Miesięczne archiwum: Wrzesień 2015

Bom dia Brasil!

W ramach moich zadań wykonywanych w pracy jakiś czas temu musiałem udać się do Brazylii. Początkowo miały to być dwa tygodnie, w trakcie okazało się, że pobyt przedłużył mi się jeszcze o tydzień. Nie tryskałem entuzjazmem z tego powodu, szczególnie, że byłem wtedy szczęśliwym posiadaczem kilkumiesięcznej córeczki. Na pocieszenie Brazylia mi tę rozłąkę próbowała wynagrodzić.
HPIM6992
Lot, częściowo pokonany Lufthansą (trasa z Europy do Brazylii), a częściowo liniami brazylijskimi TAM, wspominam całkiem dobrze, a właściwie to niewiele z samego lotu zapamiętałem. Jest to niechybną oznaką, że było standardowo i przyzwoicie do bólu, skoro nie zapisały mi się w pamięci nawet co ładniejsze brazylijskie stewardessy z TAM-u, czy co bardziej rdzennie niemieckie dziewczyny z Lufthansy. HPIM6990
Pierwszym punktem w Brazylii było lotnisko w Sao Paulo, niestety byłem na nim jedynie 2-3 godziny, po czym wystartowałem TAM-em do Belo Horizonte. Tam spędziłem przepiękny tydzień, podczas którego zakochałem się w Brazylii i brasillieros. Choć większość dnia spędzałem w fabryce, popołudniami chłonąłem atmosferę Brazylii. Miejsca, w którym życie toczy się na ulicy… Dzień i noc. Sami miejscowi mówili, że Belo Horizonte to miasto barów i restauracji, Sao Paulo to miejsce pracoholików i karierowiczów, a Rio jest miastem karnawału.
Brazylijczycy godzinami potrafią wysiadywać przy jednym piwie lub drinku, żując leniwie jakieś danie z wołowiny (która jest tam wszechobecna) i rozmawiając z przyjaciółmi, znajomymi czy rodziną co najmniej, jakby każdemu z nich udało się wprowadzić w życie równocześnie wszystkie porady z książki 4-godzinny tydzień pracy, o której wspominałem w innym wpisie. Piwo odrobinę słabsze od polskiego, ale całkiem znośne, można nawet dostać coś innego niż klasyczny jasny lager. W barach jak już pisałem w menu króluje wołowina. Jest wszechobecna i pod tysiącem postaci. Na 90% pierwsza potrawa na jaką trafią twoje oczy po otworzeniu karty dań będzie wołowiną. Dodam tylko, że… przepyszną. Potrafią ją przyrządzać tak, że na samo wspomnienie czuję nadchodzący ślinotok i chce mi się mięcha… :)
Piekło dla wegetarian, no ale karkówka im w oko, jak chcą kiełków i mdło rozgotowanej papki z warzyw, to niech zmienią kierunek podróży.
Do tego fasola, no i owoce, dużo owoców, które tam rosną praktycznie cały rok. Kończą się jedne, zaczynają drugie.
Miasto przepiękne, tętniące życiem, ludzie sympatyczni i uśmiechnięci. Niestety nie za wiele osób mówi po angielsku, a miejscowym językiem jest portugalski. Brazylijczycy mówili mi, że bez problemu można się u nich też po hiszpańsku porozumieć, co prawda działa to dobrze ponoć tylko w jedną stronę. To znaczy Brazylijczyk zrozumie osobę mówiącą po hiszpańsku, ale komuś, kto zna tylko hiszpański, jest o wiele trudniej zrozumieć portugalski.

Belo Horizonte z dużym centralnie umieszczonym parkiem miejskim, w którym tętni całymi dniami życie, potrafi zachwycić. Municipal Park to miejsce, gdzie możesz spotkać dzieci grające na bosaka w piłkę, osoby ćwiczące brazylijską sztukę walki Capoeira w rytm muzyki wybijanej na bębnach przez ich kolegów, czy grupy tańczące salsę lub inne latynoskie tańce.

Grupa brazylijskich komików w parku i ja....

Grupa brazylijskich komików w parku i ja….

Często można też spotkać tam dające darmowe pokazy małe grupy teatralne, mimów czy żonglerów.

Belo Horizonten

Belo Horizonte – Municipal Park

Belo Horizonte - Municipal ParkW Polsce ostatnie dwa, trzy lata były czasem wysypu biegaczy i mody na ten sport. W Brazylii, gdy byłem tam ostatnio… ludzie biegali wszędzie i o każdej porze dnia. Najbardziej bawiło mnie uprawianie biegania wzdłuż głównych ulic kilkumilionowego miasta, którymi pędziły tysiące aut. No cóż, jak to mówią, trzeba mieć zdrowie, żeby uprawiać sport.
Ciekawostką Belo Horizonte dla Polaka jest… pomnik na cześć Jana Pawła II na wzgórzu zwanym „papieskim”.

Papieskie wzgórze i widok na Belo Horizonte

Papieskie wzgórze i widok na Belo Horizonte

Jest to pamiątka jednej z wizyt naszego papieża pielgrzyma, który zawitał także do Belo Horizonte. Ze wzgórza jest przepiękny widok na całe miasto, przy okazji polecam spróbowania świeżego soku z kokosa, który jest sprzedawany na kilku straganach na wzgórzu. Sprzedawca sporą maczetą obcina szczyt orzecha i wraz ze słomką wręcza tego ekologicznego drinka. Chłodzi idealnie, szczególnie w upalny dzień.

Eko-drink prosto z kokosa

Eko-drink prosto z kokosa

Hotele w Brazylii są specyficzne. Hotel jest tylko po to, żeby się przespać. Pokoje, choć czyste i w miarę zadbane, jednak są niewielkie i nie zachęcają do spędzania w nich czasu. Życie toczy się na ulicy. HPIM6967
Po tygodniu w Belo Horizonte, które mnie oczarowało, pojechałem na kolejne dwa do małej miejscowości Itauna (małej jak na Brazylię, bo około 100-120 tys. mieszkańców). Generalnie klimat ten sam, życie płynące na ulicy, sympatyczni ludzie (obsługa recepcji hotelu, w którym spałem, przesympatyczna para około 50-tki po kilku dniach traktowała mnie jak starego znajomego, który po latach się odnalazł). Sam hotel chyba największy i najstarszy w mieścinie, a do tego postawiony przy torach kolejowych. Przez pierwsze dni swoim donośnym gwizdem budził mnie pociąg jadący około 4-5 rano tuż za oknem pokoju. Jak mi potem wyjaśnił Brazylijczyk, kiedyś hotele stawiano u nich niedaleko dworców kolejowych, żeby przyjezdni mieli blisko (wtedy mało kto miał prywatne auta, a na długie dystanse zostawała kolej). Zresztą, w tej miejscowości jest nawet małe muzeum, przed którym można zobaczyć kilka kolejowych eksponatów.

HPIM6914

Itauna - muzeum

Itauna – muzeum

W zabudowaniach widać było różnicę między Itauna i Belo Horizonte, praktycznie brak wieżowców, budynki bardziej poniszczone, generalnie dało się odczuć, że miasto jest biedniejsze.

HPIM6928

Itauna

O dziwo, o wiele lepsze wrażenie sprawiła na mnie jeszcze mniejsza miejscowość, do której przywiózł nas jeden z miejscowych znajomych. Zaprosił nas na rodzinny obiad do domu swoich rodziców. Miasteczko urocze. Małe, wąskie uliczki, zupełnie inna zabudowa. O wiele czystsze niż Itauna. Poza pysznym obiadem przygotowanym przez panią domu, mieliśmy jeszcze atrakcję w postaci lokalnej gry. Wygląda to jak połączenie naszej „Zośki” z siatkówką. Piłkę-lotkę odbija się rękoma i nogami nad rozpiętą na niewielkim boisku siatką.

HPIM6871

Lotka brazylijskiej „zośki”

Szczerze mówiąc moje próby gry wzbudzały w Brazylijczykach wiele śmiechu… a po 30 min. miałem czerwone dłonie, które boleśnie doskwierały mi jeszcze następnego dnia. Trafienie w to małe cholerstwo dłonią było dla mnie równie wysokim wyzwaniem, jak uniknięcie latającego ustrojstwa z piórkiem, gdy śmigało ze świstem koło mojej zdezorientowanej głowy.

W Brazylii zaskoczyły mnie dwie rzeczy. Pierwszą były ceny. Jest tam paskudnie drogo. Wszystko, co widziałem, było droższe niż porównywalna rzecz w Polsce czy Niemczech. Dziwiło mnie to tym bardziej, że kojarzyłem Brazylię jako duży, ale raczej biedny rozwijający się kraj.
Druga niespodzianka to wygląd prywatnych domów. Każdy większy (bogatszy), wolnostojący dom otoczony był wysokim murem, na którym był drut kolczasty lub kilka zwykłych drutów …podpiętych do prądu. Czego oni się tak bali, do dziś nie wiem, ale będąc z miejscowymi w mieście, kilka razy byłem ostrzegany, żeby nie wychodzić samemu po zmroku, a jak już muszę, to chodzić głównymi ulicami. Najwyraźniej moja słoneczna i serdeczna Brazylia po zmroku odkrywa swoją drugą twarz, na szczęście przez trzy tygodnie pobytu mi jej nie pokazała. Może dlatego nadal na myśl o tym kraju i mieszkających tam ludziach uśmiecha mi się gęba. Jeśli miałbym okazję pojechać jeszcze raz, biorę bilet i jeśli trzeba to jadę tak, jak stoję, bez pakowania torby, byle nie wieczorem…

 

Paella – hiszpański smak

Paella – tradycyjna potrawa hiszpańska pochodząca z Walencji. Bywa serwowana w przeróżnych wersjach. Głównym składnikiem jest ryż z dodatkiem szafranu, podsmażany i gotowany na metalowej patelni (tzw. paellera lub paella stąd i nazwa samej potrawy).

W zależności od przepisu, regionu, paella może także zawierać kawałki owoców morza, mięsa królika, kurczaka i warzyw. Tradycyjnie paella powinna być spożywana bezpośrednio z naczynia, w którym ją przygotowano. W restauracjach jest podawana w naczyniu w którym była przyrządzona, a kelner lub sam kucharz nakłada ją na talerze gości. Często bywa przygotowywana na wolnym powietrzu.

Ja miałem okazję spróbować jej na Lanzarote, naturalnie region niejako wymusił wersję z owocami morza. Ciekawostką było obserwowanie przy pracy „Mistrza i Małgorzaty”, czyli młodej hiszpanki uczącej się przyrządzania i podawania tej tradycyjnej potrawy.

"Mistrz i Małgorzata" nad paellą...

„Mistrz i Małgorzata” nad paellą…

Danie ma charakterystyczną żółtą lub pomarańczową barwę, którą uzyskuję dzięki dodanemu szafranowi, czasami z powodu jego wysokiej ceny zastępowanemu przez sztuczny żółty barwnik lub paprykę. Warzywa najczęściej dodawane to pomidory, groszek, fasola i papryka.

Niebo w gębie czyli paella na Lanzarotte.

Niebo w gębie czyli paella na Lanzarote.

PAELLA

Przepis z owocami morza, niestety dużo mrożonek, no ale to przepis na nasze warunki krajowe. Oryginalny, bez mrożonek do przetestowania na Wyspach Kanaryjskich.


mrożone krewetki – 2 opakowania

piersi z kurczaka pokrojone w kostkę – 2 szt

oliwa z oliwek – 4 łyżki

margaryna – 30 g

duża cebula, posiekana – 1 szt

marchew pokrojona w drobną kostkę – 200 g

groszek konserwowy – 200 g

mielona kurkuma – 1 łyżka

szczypta szafranu (kilkanaście nitek, ok. 0,2 g)

mrożone małże – 1 opakowanie

bulion (może być z kostki) – 500 ml

ryż – 300 g

pół czerwonej papryki pokrojonej w plastry

cytryna – 1 szt

sól, pieprz
Krewetki rozmroź i przypraw solą oraz pieprzem. Na dużej patelni rozgrzej nieco oliwy i przez 1 minutę, na dużym ogniu smaż krewetki, a następnie odłóż je do innego naczynia. Rozpuść na tej samej patelni margarynę i usmaż na złoto kawałki kurczaka. Przypraw je szczyptą soli morskiej, posyp kurkumą i dodaj szafran. Na koniec dołóż cebulę i marchew.

Pod przykryciem duś na wolnym ogniu przez 10 minut. Następnie dodaj małże, podlej bulionem i zagotuj. Do wrzącego bulionu dodaj ryż, pomieszaj i gotuj przez 15 minut na średnim ogniu. Pod koniec gotowania dodaj czerwoną paprykę i groszek. Zdejmij z ognia gdy ryż będzie miękki. Danie przed podaniem przybierz odłożonymi wcześniej krewetkami i pokrojoną w cząstki cytrynką.

Wyspy Kanaryjskie – wizyta w krainie wulkanów…

Wyspy Kanaryjskie (z hiszp. Islas Canarias) – jest to archipelag wysp pochodzenia wulkanicznego położonych na Oceanie Atlantyckim.
Wyspy te należą do Hiszpanii i są z nich wydzielone administracyjnie dwie prowincje: Santa Cruz de Tenerife i Las Palmas de Gran Canaria.
Umiejscowione są na północny zachód od wybrzeży Afryki co jest dość zaskakujące. Gdy pierwszy raz odnalazłem wyspy na mapie spojrzałem jeszcze raz na Hiszpanię, po czym znów na „Kanary” u wybrzeża Afryki i zdezorientowany mruknąłem pod nosem – Hiszpania? Na pewno nie potrzebuję paszportu?

kaktusy

Wyspa jest porośnięta kaktusami, szczególnie aloesem, który jest jedną z głównych upraw na Lanzarotte . Kosmetyki z aloesu są tu jednym z podstawowych towarów eksportowych.

Na Wyspy Kanaryjskie paszport Polakowi jest niepotrzebny wystarczy dowód osobisty.

Dla jasności potwierdzam, na Wyspy Kanaryjskie obecnie paszport Polakowi jest niepotrzebny. Mimo że bliżej im dystansem do Afryki niż Europy to są częścią Hiszpanii, więc z racji traktatu z Schengen paszport obywatelowi EU nie jest potrzebny. Archipelag składa się z 7 wysp głównych: Teneryfa (pow. 2034,38 km²), Fuerteventura (1659 km²), Gran Canaria (1560,1 km²), Lanzarote (845,94 km²), La Palma (708,32 km²), La Gomera (369,76 km²) i El Hierro (268,71 km²) (i to do nich kierowany jest cały ruch turystyczny) oraz 6 mniejszych wysepek, które w większości są niezamieszkane lub zamieszkane okresowo. Najbardziej hałaśliwą jest Teneryfa. Jest to Mekka turystów jadących na Wyspy Kanaryjskie. Jest tam też najwięcej rozrywek i atrakcji, szczególnie „imprezowych”. Polecałbym młodszym turystom, którzy wieczorami lubią się wyskakać w rytmie muzyki, w tłumie innych gości i z drinkiem w ręku.

Jako że należę już do starszej młodzieży, a na wyspy planowałem wyjazd z rodziną, to postanowiłem poszukać czegoś ciekawego, ale mniej hałaśliwego. Radek, nasz doradca z lokalnego biura podróży zasugerował mi Fuerteventurę lub Lanzarote. Ta pierwsza podobno jest najbardziej zieloną wyspą z całego archipelagu. Ostatecznie wybraliśmy Lanzarote (przekonały mnie nieziemskie krajobrazy, o których napiszę dalej). Wylot był z Wrocławia. Zamawiając pobyt w biurze Itaki od razu w pakiecie zrobiliśmy rezerwację parkingu przy lotnisku, co wyszło taniej, niż gdybyśmy sami mieli zamawiać czy szukać postoju na miejscu.
To, że o Lanzarote zdecydowały krajobrazy (plus hotel z atrakcjami dla dzieci) już pisałem, ale skąd w ogóle pomysł na Wyspy Kanaryjskie?
Pomysł wynikł z niezgodności charakterów między mną i moją żoną (brzmi jak dobry początek pozwu rozwodowego :D ), a dokładniej z niezgodności naszych wewnętrznych termostatów. Ja uwielbiam wysokie temperatury. Mogę leżeć na leżaku jak na patelni, dajcie mi tylko dobrą książkę i przyzwoicie schłodzone piwo w dłoń, a będę leżał od wschodu do zachodu słońca. Ona typ słowiańsko-nordycki – jeśli temperatura przekroczy 27’C zaczyna się czuć źle, mieć bóle głowy, duszności i cholera wie co jeszcze.
Dlatego latem, jadąc nad jezioro, kłócimy się o miejscówkę na plaży. Ja chcę na słoneczko, ona w cień, a mi w cieniu zimno i niefajnie. Bo po co przyjechałem na plażę? Żeby w cieniu leżeć?! Jak tu znaleźć miejsce na wspólny urlop? Jak pogodzić ogień z wodą?
Rozwiązaniem naszego problemu okazały się Wyspy Kanaryjskie zwane też wyspami wiecznej wiosny. Rozkład temperatur jest tam dość równomierny przez cały rok. Mimo iż blisko Afryki, rzadko spotyka tam się skrajne upały tak częste w Turcji czy Egipcie, a sięgające nawet 35-40 ‚C. Na Kanarach maksimum w sezonie wakacyjnym to 27-32’C. Upału nawet się specjalnie nie odczuwa ze względu na wiatr znad oceanu owiewający ciągle wyspy. Nie znaczy to, że jest chłodno. Choć w powietrzu nie czuje się żaru, to plaża nad oceanem jest tak nagrzana, że po godzinie 12-tej tylko najbardziej zahartowani plażowicze dają radę przejść po niej gołą stopą. Opalenizna też gwarantowana. Jak pisałem, mówi się, że to wyspy wiecznej wiosny, ale dla Polaka to bardziej takie wczesne lato.

roczny rozkład temperatur

Rozkład temperatur za http://www.wyspykanaryjskie24.pl/

Na miejscu można wynająć samochód i poruszać się nim po wyspie lub korzystać z sieci darmowych autobusów (jeżdżą między hotelami i plażami), lub płatnych autobusów jeżdżących między miejscowościami na wyspie. Generalnie hotele są tak blisko plaż, że można nad ocean dotrzeć bez trudu w ciągu kilku-kilkunastu minut pieszo.

Lanzarote jest tą wyspą, na której najbardziej można zobaczyć i odczuć wulkaniczne pochodzenie całego archipelagu. Ziemia pod stopami ma gramaturę bardzo drobnego ciemnoszarego pumeksu.

national_parkNa wyspie znajduje się Park Narodowy Timanafaya (wulkaniczny), który częściowo jest udostępniony do zwiedzania. Można przejechać się wielbłądem po zboczu wulkanu,

camel

czy zjeść jedynego w swoim rodzaju grillowanego na wulkanie kurczaka.

grill_volcano

Grill na wulkanie…

Wrażenia niezapomniane jak i widoki, jakich nie znajdzie się nigdzie indziej w Europie.

Niewielka wysepka Lanzarote – kurort turystyczny, nie ma żadnego rozbudowanego przemysłu poza manufakturami wyrabiającymi pamiątki dla turystów. Wulkany i ocean są jej największym skarbem. Jednak o dziwo w pewnych częściach wyspy na wulkanicznej ziemi są uprawiane winoroślą, a przy nich całkiem pokaźne rodzinne winnice. Ciekawostka warta obejrzenia, ponieważ ze względu na klimat i rodzaj gleby winorośla są uprawiane chyba w niespotykany nigdzie sposób. Krzewy rosną w specjalnie przygotowanych nieckach (wgłębieniach) w wulkanicznej ziemi, które pomagają utrzymać wilgoć dla roślin, a jednocześnie chronią je przed ciągle odczuwalnym oceanicznym wiatrem.

Rodzinne winnice z winoroślami uprawianymi na czarnym wulkanicznym pumeksie

Rodzinne winnice z winoroślami uprawianymi na czarnym wulkanicznym pumeksie

Gdy znudzą nas już hotelowe baseny i plaża…. warto pojechać do Rancho Texas. Jest to park rozrywki, do którego można dojechać regularnie kursującymi autobusami, a jest tam dość duże zoo, w którym poza klasycznym zwiedzaniem ogrodu można zobaczyć pokazy zwierząt. tygrysów, fok, papug itp. Praktycznie większość pokazów w cenie biletu. Jest tylko jeden „extras” w postaci zagrody-basenu z fokami gdzie można popływać z foką. Na polecenie opiekuna-tresera foka potrafi pchać turystę po basenie niczym kawałek deski lub podać mu łapę (płetwę?). Niestety aby skorzystać z tej atrakcji trzeba słono dopłacić za wypożyczenie kombinezonu do nurkowania i samo wejście na teren foczego basenu. Zdjęcia zza płotu darmowe :D.
foki
My załapaliśmy się na pokaz papug, a także drapieżnych ptaków. Szczególne wrażenie zrobiły na mnie oczekujące w bezruchu  na pokaz orły, sępy i sokoły, jeden obok drugiego na palikach pokazowego placu – areny. Potem w czasie pokazu przelatujące nad głowami widzów. Czasem tak nisko, że czuło się ich skrzydła na włosach. Szczerze mówiąc napinałem się chwilami nerwowo, widząc szpony i dzioby tych latających bestii, a potem czując muśnięcia ich piór na szyi.

orzel
Gdy obejrzymy całe zoo lub też zwyczajnie zmęczymy się już oglądaniem zwierzątek czas na relaks…
Obok części ze zwierzakami jest wielki kompleks basenowy, na którym można się ochłodzić i wyszaleć, a wszystko w cenie biletu wejściowego do Rancho Texas. Wspaniałe miejsce na spędzenie całego dnia dla rodziny z dziećmi.

Takich urozmaiceń jak Rancho TexasPark Wulkanów Lanzarote ma o wiele więcej. Piękne plaże, urocze miasteczka pełne rosnących wszędzie kaktusów, małe restauracyjki w których można zjeść przepyszną paelle (paella to specjalność hiszpańskiej kuchni, na wyspach polecam wersję z owocami morza). Dzięki tym atrakcjom wyspa ta jest wspaniałym miejscem na wypoczynek zarówno dla leżakowych leniuchów jak i tych lubiących coś zobaczyć i przeżyć.

Co zabrać z sobą do domu jako pamiątki? Polecam kosmetyki z miejscowego aloesu, lokalne wina, zdjęcia z wulkanu i wspomnienia z diabelskiej wyspy…

Mam nadzieję, że nawet jeśli nie wrócę na Lanzarote to jeszcze kiedyś będę miał okazję zwiedzić inną z wysp wiecznej wiosny.

[huge_it_portfolio id=”1″]

Yuelu Academy – starożytny uniwersytet – Changsha cz.2

Jako że jak na miasto wielkości naszej stolicy można by się spodziewać po Changshy czegoś więcej niż tylko pobliskiego muzeum Mao, dziś będzie o kolejnym ciekawym i wartym zobaczenia miejscu. Jak wspominałem we wcześniejszym wpisie o Changsha  w mieście tym uczył się sam Przewodniczący Mao i nie bez powodu, ponieważ jest tu jeden z czterech najstarszych uniwersytetów w Chinach Yuelu Academy. Jest to jeden z tak zwanych czterech starożytnych uniwersytetów, a w skład tego zaszczytnego kwartetu poza Yuelu Academy wchodzą: Bailudong Academy w Lushan (prowincja Jiangxi), Yingtianfu Academy w Shangqiu (prowincja Henan) oraz Songyang Academy w miejscowości Kaifeng (prowincja Henan).

Yeuly_entry2

wejście na teren zabytkowej strefy Yuelu Academy

Yuelu Academy zwana też 1000- letnią szkołą (tak to przynajmniej po angielsku nazywali moi chińscy znajomi – „thousand year old school”). Podobno historia jej powstania zaczyna się w roku 976 kiedy Zhu Dong gubernator Tanzhou (dawna nazwa Changsha) z północnej dynastii Song zapoczątkował budowę akademii,  która była potem rozwijana przez kolejnych władców.

DSCN6122_2

Choć, gdy patrzyłem na opisy budynków i eksponatów, nijak mi 1000 lat nie wychodziło, no ale matematyk ze mnie kiepski. Poza tym może tradycja nauki była tam wiekowa i sięgała wcześniej nawet niż widoczne budynki i eksponaty. Jako ciekawostkę dodam, że ten uniwersytet wciąż funkcjonuje i uczęszcza do niego podobno około 60 tyś. osób (studenci plus nauczyciele). Jednak najstarsza część jest wydzielona i udostępniona do zwiedzania (za drobną opłatą ). Teren rozległy, pełno mniejszych i większych budynków w stylu starej chińskiej architektury. Wszystko ozdobione rzeźbami uczonych i postaci historycznych.

academy_street2

Pomiędzy budynkami piękne chińskie ogrody, w których wypoczywają zwiedzający i nie tylko oni. Co chwilę można zobaczyć jakiegoś adepta czy też adeptkę sztuk pięknych przycupniętych w skupieniu ze szkicownikiem.

girl_sketch2

młoda artystka ze szkicownikiem

Pomiędzy budynkami można znaleźć 2-3 punkty, w których kupimy pamiątki „uniwersyteckie”- zakładki do książek, widokówki itp. , jak i również typowo chińsko-komunistyczne przypinki np. z głową Mao na czerwonym tle.

Na terenie starożytnej szkoły udostępnionej do zwiedzania rzuca się w oczy bryła nowoczesnego muzeum uniwersyteckiego (jakoś gryzła mi się wizualnie jak diabli z resztą budowli wokół). Wewnątrz betonowego klocka pokazane makiety całego uniwersytetu, sale multimedialne, dużo zdjęć (i miła niespodzianka – za wejście do muzeum nie trzeba dodatkowo płacić).

Muzeum

betonowa bryła Muzeum

miniatury2

makieta Yuelu Academy

 Do zwiedzania jest naprawdę sporo. Radzę na całość zarezerwować sobie przynajmniej 2-3 godziny, tak, żeby można było obejść wszystko na spokojnie, nacieszyć oko, poczytać opisy (większość opisów dwujęzyczna – chiński i angielski). Z obsługi niestety mało kto mówi po angielsku, więc lepiej mieć ze sobą jakiegoś tubylca lub w razie potrzeby zagaić kogoś nie z obsługi, lecz ze zwiedzających Chińczyków w wieku 18-25 lat. Jest wtedy spora szansa na to, że trafi się na studenta w miarę posługującego się angielskim. Miejsce piękne i klimatyczne. Na takim uniwersytecie studiowanie mogło być nawet doznaniem duchowym, a już na pewno estetycznym.

 

 

Z wizytą u Mao Tse-tunga – Changsha cz.1

Changsha – Miasto będące stolicą prowincji Hunan. Ludność od około 2 milionów mieszkańców (samo miasto) do około 6 mln (miasto z okolicznymi przyległościami). Ładna okolica – duża rzeka, górki, jeziora. Posiada międzynarodowe lotnisko, z którego nawet są bezpośrednie połączenia do Europy.

DSCN6058

Latem potrafi tu być paskudnie gorąco. Przestrzegam przed wizytami między kwietniem a czerwcem. Wtedy jest już początek wysokich temperatur, przy jednoczesnej porze deszczowej. Ciężko trafić w tym okresie na bezdeszczowy dzień. Opady w połączeniu z temperaturami skutkują potworną wilgotnością. Choćbyś nie wiem ile razy brał prysznic i zmieniał ubranie, ciągle jest obecne odczucie, że skóra się lepi od wilgoci. Próba wysuszenia prania staje się wyzwaniem… Drugie miejsce na świecie, w jakim byłem po Brazylii, w którym nie widziałem czarnej ziemi tylko rdzawo-czerwoną.

czerwona ziemia prowincji Hunan

czerwona ziemia prowincji Hunan

Białych tu jak na lekarstwo, więc przyzwyczaj się, że będziesz czasem traktowany jak ciekawostka, szczególnie przez dzieci i co odważniejszą młodzież. Miasto znane z tego, że uczył się tu w szkole sam Mao Tse-tung (Mao Zedong). Zresztą nie bez powodów, bo w Changsha jest jeden z najstarszych uniwersytetów w Chinach. Dodatkowo Mr. Mao urodził się nieopodal, bo we wsi położonej około 100 km od Changsha.

Podczas jednego z pobytów miejscowi na weekend postanowili pokazać nam rodzinną wieś przewodniczącego Mao. W końcu sto kilometrów do przejechania to jak na Chiny dystans żaden, żeby nie powiedzieć w zasięgu rzutu miską ryżu. Wioska była niewielka. Zwiedzać można było dom Mao oraz zbudowane za nim wielkie muzeum poświęcone jego życiu i osiągnięciom.

wejście do rodzinnego domu Mao

wejście do rodzinnego domu Mao

Byliśmy tam chyba jedynymi białymi. Kontrola za kasami biletowymi jak na lotnisku, policjant z ręcznym wykrywaczem metalu, a i przy kasie trzeba się było wylegitymować.

Pamiętajcie o zabraniu paszportów na wycieczkę do domu Przewodniczącego!
Sam dom sporych rozmiarów, gospodarstwo składające się z kilku budynków i zabudowań gospodarczych. Z informacji na eksponatach wynika, że rodzina Mao była dość zamożną chłopską rodziną. Ojciec rolnik i hodowca trzody, a matka buddystka. Jakoś ta wiedza, co do pochodzenia Mao, kłóci mi się z obrazem komunisty obrażonego na religię i własność prywatną. No, ale może wynikało to z „buntu nastolatka” i chęci przeciwstawienia się domowym stereotypom, a potem to już Chiny stały się komunistyczne, więc Przewodniczący nie musiał dorastać do innych poglądów, bo zdążył dostosować do swej „młodzieńczej” wizji cały kraj ;)

Zwiedzanie rodzinnego gniazda Mao to około 30-40 minut. Po wyjściu ze zwiedzanego domu trafia się na dość szeroką wiejską ulicę, wzdłuż której jest mrowie sklepików z pamiątkami i małych knajpek.

mao_figury

Chcesz figurkę Mao naturalnych rozmiarów? Nie ma sprawy, tam dostaniesz. Chcesz Mao na medaliku na szyję? Proszę bardzo. Uwaga odradzam robienie sobie zdjęć z wystawionym towarem, ponieważ w przypadku zrobienia sobie zdjęcia z większymi figurami Przewodniczącego, zaradni sklepikarze zaczynają ganiać za tobą i żądać opłaty za fotkę. No chyba, że czujecie potrzebę nabycia takiego zdjęcia to pewnie za odpowiednio wysoką opłatą da się nawet usiąść Przewodniczącemu na kolana ;).

Można oczywiście udawać, że się nie rozumie, o co sklepikarzom chodzi (co pewnie nie będzie trudne, ponieważ marudzą w jedynym znanym sobie języku, czyli po chińsku). Wsiowe knajpki polecam z lekką nutką ostrożności. Można skorzystać, choć odradzam wizyty na zapleczu przed posiłkiem, bo bywają w opłakanym stanie. Jeśli koniecznie chcesz umyć ręce na zapleczu, zrób to po jedzeniu, nie przed, a posiłek będzie Ci lepiej smakować.

Wieprzowina Mao

według słów kelnerki w białej misie ulubione danie Mao, obrzydliwie tłusta wieprzowina…

Potem Muzeum… tu można spędzić sporo czasu. Wielki budynek, dziesiątki sal i salek (w tym multimedialnych), gdzie można obejrzeć filmy o budzeniu się komunizmu w Chinach i jego rozwoju. Do tego mnóstwo najdziwniejszych eksponatów. Chwilami miałem wrażenie, że jestem w jakimś klasztorze i oglądam kolekcję relikwii świętego.

legitymacja

Można tam było znaleźć odręcznie pisane listy Mao Tse Tunga, jego ubrania, torby podróżne, zdjęcia z nim, a nawet takie cuda, jak mocno zużyte przybory do golenia, szczoteczkę do zębów, kalesony, a nawet skarpety. Oczywiście wszystko w podświetlonych, przykrytych szkłem gablotach.

socks

skarpety Przewodniczącego…

pedzle

Walizka ze sprzętem jego osobistego golibrody.

Dom i muzeum Przewodniczącego robią wrażenie, szczególnie gdy się widzi setki Chińczyków, którzy z nabożnym westchnieniem pokazują sobie co chwilę któryś z eksponatów. Jest to tym bardziej ciekawe, że oficjalna „doktryna” od kilku lat pozwala nawet na krytykę Mao Tse Tunga, (pewnych jego koncepcji, działań). Najwyraźniej oficjalny nurt rządowy „dorósł” do przyjęcia i pogodzenia się z błędami w wykonaniu jeszcze do niedawna nieomylnego Mao. Jednak dla typowego Chińczyka nadal jest on czymś pomiędzy ojcem narodu, świętym i naczelnym wodzem.

Zwiedzania na kilka godzin, a obok jest jeszcze równie wielka biblioteka pism związanych z Mao i komunizmem. Tam jednak nie zawitaliśmy z powodu braku czasu i sił u co poniektórych członków wyprawy. Polecam miejsce, szczególnie tym zainteresowanym współczesnymi Chinami i drogą, jaką przeszły w ostatnich kilkudziesięciu latach, aby stać się Chińską Republiką Ludową.

Dla zainteresowanych rodzinną okolicą Przewodniczącego już wkrótce wpis o miejscu, w którym zdobywał wiedzę, nie tylko tą polityczną.

Gdy łóżko było twarde, a jedzenie marne – czyli reklamacji czas

Jako że wakacje dobiegły końca i wszyscy już wrócili z podróży lub wracają ostatnim rzutem na taśmę, dziś będzie o nich, o nas, o Was. Powracający turyści.

W tym roku od niedawna głośny jest temat upadłości biura podróży Alfa Star. Jednak bankructwo biura podróży to najczarniejszy scenariusz. Jest jeszcze pomiędzy udaną wycieczką a upadłością cała gama szarości… bolączek, które w trakcie wyjazdu nas irytują, doprowadzają do wściekłości, zostawiają niesmak i sprawiają, że czujemy się oszukani.

Wiadomo, jak wygląda wyjazd w katalogu. Piękne zdjęcie- wybrane ze stu i dodatkowo podrasowane w programie graficznym.  Do tego uśmiechnięty pan w biurze podróży, który powie nam wszystko, co chcemy usłyszeć na temat wybranego przez nas wyjazdu, a nawet więcej. Zazwyczaj po tym „więcej” wzrasta dość znacznie cena wyjazdu wzbogacona o koszt kilku opcji dodatkowych.

Co jednak, jeśli wyjazd okazał się być nie tak różowy? Jeśli łóżko miało wystające sprężyny i było raczej starym tapczanem, a miało być królewskim łożem z materacem wodnym, apartament był z widokiem na lokalny zakład wulkanizacyjny zamiast oceanu, a samolot zamiast być Dreamlinerem okazał się 25-letnim rozklekotanym 747. Reklamować i to reklamować jak najszybciej! Najlepiej jeszcze podczas wyjazdu. Można reklamację wysłać mailowo, wręczyć rezydentowi czy innemu przedstawicielowi biura. Można też to zrobić telefonicznie, jednak wtedy zostajemy bez jakiegokolwiek potwierdzenia, że zgłoszenie miało miejsce. W przypadku reklamacji jednak trzymałbym się zasady  „kwit na węgiel trzeba mieć”.

Organizator wycieczki czy też pobytu powinien w ciągu 30 dni odpowiedzieć na taką reklamację.

Co ważniejsze, my jako klient mamy również 30 dni na złożenie reklamacji od dnia zakończenia wycieczki. Po tym terminie organizator nie musi uwzględniać naszej reklamacji!

Co powinno być w treści? Dokładny opis tego, co nie spełniło naszych oczekiwań względem zakupionej przez nas oferty. Dobrze jest to uzupełnić zdjęciami czy inną dokumentacją potwierdzającą stan rzeczy (np. potwierdzenie przez obsługę hotelu, że pokój był bez tarasu).

Przydaje się też wtedy jak najdokładniejsza umowa podpisywana z organizatorem przed wyjazdem dokładnie określająca ofertę, jaką kupiliśmy oraz wszelkie foldery i katalogi dotyczące zakupionej przez nas usługi.

Czego możemy żądać? Oczywiście pieniędzy (zwrotu całości lub części kosztów wycieczki) lub innego zadośćuczynienia np. nowej wycieczki. Jeśli żądamy odszkodowania, w piśmie reklamacyjnym powinno się podać przybliżoną kwotę naszych oczekiwań. Jako że nie ma jasno określonych reguł co do wyceny wartości odszkodowania za konkretne usługi turystyczne, możemy podeprzeć się tzw. tabelką frankfurcką. Nie jest ona oficjalnym dokumentem obowiązującym u nas w kraju. Została przygotowana na potrzeby Izby Cywilnej Sądu Krajowego w Niemczech. Jednak z powodu braku naszego odpowiednika takiego dokumentu, coraz częściej polskie sądy posługują się nią w sprawach odszkodowań za usługi związane z turystyką. Sama tabelka jest podzielona na sekcje, takie jak nocleg, wyżywienie i transport oraz ostatnią, w której wypunktowano inne częste uchybienia między ofertą organizatora wyjazdu a stanem rzeczywistym.

Nie ma przy tym znaczenia czy byliśmy na wycieczce w typowym terminie, first czy last minute, mamy takie samo prawo do reklamowania usługi, jeśli odbiega od oferty, za którą zapłaciliśmy.

W przypadku odrzucenia naszej reklamacji przez organizatora wycieczki pozostaje nam nadal możliwość mediacji za pośrednictwem urzędów/organizacji, takich jak miejski lub powiatowy rzecznik praw konsumenta, a na koniec droga sądowa.

Przydatny link do wyszukiwarki instytucji udzielającej pomocy konsumenckiej:

https://uokik.gov.pl/kontakt.php

 

Powiązane tematy:

Wczasy bez stresu – artykuł o tym jak wybrać bezpieczne miejsce na wczasy i zabezpieczyć siebie i rodzinę w podróży.