Miesięczne archiwum: Październik 2015

Odcisk buta na Marsie…

„Osoba, która twierdzi, że coś jest niemożliwe, nie powinna przeszkadzać osobie, która właśnie to robi.” – przysłowie chińskie.

Ciekawe ile razy będąc dziećmi, nastolatkami czy studentami słyszeliście od swoich rodziców życiowe mądrości typu „nie rób tego”, „zobaczysz, że się nie uda”, „to kosztuje zbyt wiele”, „posłuchaj starszych”. Zazwyczaj potem wybuchała kłótnia miedzy wapnemmłodością.

Zazwyczaj też wapno miało rację i większość pomysłów dzieciaków kończyła się fiaskiem, czyli mniej lub bardziej efektowną klapą. Pół biedy, jeśli się to wiąże tylko z rozczarowaniem lub jakimiś kosztami finansowymi. Gorzej, jak porażka oznacza utratę zdrowia czy nawet życia, a i takie pomysły na pograniczu bezpieczeństwa trafiają się młodym.

Rodzic, opiekun, mentor zawsze wtedy może powiedzieć „a nie mówiłem” i starać się wyciągnąć z gówna za uszy albo odwrócić się i zostawić dzieciaka niczym wiking swego syna podczas nauki pływania, aby sam wypił piwo, którego nawarzył.

Pewnie wszyscy, którzy mają swoje dzieci teraz kiwają głowami z półuśmiechem, przypominając sobie ostatnią „durną” rozmowę z synem, córką czy z młodym pełnym zapału pracownikiem w firmie, który błysnął jakimś pomysłem racjonalizatorskim. I macie rację. Większość z tych pomysłów jest głupia, pełna niekonsekwencji w rozumowaniu, oparta na niewiedzy i nadmiarze chęci oraz wyobraźni… Te pomysły są do bani!

To samo mówili pewnie starzy żeglarze Kolumbowi, gdy mówił o poszukiwaniu nowej drogi do Indii, czy Magellanowi, gdy wpadł na pomysł opłynięcia świata. Jak myślicie, co usłyszał Jan Mela, chłopak bez ręki i nogi, gdy powiedział, że chce zdobyć dwa bieguny? Już widzę, ile osób po tej informacji pukało się znacząco w czoło. I co z tego? Mieli zrezygnować? Idąc za głosem rozsądku powinni, ale… Nie zrezygnowali.

Bez takich ludzi, którzy potrafią i chcą zrobić niemożliwe, nie byłoby odkryć naukowych, geograficznych czy spektakularnych rekordów Guinessa. I o tym mówi to chińskie przysłowie. Każe pamiętać, że jeśli ktoś twierdzi, że może zrobić niemożliwe, to nie przeszkadzajmy mu, bo może stanie się nowy cud. Cud nowego odkrycia, czy „tylko” rekordu pokonania samego siebie. Bez takich wariatów porywających się na niemożliwe nasz świat toczyłby się wolniej i był znacznie bardziej szary. Chińskie przysłowie mówi: „nie przeszkadzaj”, ja dodałbym jeszcze nie przeszkadzaj, a nawet pomóż. Stań się liną asekuracyjną dla tego wariata, jego poduszką bezpieczeństwa i podporą, dzięki czemu będzie miał większe szanse na osiągnięcie niemożliwego, wyjście nie tylko poza swoje możliwości, ale przede wszystkim poza Twoje. Porzucenie tej, tak słynnej ostatnio we wszelkiego rodzaju coachingu, „strefy komfortu”. Będzie miał większe szanse zrobić pierwszy krok człowieka na Księżycu… Ach zapomniałem, wariaci na Księżycu już byli, no to na Marsie… Odcisk buta na czerwonym piachu Marsa będzie wyglądał równie efektownie i mam nadzieję, że uda mi się zobaczyć takie zdjęcie za mojego życia.

lunar_step

Dziś trochę tak bez konkretnego tematu, ani o ciekawym miejscu, ani nawet bez porad, jednak to przez to chińskie przysłowie. Na początku nie do końca wiedziałem, o co w nim chodzi i wydawało mi się dziwne. Oczywiście ten cały wywód to tylko moja interpretacja myśli, która urodziła się w Kraju Środka. Wy możecie odbierać to całkiem inaczej.

Czy mogę się przespać na Twojej kanapie? – Couchsurfing i nie tylko…

Chyba nie ma takich osób, które nie chciałyby podróżować. Jednak zazwyczaj te chęci muszą się zmierzyć z dwoma przeszkodami, czasem i pieniędzmi. Młodzi podróżnicy, czasu mając pod dostatkiem, cierpią zazwyczaj na brak gotówki. Ci starsi, którzy już zarabiają więcej, zazwyczaj mają problem z wolnym czasem, który poświęcają na zarabianie pieniędzy oraz… z pieniędzmi, które wtedy znikają zazwyczaj na inne, bardziej potrzebne wydatki niż wycieczka.

Jak sobie z tym poradzić? Z pomocą przychodzi nam klątwa i błogosławieństwo naszych czasów, czyli internet. W sieci dostępne są serwisy, które mają pomóc w tanim podróżowaniu. Jednym z takich miejsc jest serwis dla miłośników Coutchsurfingu

coutchsurfing

Początkowo była to prywatna strona Amerykanina, stworzona na potrzeby jego i jego przyjaciół. Miała ona za zadanie pozwolić użytkownikom zaoferować darmowy nocleg oraz znaleźć go w razie potrzeby. Funkcję taką pełni do dziś, tylko zgodnie z informacjami ze strony, ma już około 10 mln użytkowników i grubo ponad 200 tysięcy miast. Idea polega na teoretycznie darmowej wymianie pomiędzy osobami chętnymi udostępnić swój pokój, mieszkanie, dom (zwanymi hostami) i gośćmi szukającymi noclegu w danym miejscu. Napisałem teoretycznie darmowej wymianie, ponieważ goście oferują swoim „hostom” różne talenty. Ci uzdolnieni muzycznie proponują naukę gry na gitarze lub po prostu krótki koncert, uzdolnieni kulinarnie często robią jakąś potrawę (co jest szczególnie ciekawe, gdy gość jest cudzoziemcem i robi jakieś regionalne danie), uczą swojego języka lub najzwyczajniej zabawiają rozmową i opowieściami o sobie i swoim życiu.

Rejestrując się w serwisie, wypełnia się ankietę z informacjami o znajomości języków, dostępności noclegów (czy możemy zaoferować komuś nocleg „kanapę”), posiadaniu w domu zwierząt, a nawet poglądach na życie czy o marzeniach. Całość uzupełnia system komentarzy. Opinii, które wystawiają sobie nawzajem goście i gospodarze, co pozwala lepiej ocenić całkiem obcą osobę przed przyjęciem jej do swojego domu, czy ocenić gospodarza i warunki noclegu, jakie proponuje. Te oceny są bardzo ważną cechą couchsurfingu, ponieważ zwiększają bezpieczeństwo tej formy podróży (noclegu), ostrzegając przed niesympatycznymi gośćmi. Czasem couchsurferzy zamiast noclegu oferują pomoc np. w zwiedzaniu miasta i okolicy oraz znalezieniu dobrego (taniego) hostelu w okolicy.

Taniej chyba być nie może, no chyba że pod namiotem w szczerym polu. Jednak to forma, moim zdaniem, stworzona raczej z myślą o ludziach młodych i/lub samotnych. Większość couchsurferów-hostów oferuje noclegi najczęściej dla 1 max. 2 osób. Zazwyczaj jest to tytułowa kanapa (z angielskiego – couch ) w pokoju hosta.

W przypadku rodziny z dziećmi szansa na znalezienie gospodarza znacznie maleje, a i rodzina szukająca noclegu raczej preferuje bardziej komfortowe warunki niż kanapa w małym pokoiku. Jednak nie twierdzę, że takich couchsurfingowych rodzin nie ma. Pewnie są jacyś współcześni hipisi, którym ta forma podróży pasuje. Ja znam moją żonę i dzieciaki i wiem, że kanapa hosta w naszym przypadku odpada…

Wtedy… wtedy z pomocą przychodzą Airbnb Wimdu generalnie oba działają na podobnej zasadzie. Airbnb powstał w USA, a Wimdu w Niemczech, jednak oba mają zasięg ogólnoświatowy i łączą ze sobą gospodarzy i podróżników praktycznie z każdego kontynentu. Podobnie jak i w przypadku Couchsurfingu musimy przejść proces rejestracji i weryfikacji naszych danych. Tu również funkcjonuje system komentarzy, pozwalających ocenić gospodarzy, oferowane przez nich lokale, ale także i ocenić gości, dzięki czemu gospodarze mogą wstępnie ocenić, czy osoba przybywająca do nich, nie jest kimś „problemowym”. Zasadnicza różnica między tą formą noclegów a Couchsurfingiem polega na tym, że oferowany nocleg jest płatny. Oba serwisy mają sprawnie funkcjonujący system, pozwalający przelać pieniądze za nocleg na konto serwisu, skąd trafiają do wynajmującego dopiero po naszej wizycie. Zazwyczaj noclegi w tej formie są tańsze od hoteli, ale za to bardziej komfortowe niż pobyty w tanich hostelach czy schroniskach. Czasem można trafić na prawdziwe „perełki” w postaci willi wynajmowanej za niewielkie pieniądze przez rodzinę, która w tym czasie wyjeżdża na urlop i nie chce zostawiać pustego domu, a jednocześnie zarabia na gościach.

Chętnych do sprawdzenia tej formy podróży zapraszam do zarejestrowania się tym linkiem partnerskim na stronie Airbnb, dzięki czemu zarówno Ty jak i ja otrzymamy rabat w serwisie. Osoba rejestrująca się linkiem otrzyma 75 zł rabatu przy wynajmie pierwszego noclegu, a ja analogiczną kwotę, którą będę mógł wykorzystać kiedyś na stronie Airbnb.

Serwisy takie jak Couchsurfing, Wimdu czy Airbnb mogą znacznie pomóc w tanim podróżowaniu, a przy okazji poznać nowych ludzi i nowe miejsca. Czasem warto spróbować czegoś innego od 5***** hoteli czy tanich hosteli, znaleźć dla siebie nocleg gdzieś poza klasyczną formą turystyki.

Programy lojalnościowe linii lotniczych.

Czy warto? Generalnie tak. Zasada jest praktycznie taka sama, jak w przypadku programów partnerskich stacji benzynowych. Dostajesz kartę, dużo tankujesz, masz dużo punktów, możesz odebrać nagrody i / lub masz jakieś rabaty.

W przypadku linii lotniczych trzeba tylko zamiast zatankowanej benzyny wstawić „wylatane mile”, a reszta generalnie jest analogiczna.

Czyli, żeby udział w programie się opłacał, (a czasem miał sens), trzeba sporo latać.

Obecnie są trzy największe stowarzyszenia linii lotniczych zrzeszające różnych przewoźników.

1) Star Alliance – w składzie m.in. Lufthansa, LOT, ANA, SWISS, Turkish Airlines – Indywidualne programy lojalnościowe, których statusy są uznawane we wszystkich liniach stowarzyszonych w Star Alliance. Jednym z największych programów jest Miles & More Lufthansy używany także przez nasz LOT.

2) Sky Team– w składzie m.in. KLM, AIR FRANCE, Vietnam Air, China Airlines – Indywidualne programy lojalnościowe, których statusy są uznawane we wszystkich liniach stowarzyszonych w Sky Team. Jednym z największych programów jest Flying Blue używany m.in. przez KLM i AIR FRANCE.

3) One World – w składzie m.in. FINNAIR, British Airways, Qatar Airways, – Indywidualne programy lojalnościowe, których statusy są uznawane we wszystkich liniach stowarzyszonych w One World.

Każde z tych stowarzyszeń ma poniekąd „wspólny” program lojalnościowy. Używając karty lojalnościowej jednej ze stowarzyszonych linii  można korzystać z przywilejów, a także zbierać dodatkowe punkty (mile).

Podobnie jak w programach partnerskich stacji benzynowych, tak i tu, żeby dostać jakieś fajne nagrody rzeczowe, trzeba się nieźle nalatać. Jednak zawsze można jakiś drobiazg przywieźć z podróży do domu, ja na przykład ostatnio za punkty wziąłem dla syna plastikowy model Boeninga Lufthansy, który do dziś ładnie prezentuje się na jego biurku.

Jednak dla kogoś, kto dużo lata, o wiele bardziej atrakcyjne są inne atuty programu. Wraz ze wzrostem „wylatanych mil” zmienia się status uczestnika programu. Wyższe statusy wiążą się z szeregiem przywilejów.

Między innymi:

-szybszą odprawą (przez bramki zarezerwowane dla klasy Business),

-możliwością wzięcia większego bagażu bez dodatkowej opłaty (więcej sztuk lub większa waga, lub to i to, w zależności od wewnętrznych regulaminów linii),

-możliwość podwyższenia statusu lotu za punkty (np. z ekonomiczny do business, jednak zżera to sporo punktów z karty),

-możliwość zarezerwowania darmowego lotu za uzbierane punkty (!)

-możliwość wejścia do Lounge Business Class. Bardzo miły bonus, szczególnie, kiedy nasz lot się opóźnia lub mamy zaplanowaną długą, kilkugodzinną przesiadkę.

Dla nieznających jeszcze pojęcia „Lounge” małe wyjaśnienie. Na większości lotnisk dla oczekujących na samolot są krzesełka poustawiane na lotnisku w strefach oczekiwania. Są to zazwyczaj „średnio” wygodne plastikowe siedziska, nie lepsze niż na poczekalni u lekarza czy na polskim dworcu PKS.
Jednak na każdym większym lotnisku jest oaza luksusu, nazywa się Lounge. Dostęp do niej mają uprzywilejowani posiadacze biletów Business Class, First Class i …uczestnicy programu partnerskiego, którzy mają na koncie odpowiednią ilość wylatanych mil/odpowiedni status.
Jaka jest różnica między plastikowym krzesełkiem, a lounge? Wielka. W lounge mamy wygodne fotele zamiast krzesełek, dostęp do WiFi, kontaktów (ładowanie laptopa czy telefonu podczas 3 h czekania na przelot staje się bezproblemowe), a do tego poczęstunek. Bezpłatnie do dyspozycji gości są kanapki, sałatki, przekąski, owoce oraz napoje (także te %). Na różnych lotniskach i w różnych Lounge zaopatrzenie jest odmienne, ale zawsze miłe dla podniebienia. Często jest też do dyspozycji telewizor i delikatna muzyka w tle.

Czas spędzony w takich warunkach jest o wiele przyjemniejszy, a oczekiwanie mniej męczące.

To największe programy lojalnościowe linii lotniczych, ale poza tymi gigantami swoje programy partnerskie stosują także i tanie linie lotnicze np. WizzAir i ich Wizz Discount Club.
Wcześniej opisane duże programy lojalnościowe, jak ONE WORLD, czy Star Alliance są całkowicie bezpłatne (poza udostępnieniem danych osobowych), tymczasem udział w Wizz Discout Club wiąże się z opłatą roczną, obecnie w wysokości 139 złotych.
Może nie ma wtedy do dyspozycji komfortowych lounge na lotnisku czy podwójnego bagażu gratis, ale za to zazwyczaj zyskujemy na zmniejszonych kosztach przelotów. Chodzi o przeróżne dodatkowe opłaty związane z biletem, które tanie linie lotnicze lubią sobie doliczać. Zaś uczestnicy programów partnerskich są z ich sporej części zwolnieni. Opłaca się wydać ponad 130 zł na kartę uczestnika Wizz Discount Club? Jasne, ale tylko pod warunkiem, że planujesz co najmniej 4-5 lotów w roku lub przynajmniej dwa loty z towarzyszem podróży.

WDC_Infograf_pl_4_version_1

WIZZ Discount Club gwarantuje minimalną zniżkę w wysokości 45 PLN na bilety (Uwaga! Jak we wszystkim tak i tu jest „kruczek”. Gwarantowana zniżka nie przysługuje w przypadku biletów tańszych niż 99 PLN.
Czyli, gdy znajdziemy bilet w promocyjnej cenie np. 49 zł czy 79 zł, nie mamy na niego dodatkowego rabatu).

Ponadto członkowie klubu mogą skorzystać z dodatkowej zniżki w wysokości 23 PLN na każdą sztukę dużego bagażu podręcznego i bagażu rejestrowanego zakupionego online.

Wizz Discount Club oferuje dwa rodzaje członkostwa, które można najprościej określić jako osobiste i grupowe.

„Osobiste” pozwala skorzystać ze zniżek dla zarejestrowanego członka programu i dodatkowej osoby. Członkostwo „grupowe” jest droższe, jednak daje praktycznie te same zniżki dla większej grupy pasażerów (korzystne dla osób latających całą rodziną np. małżeństwo dziećmi).

Jak widać uczestnikiem tych programów warto zostać, jednak głównie wtedy, gdy naprawdę sporo latamy.

Warto też wtedy trzymać się jednych linii lotniczych (z jednej grupy partnerskiej jak Star Alliance, czy One World).

Niestety większość moich podróży samolotem to podróże służbowe i nie mam większego wpływu na rezerwacje biletu (i wybór linii lotniczych). Z tego powodu, mimo sporej liczby przelotów i to na długich dystansach, jeszcze nie udało mi się zdobyć statusu np. pozwalającego na wejście do business lounge, tylko za pomocą karty uczestnika programu partnerskiego.