Archiwa kategorii: Uncategorized

Minął kolejny rok – podsumowanie

Minął kolejny rok. Co zmieniło się poza tym, że stałem się starszy? Co udało się, a co nie? Najłatwiej będzie to porównać patrząc na ubiegłoroczne postanowienia i ich realizację.
Plany miałem piękne niczym plan 5-letni za czasów komuny.

Dobrze, że już rok temu zakładałem jako sukces osiągnięcie 1-2 punktów z tego planu. Minimum zrealizowałem, więc generalnie mam czyste sumienie. Wziąłem udział w targach w Poznaniu i byłem w jednym (tylko!) ze schronisk górskich.
Jednak nie do końca mnie to zadowala. Jakoś tak słabo wypada ta realizacja minimum wobec planu, jaki był na cały rok. W czym problem? Przesadziłem czy może błędy w realizacji?
Obawiam się, że po trochę jedno i drugie. Plan wyszedł spory, z „ułańską fantazją”. Teraz z perspektywy czasu wiem, że aby go zrealizować, musiałbym pracować na 100% w branży turystycznej, a nie zajmować się tematami z nią związanymi hobbystycznie.
Druga przyczyna słabej realizacji to fakt, że poza zrobieniem planu nie narzuciłem sobie żadnych „punktów kontrolnych”. Robiąc plan trzeba uwzględnić w nim terminy, a potem kontrolować etapy postępu i przygotowania.
Sam plan to tylko odrobinę bardziej sprecyzowane marzenie. Bez dalszych działań z Twojej strony plan marzeniem pozostanie.
Tym razem postanowienia i plany na 2017 zamierzam mieć mniej rozbudowane i zmieścić się maksymalnie w 5-6 punktach.
Do każdego zrobić pisemną rozpiskę z przybliżonym terminem i przynajmniej jednym działaniem z mojej strony, które będę zobowiązany sam przed sobą podjąć aby cele zostały osiągnięte.
Za to postanowieniem noworocznym będzie comiesięczne odpytywanie samego siebie z podjętych działań w celu realizacji planu rocznego.
Ostatni weekend każdego miesiąca będzie ku temu w sam raz.
Co tym razem w planie? Część punktów naturalnie przeniosę z ubiegłego roku, w końcu nie zostały zrealizowane. Część odpadnie z planów przynajmniej na razie. Co nie znaczy, że jeśli nadarzy się okazja, to nie polecę na przykład na Fuerthaventurę. Co to, to nie. Jak będzie okazja, to jej nie przepuszczę, jednak trzeba umieć oddzielać plany od marzeń. Na ten rok Wyspy Kanaryjskie i Fuerthaventura są tylko marzeniem zarówno czasowym jak i finansowym.
Planowany w okresie wakacyjnym duży remont w znacznym stopniu ogranicza moje plany co do podróży i wszelkich zajęć „pozalekcyjnych”, czyli realizowanych po pracy i w czasie ewentualnego urlopu.
Chciałem ponownie pojechać na Targi do Poznania. Ubiegłoroczny pobyt uważam za bardzo ciekawy i wart poświęconego czasu, mimo iż nie przyniósł zbyt wielu wymiernych korzyści.
Jednak tym razem termin wybrany przez organizatorów mocno mi nie pasuje, kolidując z innymi prywatnymi terminami. Z bólem serca, ale będę musiał chyba z listy planów na 2017 Tour Salon wykreślić.
Co chciałbym zostawić?

1) Jako pierwsze Schroniska. Rok temu pisałem o najmniej 10 różnych schronisk górskich PTTK (nie mniej niż 3-4 podczas jednego wyjazdu). Nauczony ubiegłorocznym doświadczeniem, entuzjazmem mojej żony do mieszkania w schronisku i „zapałem” mojego najmłodszego dziecka do chodzenia po górach ilość tę raczej zawęziłbym do 1-3 schronisk na 2017.

2) Wizyta w Toruniu. Jako że jeszcze nie byłem w tym ciekawym mieście Kopernika i pierników, a po ostatnich Targach Turystyki w Poznaniu przedstawiciele Torunia potrafili mocno zachęcić do atrakcji swojego miasta, postanowiłem je w tym roku umieścić na planie swoich podróży. Ma to być rodzinna podróż, więc większość atrakcji pod kątem dzieciaków. Już teraz wiem, że jednym z obowiązkowych punktów będzie Muzeum Piernika. Reszta do zaplanowania bliżej wyjazdu.

3) Plastinarium w Guben (Niemcy). Byłem tam kilka lat temu. Miejsce specyficzne. Mogące zmrozić krew w żyłach, a jednocześnie w jakiś sposób piękne i pociągające. Chciałbym w tym roku jeszcze raz je odwiedzić, z czego nie omieszkam zdać Wam relacji po powrocie.

4) Wizyta w co najmniej jednej z winnic Lubuskiego Szlaku Wina i Miodu (najlepiej z degustacją i noclegiem ;) ). Będzie to wyśmienita okazja do lepszego poznania województwa, jego produktów regionalnych oraz zasmakowania w lokalnym winie.

5) Odwiedziny w Tropical Island pod Berlinem. Dlaczego? Ponieważ w tym roku Fuerthaventura mi się raczej nie szykuje, a chciałbym spędzić jeden dzień pod palmami :D

6) Wizyta w Biosferze w Poczdamie – Tu także zachęca mnie wspomnienie miłego kontaktu podczas Targów w Poznaniu z panem Michałem, pracownikiem Biosfery oraz bajecznie kolorowe prospekty pokazujące roślinność i ptaki żyjące w tym miejscu.

Tym razem mniej egzotycznie z nastawieniem na Polskę i założeniem, że tym razem plan minimum to 3 z wymienionych punktów.
Co wyjdzie zobaczymy. Relację z etapów realizacji postaram się w jakiś sposób pokazywać na stronach bloga, co będzie dla mnie dodatkową motywacją do ich wykonania.
Jest jeszcze plan szkoleniowo-edukacyjny związany z pracą zawodową, a także finansowy, z którym bywa najtrudniej, bo musi sprostać zarówno życiu jak i pozostałym listom celów „podróżniczych” i „szkoleniowo-edukacyjnych”, jednak w przypadku tych list zadań na 2017 nie będę wdawał się w szczegóły.

Naturalnie zniknięcie z planów rocznych miejsc takich jak Japonia czy Rio de Janeiro nie oznacza rezygnacji z nich, a jedynie urealnienie rocznego planu.
Miejsca te nadal są gdzieś w pamięci, za moimi plecami i jeśli tylko nadarzy się okazja, to z radością je odwiedzę i Wam opiszę.

Jednak w tym roku nie planuję marzeń. Marzenia mam, a planuję cele na bieżący rok.
Również Wam życzę owocnego planowania i udanych postanowień na rok 2017 !

Powiązane linki:

Czerwone tenisówki

Tenisówki „czerwonego kapturka” jadą na wakacje czyli ile może wytrzymać tani but?

W ramach przygotowań do urlopu Szanowna Małżonka odkryła w naszej rodzinie braki odzieżowe. Szczególnie obuwnicze u córki. W efekcie końcowym spędziliśmy w sumie sześć godzin w sobotę i niedzielę, uprawiając turystykę zakupową. Sześć godzin dla faceta spędzonych w sklepach obuwniczych to piekło, prawdziwa „hard  road to hell.

Efekt finalny: jedne sandałki oddane do reklamacji, (jak dla mnie nawet bucik dla 5- letniej dziewczynki powinien wytrzymać dłużej niż dwa miesiące, a tak nie było w tym przypadku, na szczęście odnalazłem paragon), oraz zakupione: różowo-złote klapki na basen,  sandałki Lasockiego, różowe tenisówki z Zosią i…

…i widoczne na głównym zdjęciu tenisówki dla taty w kolorze  odbiegającym od reszty zakupów.

Całość zmieściła się w 100 zł, w tym moje tenisówki czerwonego kapturka rozmiar 44, w najniższej chyba w Gorzowie promocyjnej cenie 34 zł. Mogę śmiało powiedzieć, że małżonka jest mistrzynią w kupowaniu butów, choć swoje wynalazłem sam, nudząc się w sklepie. Po dwóch dniach i kilku godzinach „zwiedzania sklepów” trzy z czterech par butów kupiliśmy w CCC (tam przy okazji też złożyliśmy wspomnianą reklamację).

Obuwniczo jesteśmy gotowi na urlop. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie ceny od 70 PLN w górę za tenisówki czy trampki to jakaś paranoja. Ten typ obuwia w moim dzieciństwie to był najtańszy but na wakacje, który nawet jak utknął w błocie, to nie było go szkoda. Teraz ceny „buta z gumy i szmatki” odlanego z formy zaczynają się od 70 zł. Jak dla mnie przesada. Chyba się stary robię…

Relację z użytkowania „tenisówek czerwonego kapturka” na stopie rozmiaru 44, bardziej pasującej do złego wilka, zdam szczegółowo po powrocie, a może częściowo też w czasie urlopu.

Udanych wakacji i zapraszam na wycieczki „czerwonych tenisówek” na Instagramie.

Podróże na kacu

Podróże na kacu, czyli turystyka z szampanem w tle.

Tym razem wpis niewiążący się z żadnym konkretnym miejscem. Natchnęła, mnie do niego koleżanka mojej żony. Będąc nie tak dawno w USA przywiozła mi dwie puszki Budweissera, prosto z serca Ameryki (pełen szacun, w końcu to dodatkowy kilogram w bagażu rejestrowanym).
bud_USA
Po raz kolejny potwierdziła się moja opinia, że piwo potrafią robić tylko w Europie. Słabsze niż nasze, a do tego bez goryczki, prawie jak woda. No, ale że darowanemu Budweisserowi się nie powinno w beczki zaglądać, to wypiłem szybciutko, szczególnie, że była to końcówka wakacji i jeszcze dość gorąco na dworze.
Przy okazji zacząłem się zastanawiać nad rodzajem tradycyjnego alkoholu kojarzącego mi się z USA (piwo imbirowe?).

Każdy, kto podróżuje, pewnie mógł zauważyć specyficzną dla rasy ludzkiej regułę kulturowo-kulinarną. Homo sapiens lubi wypić. Dziabnąć kielona, strzelić lufę, walnąć setunię, generalnie sponiewierać się przy alkoholu – jak zwał, tak zwał. Nie ma przy tym znaczenia kontynent, kraj, region, język. W każdej kulturze człowiek lubi wypić i pije.
Kultura i położenie geograficzne determinują co najwyżej rodzaj trunku i produkt, z jakiego jest zrobiony. Zasada jest jedna, napitek powinien mieć procenty, aby mógł rozweselić, rozplątać języki, sponiewierać.

Uwaga, nie do każdego kraju wolno wwieźć alkohol. Zanim wpadniesz na pomysł przywiezienia trunku procentowego jako prezentu, sprawdź, czy w danym kraju można go wwieźć.
Kary zaczynają się od konfiskaty trunku po dotkliwsze restrykcje jak grzywna, a nawet areszt czy zakaz wjazdu.

Miałem okazję pić kilka dziwnych alkoholi (czasem także zabieram je na prezent z podróży dla znajomych i rodziny).

Baijiu z Changsha

Baijiu z Changsha

Baijiu z Chengdu

Baijiu z Chengdu

Chiny i ich mocarne Baijiu, które potrafi trzepnąć w głowę 50-65% stężeniem alkoholu. Radzę uważać, specyficzny smrodek jakiś ziół, który jest cechą każdego Baiju jakiego próbowałem sprawia, że łyka się to szybko, aby nie poczuć zapachu i smaku.

W efekcie nie czuć mocy trunku i można się zdziwić po kilku „Gambei”.
Przepyszna Cachaça robiona z trzciny cukrowej w Brazylii, którą można porównać z najdelikatniejszą Whisky.
Do tego Cachaça jest idealnym produktem do robienia drinków o już nawet pysznie brzmiącej nazwie Caipirinha..

„Przepis na Caipirinhe”

Składniki: 1/2 limonki, 60 ml Cachaçy (brazylijskiej wódki), 2-3 łyżeczki brązowego cukru z trzciny cukrowej, kruszony lód.

Przyrządzanie: Limonkę umyć, sparzyć, przekroić na 4 lub 8 części. Wrzucić do wysokiej szklanki, dodać cukier i wycisnąć. Następnie wsypać pokruszony lód do pełna szklanki. Wlać cachaçę i wymieszać. Podawać z dwiema rurkami oraz udekorować ćwiartką limonki.

Innym wyrobem (bo nie da się tego nazwać alkoholem seryjnej produkcji) jest rumuńska Cujka. W Rumunii do kupienia „na życzenie”, tzn. życzysz sobie na ryneczku w rozmowie z lokalnym bimbrownikiem, ile powinna mieć procent i ile chciałbyś litrów. Potem odbierasz np. w plastikowej butelce po 2-litrowej wodzie mineralnej. W smaku przystępniejsza od polskiej wódki, plus gratis nutka hazardu w tle (nigdy nie można być pewnym, co autor rumuńskiego nektaru chciał uzyskać, a co uzyskał).
Na koniec niemiecki Jagermeister, no i nasza polska wódka.

jagermeister
Jak widać jest tego całe mnóstwo – co kraj to trunek. Można nawet zorganizować wycieczki szlakiem alkoholu… Zresztą nawet na jednym z programów TV widziałem odcinek cyklu „podróżniczo-reporterskiego”, w którym prowadzący jeździł z kraju do kraju i upadlał się z miejscowymi przy użyciu lokalnych trunków.
Naturalnie taka motywacja „podróżnicza” może wyciąć nam z podróży wiele innych wspaniałych wrażeń, jak piękne widoki czy możliwości, jak wspinaczka po górach lub choćby spływ kajakiem.
Na koniec, żeby nie było, że wpis sprzyja piciu, morał…
Morał mówiący o tym, że może nam taka alkoholowa motywacja podróżnicza nie tylko zubożyć walory turystyczne, ale także rozciąć łeb… Tak przynajmniej było w moim przypadku i zmobilizowało mnie to do dokończenia wpisu o alkoholu w podróżach.
Dokładniej impulsem był niedawno (tydzień przed świętami), rozcięty łuk brwiowy po ostatniej imprezie (nie na wyjeździe, a w rodzinnym mieście – nic związanego z podróżami).
Droga z pubu do mieszkania minęła mi sprawnie i bez problemów (więc jednak podróż jakaś była, choć tylko z baru).
Niestety rano po wieczornej wizycie w barze rozciąłem sobie łuk brwiowy we własnej kuchni.
Godzina była wczesna, więc sądzę, że słusznie podejrzewałem, iż byłem jeszcze w stanie pomroczności-jasnej, przez co o świcie nawet nie mogłem pojechać na szycie do szpitala samochodem. Nie miałem wątpliwości, że nawet najtańszy policyjny „balonik” zaświeciłby na czerwono. Finał był taki, iż ubrałem kubraczek i ruszyłem pieszo. Tyle dobrego, że mieszkam nieopodal szpitala.
Konieczność porannego marszu na chirurgię w połączeniu z porannym szurnięciem głową o blat kuchenny, zadziałała na mnie na tyle motywująco, że postanowiłem przestać pić trunki wysokoprocentowe na rzecz kefirów i soków owocowych. W końcu w wyniku porannego kaca musiałem dreptać pieszo do chirurga niczym za karę.
Czy postanowienie utrzyma się i jak długo – czas pokaże. Na razie zaliczę to w poczet postanowień noworocznych i oby przetrwało dłużej niż do Sylwestra :)

Tymczasem na Wigilii byłem główną atrakcją rodziny z wielkim opatrunkiem nad okiem. Dopiero prezenty pod choinką zdjęły uwagę biesiadników z mojej głowy.
Rzecz jasna nie znaczy to, że nie będę przywoził egzotycznych trunków w formie pamiątek. W końcu mogę kolekcjonować, nawet nie pijąc :).

W związku z tym, że wpis wyszedł mocno imprezowy, życzę wszystkim udanej zabawy noworocznej, mnóstwa toastów, tańców oraz najpiękniejszych miejsc do zwiedzenia w nadchodzącym Nowym 2016 Roku!

Odcisk buta na Marsie…

„Osoba, która twierdzi, że coś jest niemożliwe, nie powinna przeszkadzać osobie, która właśnie to robi.” – przysłowie chińskie.

Ciekawe ile razy będąc dziećmi, nastolatkami czy studentami słyszeliście od swoich rodziców życiowe mądrości typu „nie rób tego”, „zobaczysz, że się nie uda”, „to kosztuje zbyt wiele”, „posłuchaj starszych”. Zazwyczaj potem wybuchała kłótnia miedzy wapnemmłodością.

Zazwyczaj też wapno miało rację i większość pomysłów dzieciaków kończyła się fiaskiem, czyli mniej lub bardziej efektowną klapą. Pół biedy, jeśli się to wiąże tylko z rozczarowaniem lub jakimiś kosztami finansowymi. Gorzej, jak porażka oznacza utratę zdrowia czy nawet życia, a i takie pomysły na pograniczu bezpieczeństwa trafiają się młodym.

Rodzic, opiekun, mentor zawsze wtedy może powiedzieć „a nie mówiłem” i starać się wyciągnąć z gówna za uszy albo odwrócić się i zostawić dzieciaka niczym wiking swego syna podczas nauki pływania, aby sam wypił piwo, którego nawarzył.

Pewnie wszyscy, którzy mają swoje dzieci teraz kiwają głowami z półuśmiechem, przypominając sobie ostatnią „durną” rozmowę z synem, córką czy z młodym pełnym zapału pracownikiem w firmie, który błysnął jakimś pomysłem racjonalizatorskim. I macie rację. Większość z tych pomysłów jest głupia, pełna niekonsekwencji w rozumowaniu, oparta na niewiedzy i nadmiarze chęci oraz wyobraźni… Te pomysły są do bani!

To samo mówili pewnie starzy żeglarze Kolumbowi, gdy mówił o poszukiwaniu nowej drogi do Indii, czy Magellanowi, gdy wpadł na pomysł opłynięcia świata. Jak myślicie, co usłyszał Jan Mela, chłopak bez ręki i nogi, gdy powiedział, że chce zdobyć dwa bieguny? Już widzę, ile osób po tej informacji pukało się znacząco w czoło. I co z tego? Mieli zrezygnować? Idąc za głosem rozsądku powinni, ale… Nie zrezygnowali.

Bez takich ludzi, którzy potrafią i chcą zrobić niemożliwe, nie byłoby odkryć naukowych, geograficznych czy spektakularnych rekordów Guinessa. I o tym mówi to chińskie przysłowie. Każe pamiętać, że jeśli ktoś twierdzi, że może zrobić niemożliwe, to nie przeszkadzajmy mu, bo może stanie się nowy cud. Cud nowego odkrycia, czy „tylko” rekordu pokonania samego siebie. Bez takich wariatów porywających się na niemożliwe nasz świat toczyłby się wolniej i był znacznie bardziej szary. Chińskie przysłowie mówi: „nie przeszkadzaj”, ja dodałbym jeszcze nie przeszkadzaj, a nawet pomóż. Stań się liną asekuracyjną dla tego wariata, jego poduszką bezpieczeństwa i podporą, dzięki czemu będzie miał większe szanse na osiągnięcie niemożliwego, wyjście nie tylko poza swoje możliwości, ale przede wszystkim poza Twoje. Porzucenie tej, tak słynnej ostatnio we wszelkiego rodzaju coachingu, „strefy komfortu”. Będzie miał większe szanse zrobić pierwszy krok człowieka na Księżycu… Ach zapomniałem, wariaci na Księżycu już byli, no to na Marsie… Odcisk buta na czerwonym piachu Marsa będzie wyglądał równie efektownie i mam nadzieję, że uda mi się zobaczyć takie zdjęcie za mojego życia.

lunar_step

Dziś trochę tak bez konkretnego tematu, ani o ciekawym miejscu, ani nawet bez porad, jednak to przez to chińskie przysłowie. Na początku nie do końca wiedziałem, o co w nim chodzi i wydawało mi się dziwne. Oczywiście ten cały wywód to tylko moja interpretacja myśli, która urodziła się w Kraju Środka. Wy możecie odbierać to całkiem inaczej.