Archiwa tagu: Chiny

Chiny – gotówka, karta czy bankomat.

Chiny – gotówka, karta czy bankomat. Czyli jak ogarnąć finanse w Kraju Środka.

Jedziesz do Chin i masz dylemat. Skąd wziąć Yuany?
W polskim kantorze raczej ich nie znajdziesz. Nawet w Warszawie może to być trudne, a co dopiero w Poznaniu, Koszalinie czy Gorzowie Wielkopolskim.
Co zrobić? Za co kupić sobie na miejscu „miskę ryżu” na obiad czy pamiątkowy magnes na lodówkę? Opcji jest co najmniej kilka.
Pierwsza i najprostsza – kupić Euro lub Dolary i wymienić je już na miejscu. Praktycznie w całych Chinach nie ma z tym problemu.
Wymienisz te waluty w kantorach obecnych praktycznie na każdym lotnisku w Chinach, przynajmniej na tych, na których ja byłem.

Chińska waluta ma kilka używanych nazw i oznaczeń, więc warto je zapamiętać żeby nie być zdezorientowanym.YuanRenminbi to wciąż ta sam waluta :) W bankach i kantorach można spotkać skrótowa nazwę tej waluty w dwóch wersjach CNY (skrót od ang. Chinese yuan) lub RMB.

Potem już w mieście masz do dyspozycji banki. Tam też wymienisz walutę, choć… nie jest już to tak łatwe. Dlaczego? Kolejki, czasem trzeba się naczekać, do tego dochodzi bariera językowa.
Nie w każdym oddziale banku znajdziesz komunikatywną osobę, która sprawnie cię obsłuży po angielsku, zaś wyjaśnienie na migi, co chcemy zrobić, może nie być zbyt łatwe.
Jednak banki realizują taką usługę, oczywiście pobierając sobie za to drobną opłatę, więc nie licz na to, że kurs wymiany będzie dokładnie taki, jak oficjalnie podany/sprawdzony w Internecie.
Kolejnym punktem, w którym można zrealizować taką usługę, są hotele. W większości hoteli, w których byłem czy to w Szanghaju, czy w mniejszych miejscowościach, można było wymienić waluty (przynajmniej te najpopularniejsze).
Zazwyczaj jednak nie trwa to 1-5 minut lecz od 10 do 30 w zależności od umiejętności językowych obsługi hotelu oraz doświadczenia, jakie ma ze swoją procedurą wymiany walut.
Zazwyczaj też kurs hotelowy odbiega od oficjalnego, jednak nie jest to jakaś wielka różnica w stosunku do wymiany w banku.


Trzecią opcją pozostaje „ulica”.
W większości chińskich „pchlich targów” czy targowisk z mniej lub bardziej oryginalnymi towarami markowymi można znaleźć Chińczyka snującego się po korytarzu i mówiącego pół szeptem „change money, dollar, euro…„, chyba częściej można tylko spotkać tych mówiących „watches, bags, rolex...” ;)
Zazwyczaj jest to korzystniejsza oferta w porównaniu z wymianą w banku czy hotelu jednak… Jednak warto uważać, dokładnie liczyć pieniądze otrzymywane i się im przyjrzeć.
Chiny są bardzo bezpiecznym krajem. W środku nocy bez żadnych wątpliwości o swoje bezpieczeństwo mogę się tam włóczyć po ulicach. Nigdy nie spotkałem się z agresją ani nie słyszałem o napadach. Podobno jakieś się zdarzają, jednak to tak sporadyczne incydenty, że są tylko… incydentami. Natomiast oszustwa i wyłudzenia to już inna historia.
Do tego trzeba pamiętać, że usługa potocznie zwanych koników, nie jest legalna w Chinach, więc robimy to w tzw. szarej strefie. Jeśli coś z wymianą byłoby nie tak, nie wiadomo czy ktokolwiek uwzględniłby nasze skargi.

Karty – Tu powiem krótko. Zarówno Visa jak i Master Card działają. Generalnie nie spotkałem się mimo korzystania z kart z co najmniej 3 banków z problemem przy wypłaceniu gotówki z bankomatu w Chinach, ani w przypadku płatności kartą w sklepie.

Oczywiście trzeba pamiętać o tym, że wypłata gotówki z bankomatu w Chinach raczej wiąże się z tym, że bank pobierze prowizję od wypłaty z obcego bankomatu. Chyba że masz jeden z tych nielicznych banków, które oferują darmowe bankomaty „na całym świecie”.
Na co warto uważać przy użyciu karty? W bankomacie zwróć uwagę na to, czy po wypłacie gotówki odebrałeś swoją kartę… Czemu?
W chińskich bankomatach jest odwrotna sekwencja odbioru karty i gotówki. U nas nie spotkałem się z inną jak karta -> gotówka u nich jest na odwrót. Można w pośpiechu zabrać gotówkę i zostawić kartę w maszynie.
Przy płatności w sklepie lub (szczególnie) w restauracji trzeba starać się nie stracić karty z widoku. Dla bezpieczeństwa środków na własnym koncie lepiej widzieć, co i kto robi z naszą kartą bankomatową.

Generalnie wymiana walut czy korzystanie z kart nie jest jakimś znaczącym problemem w Chinach, większym jest powstrzymanie się przed nadmiernym wydawaniem oraz umiejętność targowania z Chińczykami.
Zostaje mi na koniec życzyć wszystkim, którzy się wybierają do tego pięknego kraju, udanych zakupów ;)

Powiązane wpisy i strony:

  • Herbatka po chińsku czyli kiedy uważać na zaproszenia – opis mojej „przygody” z jedną z popularniejszych form wyłudzenia na turystach w Szanghaju
  • Nauki czas – czyli kurs języka chińskiego od podstaw. Warto znać kilka liczebników i choć podstawowe zwroty w każdym kraju.
  • COINMIL.COM – jedna ze stron oferujących przeliczniki, walut także RMB, według w miarę aktualnego kursu.
  • Strona TRANSAZJA – Jest tam kolejny przelicznik walut, plus przydatna „ściąga” do portfela. Dodatkowo mnóstwo porad związanych z podróżami po Azji,

Country Garden Phoenix Hotel Changsha

Zapowiadany artykuł o możliwości i sposobach odzyskania rekompensaty od linii lotniczych przesuwa się w czasie z powodów technicznych. Chcę zrobić go na przykładach realizacji takiej rekompensaty samodzielnie i z udziałem firm zajmujących się taką usługą. Case study do wersji samodzielnej mam już zrobione, jednak działanie za pośrednictwem firmy przedłuża się, a chciałbym pokazać Wam oba przykłady. Stąd też i kolejne przesunięcie tekstu o rekompensatach. Mam nadzieję, że już ostatnie, bo podobno wyrok zapadł (nawet już prawomocny).

Tymczasem dla zainteresowanych Azją niewielki tekst o jednym z hoteli w Changsha, w którym nocowałem kilka razy.

phoenix_dark

Country Garden Phoenix Hotel Changsha, po zmierzchu…

Hotel nazywa się Phoenix, a dokładnie Country Garden Phoenix Hotel Changsha
Jest on położony na czymś w rodzaju niewielkiej wyspy, do której dociera się mostem.

bridge

Już most prowadzący na wyspę i do hotelu oddaje jego stylistykę.

Z zewnątrz bardzo efektowny, sprawia wrażenie małego pałacu, kościoła. Wewnątrz jest jeszcze efektowniej. Marmury, kolumny, złocenia, malowidła na ścianach i suficie…

phoenix_entry

Michał Anioł wciąż żyje tylko ukrywa się w Changsha :)

Pierwszy raz, gdy wszedłem do tego hotelu, szczęka mi opadła, a w głowie pojawiło się zdanie… „Ja pierdzielę, będę spał w Kaplicy Sykstyńskiej!”. I tak powinno być, w końcu to hotel pięciogwiazdkowy.
Jednak, jak z wieloma rzeczami w Chinach, efekt „WOW” jest tylko na początku. Chiny tak mają, lubią uderzyć ogromem, blichtrem i kalejdoskopem barw, a potem, jak się przyjrzysz, widzisz niedociągnięcia i wady.

Podobnie z hotelem Phoenix. Zaraz przy wejściu, na prawo jest całkiem spora recepcja. Obsługiwana przez dwie do czterech osób. Zazwyczaj da się z nimi dogadać po angielsku, ale nie jest to łatwym zadaniem. Jak w większości hoteli w Chinach tak i tu na recepcji można wymienić walutę, jednak to już jest wyzwanie na granicy możliwości obsługi. Podczas jednego z pobytów w tym hotelu aby wymienić walutę robiłem trzy podejścia. Dopiero przy trzecim znalazł się na recepcji ktoś na tyle ogarnięty, że potrafił to zrobić, choć zajęło to i tak około 15 minut.
Prośba o pokoje dla niepalących zostanie spełniona, ale często to wygląda tak, że pani z obsługi szybko przed Twoim przyjściem do pokoju wynosi z niego… popielniczkę i jeśli ma, to spryska pokój odświeżaczem. Efekt, jak można się spodziewać, średni.

phoenix_korytarz

Pokoje duże, to na plus, ale jak dotąd wszystkie hotele w Chinach, w których spałem, miały duże pokoje i łazienki. Stylistyka nawiązująca do całego wnętrza i bryły hotelu, czyli na bogato, ciężko i ze złoceniami. Oświetlenie dość słabe, żeby nie rzec marne. Przy tej wielkości pokoju, wysokim suficie niewielkie lampki rozmieszczone w pomieszczeniu pozwalały się wieczorem sprawnie poruszać między pokojem czy łazienką, ale np. czytanie stawało się męczącą czynnością, którą ciężko wykonywać dłużej niż godzinę, nawet trzymając książkę bezpośrednio pod jedną z małych lampek, co nie jest za wygodne.

Standard typowy dla regionów Chin położonych na południe od Żółtej Rzeki, czyli klimatyzacja działa dość sprawnie, ale nie ma ogrzewania. W pokoju do dyspozycji telefon, czajnik elektryczny, kawa, herbata, woda butelkowana oraz w szafie ukryte szlafrok, kapcie, żelazko, deska do prasowania i parasol.

W łazience pełen zestaw, począwszy od mydełka i szamponu, skończywszy na jednorazowym grzebieniu, szczoteczce do zębów czy maszynce do golenia. Bez zarzutu! O dziwo łazienka oświetlona o wiele lepiej niż reszta pokoju, więc miłośnikom wieczornego czytania polecam wannę lub siedzenie na ”tronie”, czyli wygodny sedes, koło którego do dyspozycji jest nawet drugi hotelowy telefon.

Jadalnia na parterze, na wprost głównego wejścia do hotelu. Dość duża, w formie szwedzkiego stołu, na który gorące dania są wystawiane i uzupełniane przez obsługę. Dodatkowo na stanowisku kuchennym kucharze mogą przyrządzić Ci omlet lub jajecznicę z dodatkami. Samemu można też sobie skomponować chińską zupę ze składników dostępnych na stole i jednego z proponowanych danego dnia wywarów. Spory wybór owoców.
Kawa, herbata i soki… trudne do wypicia. Generalnie kolejny raz potwierdza się fakt, że kawa nawet w przyzwoitych chińskich hotelach rzadko jest pitna. Ten nie odbiega od normy, a dodatkowo „soki” sprawiają wrażenie, jakby były robione z najtańszych koncentratów rozrobionych kranówką. Generalnie duży minus za napoje. Jedzenie dość przyzwoite i spory wybór, jednak menu typowo chińskie. Jedni mogą uznać to za zaletę, inni za wadę, rzecz gustu. Pewnie jest to wynik tego, że większość gości hotelowych to Chińczycy, ewentualnie wycieczki z Korei. Podczas żadnej z wizyt w tym hotelu, a byłem tam już chyba cztery razy, nie zdarzyło się, żebym na posiłku spotkał więcej niż 1-2 osoby z Europy czy Ameryki.

phoenix_food

Chińskie jedzenie, dla mnie niebo w gębie. Choć czasem smak nie pasuje do wyglądu potrawy.

Obsługa kelnerska w dość sporej liczbie raczej unika klienta. Dogadanie się z nimi po angielsku mocno utrudnione. Rzadko sprzątają na bieżąco, bardziej skoncentrowani na jak najszybszym posprzątaniu po gościu, który już od stołu odszedł.
Popołudniami stołówka pełni funkcję kawiarniano-restauracyjną.

Obsługa, jak już wspomniałem, dość słabo radzi sobie językowo, do tego sprawia wrażenie lekko wypłoszonej obcokrajowcem mówiącym w barbarzyńskim języku zachodu. Jednak jak już zdecyduje się zaangażować, to nie można odmówić im tego, że starają się (jak mogą).
Otoczenie hotelu bez rewelacji, mały supermarket i warzywniak. Budynek hotelu łączy się z czymś w rodzaju dyskoteki, pubu karaoke i czort wie czego jeszcze, czyli popularnego w Chinach tzw. KTV.

Doradzam dużą dozę ostrożności w kontaktach z obsługą i miejscowymi w KTV. Nie miałem o tym okazji się przekonać, ale podobno można tam zostać naciągniętym na sporą kwotę. Szczególnie w weekendowy wieczór.

Ciekawsza okolica wymaga wyjścia poza teren wyspy i przejścia spacerem około 30 minut. Wtedy możemy trafić do niewielkiego parku lub centrum handlowego ze sporą liczbą sklepów i restauracji.
Generalnie hotel nie jest zły, ale ma swoje minusy.
Podsumowując, hotel położony w ciekawym miejscu, efektowny wizualnie, pokoje duże i wygodne, choć nie dla miłośnika wieczornej lektury. Jedzenie bogate, ale mocno lokalne, napoje kompletnie do bani. Obsługa stara się jak może, czyli na ile pozwala jej znajomość języka.
W mojej ocenie na 5 punktów Country Garden Phoenix Hotel Changsha lokuje się gdzieś pomiędzy 3+ a 4-
Mam nadzieję, że już wkrótce uda się wpis na temat rekompensat od linii lotniczych chyba, że jeszcze wcześniej będę miał okazję opisać Wam nowe egzotyczne miejsca.

Powiązane wpisy:

Nauki czas – czyli kurs chińskiego od podstaw

Jeśli czytaliście wcześniejsze wpisy na blogu, pewnie wiecie, że zdarza mi się bywać w Chinach. Jednak pomimo kilkunastu wizyt w Kraju Środka nie znam języka chińskiego. Może poza garstką pojedynczych słów, których nie sposób było się nie nauczyć tyle razy tam będąc.

Na miejscu w zupełności wystarcza mi znajomość języka angielskiego. Nie chciałbym jednak Was zmylić, że to znaczy, iż znając angielski dogadacie się bez problemów w Chinach. Mnie to się udaje, ponieważ bywam tam w ramach wykonywanych zadań w pracy. Czyli spotykam się z ludźmi w fabryce, którzy są przygotowani do kontaktu z anglojęzycznym obcokrajowcem. Jednak na ulicy większość Chińczyków, których zagadasz językiem Makbeta, w ogóle Cię nie zrozumie albo speszeni (choć uśmiechnięci) wydukają dwa, trzy słowa po angielsku typu: sorry, I don’t know.

Nawet w hotelach bywa różnie. W tych dużych, droższych, nastawionych na bogatego turystę obsługa radzi sobie z angielskim. Jednak w mniejszych hotelach bywa to już problemem. Zaś hotele w małych miejscowościach stają się wyzwaniem językowym.

Postanowiłem spróbować tego wyzwania sam. Wiem, język podobno trudny, bez nauczyciela jak tu się nauczyć…

Jednak ja nie potrzebuję mówić tym językiem płynnie. Angielski w Chinach jest wystarczający na moje potrzeby (80% czasu w Chinach to fabryka lub hotel, gdzie angielski jest jak najbardziej OK). Dlatego uznałem, że inwestowanie w lekcje języka, którego znajomość nie jest jakimś priorytetem nie ma sensu. Po chwili poszukiwań wybrałem wydawnictwo Edgard i jego kurs Języka Chińskiego.

Podręcznik przyszedł zapakowany dość solidnie.

Sama książka rozmiarem nie powala- ani grubością, ani wielkością. Coś pomiędzy kieszonkowymi mini rozmówkami, a pełnoprawnym podręcznikiem do nauki języka. Z drugiej strony nie miał to być podręcznik akademicki ani minirozmówki, tylko Kurs Podstaw Języka Chińskiego, więc rozmiar wydaje się być dopasowany do treści.

Jakość książki także adekwatna do ceny i założeń edukacyjnych. Okładka miękka, ale z grubszej gramatury kartonu z połyskiem. W środku tekst i grafiki dość monochromatyczne – czerń i odcienie szarości i niebieskiego. Dość długi wstęp o samym języku chińskim wraz z informacją, jak artykułować litery czy też zlepki liter po chińsku (często sposób czytania tej samej litery jest baaardzo różny w porównaniu do polskiego). Całość jest podzielona na 11 lekcji.

Wydawać by się mogło, że 11 lekcji to mało. Zazwyczaj jak ktoś chodzi na kurs językowy, ma co najmniej 1h zajęć tygodniowo, czyli 11 lekcji skończyłby po 3 miesiącach. Przypominam jednak – to tylko (i aż ) kurs podstawowy. Do tego wiem z własnego przykładu, że nie są to godzinne lekcje. Żeby dobrze przebrnąć przez cały temat, trzeba poświęcić znacznie więcej niż jedną godzinę na jedną lekcję.

Dużą zaletą podręcznika są aż trzy płyty dołączone do książki, dzięki czemu mamy sporą próbkę języka. Jest to dość ważne szczególnie, że w moim odbiorze podręcznik ma głównie nauczyć mówić po chińsku. Co jest nawet logiczne w przypadku podstaw języka. Przecież nawet dzieci najpierw uczą się mówić, a potem dopiero pisać.

cd1

Płyty z nagraniami i programem bezpiecznie zapakowane w oddzielnym pudełku.

Każda z lekcji dodatkowo jest uzupełniona krótkimi informacjami na temat zwyczajów i ciekawostek o Chinach.

Choć dobrnąłem jak na razie do połowy z 11 lekcji, to już miałem okazję sprawdzić jego przydatność w czasie krótkiej wizyty gości z Chin w firmie, w której pracuję. Byli mile zaskoczeni moim wzbogaconym słownictwem (jak dotąd w ich języku moja komunikacja kończyła się na dzień dobrydziękuję). Zaś w małą frustrację wprawiła ich informacja „zakaz fotografowania” powiedziana po chińsku :)

Mam nadzieję, że podczas kolejnej wizyty czy to mojej w Chinach, czy chińskich gości w Polsce, będę miał okazję zaskoczyć ich jeszcze bardziej.

Jedno wiem na pewno, nie jest to podręcznik do nauki pisania. Choć już w pierwszych lekcjach są podstawy chińskiej kaligrafii, wraz z informacjami choćby o kolejności pisania kresek w chińskich „krzaczkach”, to nie jest to zestaw nastawiony na naukę pisania. Książka i płyty mają nauczyć cię podstawowych zwrotów i bazy językowej do komunikacji, czy to w hotelu czy w chińskiej restauracji.

Mam wrażenie, że spełniają swoje zadanie dobrze, choć warto jeszcze uzupełnić tą kolekcję choćby o jakiś zestaw fiszek.

Dodam tylko na koniec, że wpis nie jest komercyjny i jeśli kupisz ten podręcznik ja nie będę miał z tego żadnej korzyści, poza hipotetyczną satysfakcją namówienia kogoś do nauki egzotycznego języka. Za podręcznik chciałbym podziękować miłej pani Małgorzacie z wydawnictwa Edgard, która przesłała mi go pozwalając dzięki temu przetestować podręcznik i jego zalety.

Po kolejnym spotkaniu z chińczykami postaram się dopisać tu dwa, trzy zdania o końcowych efektach edukacji z podręcznikiem wydawnictwa Edgard.

Chińska ulica

Jak wygląda chińska ulica. Chińska ulica jest niezwykła, zazwyczaj pełna pośpiechu i pędzących gdzieś chińczyków w pogoni za pracą, nauką, przyszłością. Praktycznie o każdej porze dnia i nocy ulice są pełne spieszących się gdzieś ludzi. Żywy sznur czarnowłosych twarzy przelewa się między rzekami samochodów, sklepików i ulicznych barów. Wszystko pośród ścian szkła, betonu i kolorowych świateł za kotarą z ulicznego smogu i hałasu.

DSCN8782

Samotny i bez szczęścia słoik nr ?

Oficjalny zakaz żebrania nie przeszkadza chińczykom nie mogącym nadążyć za zmianami żebrać czy spać na ulicy.

DSCN8751

W metropoliach takich jak Szanghaj są wielkie biurowce i salony największych marek. Gucci, Versace.. Nie przeszkadza to jednak w sprzedaży tysięcy podrobionych rzeczy dwie przecznice dalej na ulicznym targowisku.

Jest klient gotów zapłacić tysiące i taki który ma tylko drobne, torebka Gucciego znajdzie się dla obu :)

Gucci

W metropoliach takich jak Szanghaj są wielkie biurowce i salony największych marek.

Chińska ulica jest spokojna i zamyślona. Ludzie powoli kontemplują swoją pracę siedząc na starym odrapanym taborecie w niewielkim ulicznym warsztacie, lub mieszają makaron w jednoosobowej kuchnio-restauracji zbudowanej z dwóch garnków i stołu. Przechodnie zatrzymują się patrząc na starszych mężczyzn grających w GO lub ćwiczących Taiji w parku. W dali słychać flet wygrywający chińską melodię, której dźwięki opowiadają o wspaniałości cesarskiego pałacu.

DSCN8711

Pranie suszy się w jednej z dawnych uliczek Szanghaju

DSCN8707

DSCN8719

Praca i pieniądze są wszędzie. Podobnie jak śmieci na których też można zarobić…

DSCN8736

W jednej ze starszych ulic Szanghaju lokalny rzemieślnik wyplata krzesło.

Chwila, chwila jakiś zgrzyt, niespójność obrazu i dźwięku… Tak to właśnie moje Chiny. Głośnie i ciche, szybkie i ospałe, pełne sprzeczności. Pozwalające odnaleźć się tam maklerowi wielkiego banku w krawacie, rzemieślnikowi naprawiającemu buty na ulicy i artyście robiącemu cukrowe lizaki-obrazy.

Jeśli przyjechałeś tam robić business, podpisywać wielomilionowe kontrakty i otwierać nowe fabryki, tam to zrobisz. Może nawet szybciej i lepiej niż gdziekolwiek na świecie.
Jeśli przyjechałeś poznać starożytną kulturę narodu którego odkrycia wpływały na cały świat, który był wielkim imperium pełnym bogactwa i przepych gdy w Europie żyliśmy w zlepku niewielkich królestw i mikro państw w których końcem i początkiem był zawilgocony zamek lokalnego władcy to też dobrze trafiłeś.
Jeśli nie chcesz się nudzić trafiłeś idealnie, bo Chiny to kraj który jest przeogromny. Nie mam na myśli wielkości zaludnienia, ale powierzchnię i zróżnicowanie kulturowe. Praktycznie każda prowincja Chin mogła by być dużym samodzielnym państwem. Każda jest inna, zróżnicowana pod względem klimatycznym, kulturowym, architektonicznym, językowym. Chiny są tyglem w którym możesz znaleźć całą Azję. Począwszy od Północno zachodnich Chin gdzie możesz spotkać muzułmańskie mniejszości i Azję bardziej kojarzącą się z muzułmańskimi republikami Rosji, czy Afganistanem. Na południowym-zachodzie serce buddyzmu z egzotycznym Tybetem i jego świątyniami. Nastawione na Zachód i pęd ku uprzemysłowieniu i światowemu businessowi wschodnie wybrzeże z Szanghajem, Hongkongiem i Guangzhou, a wszystko spięte jak klamrą przez Pekin (Bejing), który stara się to wszystko ogarnąć (czasem z lepszym lub gorszym efektem) i przekazać wizję dla całego kraju. Kierunek na kolejne 25, 50 może i 100 lat.
Za każdym razem gdy jestem w tym kraju widzę i poznaję coś nowego. Dostrzegam kolejne szczegóły których nie widziałem wcześniej, a wcześniej widziane drobiny chińskiej codzienności sklejają się co jakiś czas w mniejszy lub większy spójny obraz.
Każdemu kto zastanawia się nad odwiedzinami w tym kraju, śmiało mogę powiedzieć nie wahaj się. Przynajmniej raz warto tu być, żeby poczuć siłę i pęd Kraju Środka. Nawet jeśli nie stracisz serca dla tego państwa, narodu to zobaczysz coś co będziesz pamiętać na zawsze i wspominać przez lata.

 

Powiązane tematy:

Randka w Szanghajskim parku

Pisałem już o chińskich parkach… I muszę powiedzieć, że są one miejscem, do którego lubię wracać. Dlaczego? Ponieważ ciągle coś się w nich dzieje, są bardzo ładne, a do tego są jedną z nielicznych darmowych atrakcji (co jest dość istotnym czynnikiem przy ograniczonym budżecie, szczególnie w mieście takim jak Szanghaj).
Tym razem zawędrowałem ponownie do Zhongshan Park.
Dotarcie do parku nie jest łatwe, ponieważ wiąże się z przejściem przez chińskie ruchliwe ulice, gdzie zielone nie zawsze znaczy zielone. Choć po przeciwnej stronie drogi kolor świateł wskazuje drogę wolną dla pieszych, nie zawsze samochody to uwzględniają, a już rzadko kiedy motocykliści i rowerzyści. Generalnie na chińskim przejściu dla pieszych trzeba być czujnym i mieć oczy dookoła głowy. Już przed wejściem do parku zaczyna się gwar i ruch. W weekendy jest w nich naprawdę tłoczno, ale i ciekawie.

Ludzie tańczą, ćwiczą przeróżne sporty, bawią się latawcami i zwyczajnie spacerują.

Tym razem nawiązałem bliższy kontakt z jedną z grup ćwiczących Taiji (Tai Chi). Spotykają się oni regularnie w tym samym miejscu w każdy weekend. Grupa dość liczna – czasem dochodzi do ponad 30 osób na zajęciach. Ćwiczą pod okiem profesora Sun od wczesnych godzin porannych do popołudnia styl „Chen Shi Taiji”. Profesor (tak o nim mówią) Sun pochodzi z prowincji Henan na południu Chin (znanej większości miłośników filmów Kung-fu, ponieważ to w tej prowincji jest słynny klasztor Shaolin).

Trening Taiji pod czujnym okiem profesora Sun.

Trening Taiji pod czujnym okiem profesora Sun.

Do zajęć może się dołączyć każdy i są one bezpłatne, jeśli dołączamy sporadycznie. Jednak, jeśli chcemy być członkiem grupy i ćwiczyć pod okiem profesora regularnie, wtedy należy uiścić opłatę za 3 lub 6 miesięcy nauki.
Przedział wiekowy jest bardzo szeroki, podobnie jak i wykształcenie ćwiczących osób.
Poniżej link do strony profesora Sun.

www.sunxichao.cn

W ubiegłym roku byłem świadkiem, jak do tego team dołączył Europejczyk (z pochodzenia Niemiec). Wtedy rozpoczął pierwszy trening w zwykłych spodniach i bluzie. Tym razem po niespełna roku już miał tradycyjny strój do Taiji i… pomagał w nauce innym młodszym uczniom z pochodzenia Chińczykom. Ciekawie to wyglądało, gdy biały pouczał Chińczyka jak ćwiczyć Taiji :)

Oczywiście nie są jedyną grupą ćwiczącą w tym parku wschodnie „sporty”. Przykładem może być częściowo rodzinny team z filmu poniżej, gdzie mama-trenerka uczy córkę, a inne dzieci dołączają do zespołu.

Gdy znudził mi się już  Zhongshan Park, postanowiłem pojechać do Szanghajskiego Muzeum (starczy darmowych atrakcji, czas zapłacić za bilet). Muzeum jest niedaleko People Square. Po wyjściu z metra na stacji People Square trzeba przejść kawałek do muzeum. Po drodze mijałem kolejną oazę zieleni. Gdy przechadzałem się koło parku na People Square, zaintrygował mnie duży kotłujący się tłum ludzi przy wejściu.

Tłum ludzi przy wejściu do parku

Tłum ludzi przy wejściu do parku

Zainteresowany podszedłem z aparatem, a tam rodzynek w postaci „biura matrymonialnego pod chmurką”.

Sigielki i single do wzięcia

Sigielki i single do wzięcia

Dziesiątki rodziców i dziadków stało wokół alejek z ogłoszeniami, zaś setki innych Chińczyków wędrowało między nimi, czytając w tych anonsach jak w menu. Co zaś było w ogłoszeniach? Wiek, wzrost, waga, ukończone szkoły i wykonywany zawód dzieci lub wnuków. Rodzice stali godzinami z ogłoszeniami, organizując dla swych samotnych, zapracowanych dzieci randki „nie do końca w ciemno”.

Jak widać w chińskich parkach można zadbać zarówno o kondycję ciała jak i „serca”.

Gdy dotarłem do Szanghajskiego Muzeum okazało się, że jestem kilkanaście minut przed zamknięciem i kupno biletu nie miało już większego sensu (czynne do 17-tej), więc pozostało mi przełożyć tą wizytę na inny termin.
W efekcie dzień później trafiłem na kilka godzin do chińskiej świątyni – przepięknego miejsca, któremu już wkrótce poświęcę oddzielny wpis. Już teraz serdecznie zapraszam do obejrzenia tej budowli wraz ze mną :)

Changsha – herbaciana ruletka

W marcu miała miejsce moja kolejna wyprawa do Chin. Lot z Lufthansą do Pekinu, potem lokalnymi liniami Air China do Changsha.

Air China czeka na start

Air China czeka na start

W sumie wyjazd z domu w niedzielę po 10 rano i lądowanie po południu dnia następnego.
Pracy na miejscu było niestety tak dużo, że poza wieczornym wypadem na szybką kolację, niewiele mogłem zobaczyć. Trochę szkoda, bo Changsha ma wiele do zaoferowania, mimo iż nie jest miastem rozmiaru Pekinu czy Szanghaju. O niedalekim muzeum Mao Tse Tunga czy starożytnym uniwersytecie Yuelu Academy już pisałem, jednak to nie jedyne atrakcje prowincji Hunan. Warto wspomnieć choćby o malowniczych górach, które były scenografią do zdjęć w filmie Avatar.
Miejscowi ponownie zabrali nas na kolację do restauracji. Jedzenie w Chinach jest dla mnie rozrywką równie atrakcyjną jak zwiedzanie muzeów, obiektów historycznych, takich jak świątynie czy innych zabytków.
Tym razem również trafiliśmy do restauracji w tradycyjnym chińskim stylu, gdzie pojawia się czasem „kelner” nalewający herbatę w stylu Kung-fu. Jego sprawność, a szczególnie celność (ani razu nie uronił choćby kropli) robi niesamowite wrażenie. Do tego w trakcie nalewania herbaty wykrzykuje po chińsku jakieś dobre życzenia. Takie skrzyżowanie kelnera, akrobaty i ciastka z wróżbą.

Ostatniego dnia pobytu w Changsha wybrałem się na wieczorny spacer po mieście. Generalnie wyrwałem się z hotelu w poszukiwaniu jedzenia i okazji do ciekawych zdjęć.
Niestety Phoenix hotel, w którym nocowałem, może i oferuje posiłki, ale są one w cenie mocno nadwerężającej kieszeń, zaś w pobliżu nie ma nic poza sklepem warzywnym i małym supermarketem, który jest zamykany dość wcześnie, a w którym można kupić co najwyżej chińskie zupki (chińskie zupki made in China dość mocno odbiegają od standardu smakowego „chińskich” zupek sprzedawanych w Polsce).
Ruszyłem więc w miasto, a dokładnie do centrum handlowego oddalonego o około 30-40 minut marszu, w którym jest supermarket i sporo restauracji i barów. W tym klasyka na skalę światową czyli KFC.
Jednak w drodze do fastfood’u zauważyłem niewielki sklepik-herbaciarnię z wystrojem w tradycyjnym chińskim stylu. Z pewną nutką niepewności, wynikającą z mych wcześniejszych przygód w Szanghaju, wszedłem do środka.
Wewnątrz był jeden pan nie mówiący ani słowa po angielsku, małe łóżeczko ze śpiącym dzieckiem, tak na oko niespełna rocznym oraz półki pełne herbat.

Plan miałem prosty – porobić zdjęcia, bo wystrój herbaciarni był dość ładny i wyjść, nie dając się naciągnąć na żadną herbatę. Pan był bardzo uprzejmy, uśmiechał się, coś tam mówił po swojemu. W pewnym momencie zaczął wołać mnie do stoliczka, na którym stały niewielki czajniczek i kubeczki.
– O nie, nie… Już raz na degustację dałem się namówić, nie jestem zainteresowany konsumpcją.
Sprzedawca chyba widział na mojej twarzy obawy i zaczął pokazywać na migi, że to za darmo, tylko do spróbowania.
No i co zrobiłem? Odpowiedzialnie i rozsądnie wyszedłem? …Taaaak.
Już po chwili siedziałem przy stoliku i patrzyłem, jak mistrz herbaty rozprawia się z czajniczkiem i kubeczkami. Przelewa, wlewa i nalewa celebrując każdy ruch…

Kolejny raz, dzięki ciekawości silniejszej od rozumu, miałem okazję popatrzeć, jak wygląda zaparzanie herbaty. Tym razem w Changsha w południowo centralnych Chinach. Z nowo poznanym znajomym rozstaliśmy się serdecznym uściskiem dłoni i uniwersalnymi w każdym języku uśmiechami.
Po raz kolejny sprawdziła się zasada, której nauczyłem się w Szanghaju – Jeśli nieznani Chińczycy sami zaczepiają cię, mówią dobrze po angielsku i są mili, to na 95% próba wyłudzenia. Mistrz herbaty z Changsha nie mówił nawet słowa po angielsku… :)

Jeśli nieznani Chińczycy sami zaczepiają cię, mówią dobrze po angielsku i są mili, to na 95% próba wyłudzenia.

W rewanżu w drodze powrotnej zaszedłem do jego sklepu, z zabawką dla malucha kupioną w centrum handlowym, co przypieczętowało naszą międzykontynentalną znajomość i przyjaźń polsko-chińską.
Następnego dnia miałem lot do kolejnego miasta. Tym razem znów Szanghaj.
Lotnisko w Changsha, zamieszanie, setki, tysiące pasażerów i utrudniony kontakt z kimkolwiek… Angielski nie jest mocną stroną małych lotnisk w Chinach. W dodatku co chwila zmieniano numery lotów i bramek.

Changsha - lotnisko

Changsha – lotnisko

Szybki około dwugodzinny lot liniami regionalnymi Juneyao Airlines. W trakcie lotu do dyspozycji pasażerów wafel ryżowy i mała woda mineralna w ramach posiłku.
Sam samolot w dobrym stanie, obsługa uprzejma, lądowanie także bez problemów – łagodnie jak po sznurku. Generalnie lot z Juneyao Airlines na plus, choć ten wafel… ;)

Chengdu cz. 2 – wodny smok

Chengdu cz. 2 – wodny smok

Dujiangyan Irrigation System

Pisałem już o Chengdu, magicznej stolicy Syczuanu, jego uroczych uliczkach z klimatem dawnych Chin i chyba największej hodowli Pandy na świecie. Jednak niedaleko Chengdu (dystans około 2h jazdy autem) jest również atrakcyjne miejsce, szczególnie dla miłośników nietypowych konstrukcji i rozwiązań technicznych. Jest to tama sprzed wieków, a właściwie to cały kompleks tam, zapór, spiętrzeń i wszelkich cudów techniki związanych z nawodnieniem Syczuanu, a w szczególności okolic Chengdu.

215917_3490508556275_150666423_n

Kompleks ten sięga swoją historią kilkuset lat wstecz – wtedy zaczęto projektować i budować tu pierwsze rozwiązania, mające pomóc kontrolować wodę i jej dystrybucję w regionie.

Pomysły były jak na tamte czasy nowatorskie, a swoim rozmachem i skutecznością zaskakujące po dziś dzień.

28758_3490511716354_1353218828_n

Sam kompleks Dujiangyan nadal pełni swoją funkcję, a historyczne rozwiązania irygacyjne przez wieki były uzupełniane o nowe i coraz to nowsze mechanizmy. Jednak kilkusetletnia historia konstrukcji i jej atrakcyjność, zarówno pod względem inżynierii, jak i wizualnym, sprawiła, że tama w Dujiangyan i jej okolica stała się miejscem wyjątkowo atrakcyjnym turystycznie. Co się z tym wiąże, kompleks tam wzbogacił się w mnóstwo sklepików z pamiątkami, restauracyjek, herbaciarni, a nawet mini kolejkę, która może obwieźć po jego terenie co bardziej leniwych turystów.

65152_3490509876308_750776651_n

Podczas jednego z moich pobytów w Chinach miejscowi koledzy w czasie weekendu zabrali nas tam na przejażdżkę. Miejsce niezapomniane.

Niesamowite widoki i zaskakujące rozwiązania, mające pomóc praktycznie w nawodnieniu całego regionu. Najbardziej powala rozmach tych budowli i fakt, że były wymyślone przez jakiegoś chińskiego inżyniera w czasach, kiedy w Europie szczytem irygacji była fosa wokół zapleśniałych murów zamku lokalnego księcia.

255000_3490511756355_1337944887_n

Dodatkową atrakcją był fakt, że… byłem tam atrakcją kompleksu wodnego. Czemu?

Z dość prostej przyczyny – biały, wysoki (szczególnie, jak na standardy chińskie), a do tego z brodą…

Tak, jak Pekin czy Szanghaj są już oswojone z białymi turystami, tak w Syczuanie wciąż nie ma ich tak wielu. W Chengdu podczas spacerów ulicą nie raz czułem na sobie ciekawski wzrok Chińczyków. Podczas zwiedzania zapory Dujiangyan, gdzie byliśmy jedynymi nie Chińczykami, jakich widziałem, staliśmy się atrakcją na tyle dużą, że w ciekawych punktach widokowych co odważniejsi Chińczycy prosili mnie o pozowanie wraz z nimi do zdjęcia na tle budowli.

Ci mniej odważni strzelali fotki z ukrycia tak, aby złapać egzotycznego białasa na tle zdjęcia z najważniejszej tamy Syczuanu.

598543_3490507436247_669542570_n

 

Wisienką na torcie okazał się być festiwal, który właśnie wystartował tego dnia, a o czym się dowiedzieliśmy wychodząc z kompleksu. Przed wejściem pojawiła się scena, której wcześniej nie było i kilkanaście autokarów pełnych poprzebieranych tancerzy i muzyków. Niektórzy w strojach ludowych inni bardziej współczesnych. Dzięki temu na pożegnanie tama Dujiangyan zagrała dla nas i zatańczyła, pozostawiając po sobie we wspomnieniach prawdziwy korowód niesamowitych widoków, obrazów i dźwięków.

599960_3490512956385_198284696_n

Powiązane wpisy:

Panda, zielone bambusy i chiński pieprz – Chengdu cz. 1

Z wizytą u Mao Tse-tunga – Changsha cz.1

Kraina smogu i herbaty – Szanghaj

Podróże na kacu

Podróże na kacu, czyli turystyka z szampanem w tle.

Tym razem wpis niewiążący się z żadnym konkretnym miejscem. Natchnęła, mnie do niego koleżanka mojej żony. Będąc nie tak dawno w USA przywiozła mi dwie puszki Budweissera, prosto z serca Ameryki (pełen szacun, w końcu to dodatkowy kilogram w bagażu rejestrowanym).
bud_USA
Po raz kolejny potwierdziła się moja opinia, że piwo potrafią robić tylko w Europie. Słabsze niż nasze, a do tego bez goryczki, prawie jak woda. No, ale że darowanemu Budweisserowi się nie powinno w beczki zaglądać, to wypiłem szybciutko, szczególnie, że była to końcówka wakacji i jeszcze dość gorąco na dworze.
Przy okazji zacząłem się zastanawiać nad rodzajem tradycyjnego alkoholu kojarzącego mi się z USA (piwo imbirowe?).

Każdy, kto podróżuje, pewnie mógł zauważyć specyficzną dla rasy ludzkiej regułę kulturowo-kulinarną. Homo sapiens lubi wypić. Dziabnąć kielona, strzelić lufę, walnąć setunię, generalnie sponiewierać się przy alkoholu – jak zwał, tak zwał. Nie ma przy tym znaczenia kontynent, kraj, region, język. W każdej kulturze człowiek lubi wypić i pije.
Kultura i położenie geograficzne determinują co najwyżej rodzaj trunku i produkt, z jakiego jest zrobiony. Zasada jest jedna, napitek powinien mieć procenty, aby mógł rozweselić, rozplątać języki, sponiewierać.

Uwaga, nie do każdego kraju wolno wwieźć alkohol. Zanim wpadniesz na pomysł przywiezienia trunku procentowego jako prezentu, sprawdź, czy w danym kraju można go wwieźć.
Kary zaczynają się od konfiskaty trunku po dotkliwsze restrykcje jak grzywna, a nawet areszt czy zakaz wjazdu.

Miałem okazję pić kilka dziwnych alkoholi (czasem także zabieram je na prezent z podróży dla znajomych i rodziny).

Baijiu z Changsha

Baijiu z Changsha

Baijiu z Chengdu

Baijiu z Chengdu

Chiny i ich mocarne Baijiu, które potrafi trzepnąć w głowę 50-65% stężeniem alkoholu. Radzę uważać, specyficzny smrodek jakiś ziół, który jest cechą każdego Baiju jakiego próbowałem sprawia, że łyka się to szybko, aby nie poczuć zapachu i smaku.

W efekcie nie czuć mocy trunku i można się zdziwić po kilku „Gambei”.
Przepyszna Cachaça robiona z trzciny cukrowej w Brazylii, którą można porównać z najdelikatniejszą Whisky.
Do tego Cachaça jest idealnym produktem do robienia drinków o już nawet pysznie brzmiącej nazwie Caipirinha..

„Przepis na Caipirinhe”

Składniki: 1/2 limonki, 60 ml Cachaçy (brazylijskiej wódki), 2-3 łyżeczki brązowego cukru z trzciny cukrowej, kruszony lód.

Przyrządzanie: Limonkę umyć, sparzyć, przekroić na 4 lub 8 części. Wrzucić do wysokiej szklanki, dodać cukier i wycisnąć. Następnie wsypać pokruszony lód do pełna szklanki. Wlać cachaçę i wymieszać. Podawać z dwiema rurkami oraz udekorować ćwiartką limonki.

Innym wyrobem (bo nie da się tego nazwać alkoholem seryjnej produkcji) jest rumuńska Cujka. W Rumunii do kupienia „na życzenie”, tzn. życzysz sobie na ryneczku w rozmowie z lokalnym bimbrownikiem, ile powinna mieć procent i ile chciałbyś litrów. Potem odbierasz np. w plastikowej butelce po 2-litrowej wodzie mineralnej. W smaku przystępniejsza od polskiej wódki, plus gratis nutka hazardu w tle (nigdy nie można być pewnym, co autor rumuńskiego nektaru chciał uzyskać, a co uzyskał).
Na koniec niemiecki Jagermeister, no i nasza polska wódka.

jagermeister
Jak widać jest tego całe mnóstwo – co kraj to trunek. Można nawet zorganizować wycieczki szlakiem alkoholu… Zresztą nawet na jednym z programów TV widziałem odcinek cyklu „podróżniczo-reporterskiego”, w którym prowadzący jeździł z kraju do kraju i upadlał się z miejscowymi przy użyciu lokalnych trunków.
Naturalnie taka motywacja „podróżnicza” może wyciąć nam z podróży wiele innych wspaniałych wrażeń, jak piękne widoki czy możliwości, jak wspinaczka po górach lub choćby spływ kajakiem.
Na koniec, żeby nie było, że wpis sprzyja piciu, morał…
Morał mówiący o tym, że może nam taka alkoholowa motywacja podróżnicza nie tylko zubożyć walory turystyczne, ale także rozciąć łeb… Tak przynajmniej było w moim przypadku i zmobilizowało mnie to do dokończenia wpisu o alkoholu w podróżach.
Dokładniej impulsem był niedawno (tydzień przed świętami), rozcięty łuk brwiowy po ostatniej imprezie (nie na wyjeździe, a w rodzinnym mieście – nic związanego z podróżami).
Droga z pubu do mieszkania minęła mi sprawnie i bez problemów (więc jednak podróż jakaś była, choć tylko z baru).
Niestety rano po wieczornej wizycie w barze rozciąłem sobie łuk brwiowy we własnej kuchni.
Godzina była wczesna, więc sądzę, że słusznie podejrzewałem, iż byłem jeszcze w stanie pomroczności-jasnej, przez co o świcie nawet nie mogłem pojechać na szycie do szpitala samochodem. Nie miałem wątpliwości, że nawet najtańszy policyjny „balonik” zaświeciłby na czerwono. Finał był taki, iż ubrałem kubraczek i ruszyłem pieszo. Tyle dobrego, że mieszkam nieopodal szpitala.
Konieczność porannego marszu na chirurgię w połączeniu z porannym szurnięciem głową o blat kuchenny, zadziałała na mnie na tyle motywująco, że postanowiłem przestać pić trunki wysokoprocentowe na rzecz kefirów i soków owocowych. W końcu w wyniku porannego kaca musiałem dreptać pieszo do chirurga niczym za karę.
Czy postanowienie utrzyma się i jak długo – czas pokaże. Na razie zaliczę to w poczet postanowień noworocznych i oby przetrwało dłużej niż do Sylwestra :)

Tymczasem na Wigilii byłem główną atrakcją rodziny z wielkim opatrunkiem nad okiem. Dopiero prezenty pod choinką zdjęły uwagę biesiadników z mojej głowy.
Rzecz jasna nie znaczy to, że nie będę przywoził egzotycznych trunków w formie pamiątek. W końcu mogę kolekcjonować, nawet nie pijąc :).

W związku z tym, że wpis wyszedł mocno imprezowy, życzę wszystkim udanej zabawy noworocznej, mnóstwa toastów, tańców oraz najpiękniejszych miejsc do zwiedzenia w nadchodzącym Nowym 2016 Roku!

Panda, zielone bambusy i chiński pieprz

Panda, zielone bambusy i chiński pieprz
Chengdu cz.I

Było o Changsha, czas na Chengdu. Jak dotąd najpiękniejsze chińskie miasto, w którym byłem.
Chengdu jest stolicą regionu Syczuan (kiedyś, przed zjednoczeniem Chin, było stolicą państwa Shu).

Miasto, w zależności od tego, z których danych korzystać, ma liczbę mieszkańców od 4 do ponad 10 mln (rozpiętość duża, ale związane jest to z różnego rodzaju wyliczeniami w zależności od tego, czy piszący definiując ludność miasta ma na myśli teren zurbanizowany czy z przyległościami, odpowiednik naszej gminy miejskiej).
Miasto leży w sercu Chin, czyli w centralnych Chinach. Jest tam duży port lotniczy (bez większego problemu można znaleźć połączenie z większych lotnisk europejskich do Chengdu).

Przykładowe połączenia z Berlina liniami KLMQatar Airwais

cdticket cdticketQA

Qatar Airwais jest szczególnie atrakcyjnym przewoźnikiem do Azji ze względu na częste promocje, wysoką jakość obsługi oraz naprawdę dużą sieć połączeń z większością ważnych miast Azji.

Jednak z Europy podróż na ich pokładzie wiedzie zawsze przez… Katar, a dokładnie lotnisko w Doha. W efekcie czego np. podróż do Chin jest rozbita na dwa około 6-7 godzinne etapy.

Ja osobiście wolę dłuższy lot 10-11h. Jednak to moje prywatne odczucie, a uważam, że warto się przekonać co do jakości tego przewoźnika, który ma w rankingach linii lotniczych pięć gwiazdek za jakość, operuje połączeniami do Azji także z Polski, a do tego jest członkiem jednego z większych sojuszy lotniczych One World.

Chengdu posiada metro (może nie tak rozbudowane jak to w Szanghaju, ale jest dostępne).
Klimat idealny. Tak, powtórzę jeszcze raz, idealny. Ciepło, praktycznie nie ma zim. Roślinność tu sama rośnie. No, ale jak to bywa i to piękne miejsce ma swoje wady. Mankamentem jest monsunowa pogoda, która sprawia, iż 4 miesiące w roku tu pada, i to kilkadziesiąt razy więcej niż przez pozostałe 8 miesięcy. Oraz… trzęsienia ziemi w regionie Syczuanu.

W 2008 roku w najtragiczniejszym trzęsieniu ziemi w tym regionie zginęło prawie 70 tys. osób. Od tamtej pory służby miejskie są przygotowywane skrupulatnie na trzęsienia ziemi, a także dostosowywane jest budownictwo, mające przetrwać wstrząsy i umożliwić przeżycie użytkownikom.
Ja pierwszy raz byłem w Chengdu w 2011, zaledwie 3 lata po trzęsieniu ziemi. W czasie wizyty nie dało się odczuć w jakikolwiek sposób tej dość niedawnej tragedii. Czy to w twarzach przechodniów, czy murach już odbudowanych budowli.
Jakie jest Chengdu? Chengdu jest zielone, soczyste, pełne kolorów. Jest miastem w Chinach, o którym mogę śmiało powiedzieć, że tam mógłbym mieszkać.
Polecam do zwiedzania starówkę Chengdu.
401320_2276634250176_1614448619_n
Piękne uliczki wypełnione starą architekturą. Przygotowane obecnie do przyjęcia ruchu turystycznego, pełne są sklepików i kramów z pamiątkami, ręcznymi wyrobami regionalnymi oraz małych restauracyjek.

407039_2276636730238_2030424311_n

woz

Na temat kuchni Chengdu można napisać oddzielny artykuł. W Chinach mówi się nawet o gotowaniu w stylu syczuańskim. Zresztą jest tam podobno znana w całym kraju szkoła kulinarna. Dla mnie kuchnia Chengdu była jedną z ciekawszych i najpyszniejszych „podróży kulinarnych”. Jednak osoby, które nie lubią ostrego jedzenia, mogą nie być zbyt szczęśliwe w prowincji Syczuan. Praktycznie każda potrawa jest tam pikantna lub bardzo pikantna. Dużą popularnością cieszą się różnego rodzaju HOT POT’y, o których wspominałem już we wpisie o chińskiej kuchni.
429180_3989145461886_1395637393_n
Nie sposób też odpuścić sobie wizyty w miejscowym ZOO. Chengdu jest chyba największym w Chinach, jeśli nie na świecie, ośrodkiem, w którym hodowane są pandy. W pobliżu miasta mieści się Chińska Baza Badawczo-Hodowlana Pandy Wielkiej, muzeum pandy oraz ZOO, w którym turyści mogą podglądać życie tych egzotycznych misiów.
Dodam jako ciekawostkę, że od niedawna Polska ma z Chengdu… połączenie kolejowe. Dokładnie na trasie Łódź – Chengdu od 2015 roku kursuje pociąg. Dla miłośników podróży koleją mam złą wiadomość – jest to jedynie połączenie towarowe.

Powiązane tematy:

Chengdu cz. 2 – wodny smok

admin

Listopad 22

Jakiś czas temu pisałem o chińskim mieście Changsha i wizycie w muzeum poświęconym chińskiemu przywódcy Mao Tse Tung’owi. Jako że o Changsha były już dwa wpisy, a samo miasto jest dość nieznane statystycznemu Polakowi, postanowiłem związać z nim konkurs na blogu.

Przewodniczący Mao był związany z Changsha, jednak czy tam się urodził? Ci, którzy czytali wpis o jego muzeum znają odpowiedź, jednak nazwy rodzinnej miejscowości pana Mao celowo nie umieściłem we wpisie. Dlaczego? Ponieważ będzie ona częścią konkursu.

Dwie pierwsze osoby, które podadzą poprawnie nazwę rodzinnej miejscowości, z której pochodził przewodniczący Mao, otrzymają nagrodę.

Nagrodą Nr 1 będzie oryginalny miniaturowy chiński strój, który jednocześnie może pełnić funkcję ozdobnika butelki na Waszym stole np. podczas kolacji z chińszczyzną jako daniem głównym :)

DSCN7095

Nagroda Nr 2 – książka z opiniami obcokrajowców o Polsce „Swego nie znacie… czyli Polska oczami obcokrajowców” Judyty Fibiger.ksiazka

Warunek otrzymania nagrody: Udzielenie poprawnej odpowiedzi na pytanie o rodzinne miasto Mao Tse Tunga w formie komentarza pod tym konkursowym wpisem. Ogłoszenie wyników w pierwszym dniu grudnia.

Z wizytą u Mao Tse-tunga – Changsha cz.1

Yuelu Academy – starożytny uniwersytet – Changsha cz.2

Mamy i pierwszy grudnia. Zgodnie z wpisem dziś ogłoszenie zwycięzcy konkursu. Zadanie było o tyle proste, że był tylko jeden uczestnik i do tego udzielił prawidłowej odpowiedzi ! Rodzinną miejscowością przewodniczącego Mao jest Sháoshān w którym znajduje się poświęcone jemu muzeum.

Zwycięzcą konkursu został: Sławomir Ćwiek. Dziękuję za udział w konkursie i zapraszam do ponownych wizyt na stronie Ekonomiczna Premium. Proszę o podanie adresu na który ma zostać wysłana nagroda :)