty uczestnika programu partnerskiego.

Gdy łóżko było twarde, a jedzenie marne – czyli reklamacji czas

Jako że wakacje dobiegły końca i wszyscy już wrócili z podróży lub wracają ostatnim rzutem na taśmę, dziś będzie o nich, o nas, o Was. Powracający turyści.

W tym roku od niedawna głośny jest temat upadłości biura podróży Alfa Star. Jednak bankructwo biura podróży to najczarniejszy scenariusz. Jest jeszcze pomiędzy udaną wycieczką a upadłością cała gama szarości… bolączek, które w trakcie wyjazdu nas irytują, doprowadzają do wściekłości, zostawiają niesmak i sprawiają, że czujemy się oszukani.

Wiadomo, jak wygląda wyjazd w katalogu. Piękne zdjęcie- wybrane ze stu i dodatkowo podrasowane w programie graficznym.  Do tego uśmiechnięty pan w biurze podróży, który powie nam wszystko, co chcemy usłyszeć na temat wybranego przez nas wyjazdu, a nawet więcej. Zazwyczaj po tym „więcej” wzrasta dość znacznie cena wyjazdu wzbogacona o koszt kilku opcji dodatkowych.

Co jednak, jeśli wyjazd okazał się być nie tak różowy? Jeśli łóżko miało wystające sprężyny i było raczej starym tapczanem, a miało być królewskim łożem z materacem wodnym, apartament był z widokiem na lokalny zakład wulkanizacyjny zamiast oceanu, a samolot zamiast być Dreamlinerem okazał się 25-letnim rozklekotanym 747. Reklamować i to reklamować jak najszybciej! Najlepiej jeszcze podczas wyjazdu. Można reklamację wysłać mailowo, wręczyć rezydentowi czy innemu przedstawicielowi biura. Można też to zrobić telefonicznie, jednak wtedy zostajemy bez jakiegokolwiek potwierdzenia, że zgłoszenie miało miejsce. W przypadku reklamacji jednak trzymałbym się zasady  „kwit na węgiel trzeba mieć”.

Organizator wycieczki czy też pobytu powinien w ciągu 30 dni odpowiedzieć na taką reklamację.

Co ważniejsze, my jako klient mamy również 30 dni na złożenie reklamacji od dnia zakończenia wycieczki. Po tym terminie organizator nie musi uwzględniać naszej reklamacji!

Co powinno być w treści? Dokładny opis tego, co nie spełniło naszych oczekiwań względem zakupionej przez nas oferty. Dobrze jest to uzupełnić zdjęciami czy inną dokumentacją potwierdzającą stan rzeczy (np. potwierdzenie przez obsługę hotelu, że pokój był bez tarasu).

Przydaje się też wtedy jak najdokładniejsza umowa podpisywana z organizatorem przed wyjazdem dokładnie określająca ofertę, jaką kupiliśmy oraz wszelkie foldery i katalogi dotyczące zakupionej przez nas usługi.

Czego możemy żądać? Oczywiście pieniędzy (zwrotu całości lub części kosztów wycieczki) lub innego zadośćuczynienia np. nowej wycieczki. Jeśli żądamy odszkodowania, w piśmie reklamacyjnym powinno się podać przybliżoną kwotę naszych oczekiwań. Jako że nie ma jasno określonych reguł co do wyceny wartości odszkodowania za konkretne usługi turystyczne, możemy podeprzeć się tzw. tabelką frankfurcką. Nie jest ona oficjalnym dokumentem obowiązującym u nas w kraju. Została przygotowana na potrzeby Izby Cywilnej Sądu Krajowego w Niemczech. Jednak z powodu braku naszego odpowiednika takiego dokumentu, coraz częściej polskie sądy posługują się nią w sprawach odszkodowań za usługi związane z turystyką. Sama tabelka jest podzielona na sekcje, takie jak nocleg, wyżywienie i transport oraz ostatnią, w której wypunktowano inne częste uchybienia między ofertą organizatora wyjazdu a stanem rzeczywistym.

Nie ma przy tym znaczenia czy byliśmy na wycieczce w typowym terminie, first czy last minute, mamy takie samo prawo do reklamowania usługi, jeśli odbiega od oferty, za którą zapłaciliśmy.

W przypadku odrzucenia naszej reklamacji przez organizatora wycieczki pozostaje nam nadal możliwość mediacji za pośrednictwem urzędów/organizacji, takich jak miejski lub powiatowy rzecznik praw konsumenta, a na koniec droga sądowa.

Przydatny link do wyszukiwarki instytucji udzielającej pomocy konsumenckiej:

https://uokik.gov.pl/kontakt.php

 

Powiązane tematy:

Wczasy bez stresu – artykuł o tym jak wybrać bezpieczne miejsce na wczasy i zabezpieczyć siebie i rodzinę w podróży.