Archiwum kategorii: Latanie

Bonjour Afryko!

Bonjour Afryko! Czyli spotkanie z Air France i jej kopciuszkiem Joon.

Z powodów zawodowych musiałem odbyć kolejną „wycieczkę” do Afryki.

Z trzech proponowanych połączeń wybrałem Air France ze względu na najbardziej pasujące mi godziny. Start z lotniska w Berlinie (Tegel). Odprawa sprawna i bez problemów, boarding o czasie, a przy wejściu na pokład małe zdziwienie. Jakieś inne stroje, jakieś inne logo linii… O co chodzi?

Okazało się, że lot z Berlina do Paryża realizowany był przez spółkę córkę linii Air France o nazwie Joon. Są to stosunkowo nowe linie stworzone z myślą o młodych pasażerach ceniących sobie elastyczność i dopasowaną ofertę. Z założenia ciut tańsze od Air France jednak tanimi liniami bym ich nie nazwał. Taka hybryda między regularnym, dużym przewoźnikiem, a ekonomicznymi liniami.

Samolot Airbus A320, czyściutki i błyszczący, albo bardzo nowy, albo działa w nim jeden z lepszych serwisów czyszczących.

Obsługa bardzo sympatyczna w biało niebieskich strojach. T-shirty w biało niebieskie pasy widoczne spod marynarek, nasuwały mi skojarzenie z załogą jakiegoś statku morskiego, a nie samolotu, ale wyglądały wesoło i ładnie. Całość wystroju samolotu i załogi lekko podobna do stylistyki jaką mają Finnair. Załoga najmłodsza jaką widziałem podczas lotu. Miałem wrażenie że podstawowym kryterium przy zatrudnieniu „wiek do 20 lat”.

Cabin crew sprawnie pomógł usadzić się gościom, udzielił standardowej instrukcji bezpieczeństwa i wystrzeliliśmy w górę. Obsługa wkrótce zaczęła podawać poczęstunek pasażerom. A w ramach poczęstunki było generalnie wszystko i nic. To wszystko czy nic spytacie, już się tłumaczę…

W kieszeniach foteli oprócz magazynu Air France niewielki folder linii Joon z pokładowym menu gdzie można wybrać sobie ciastka, wafelki, kanapki czy nawet jakieś zupki, ale wszystko za opłatą od minimum 2,5 euro w górę. I to jest to co zmieściłem pod słowem „wszystko”. Natomiast „nic” to darmowy poczęstunek w którego skład wchodziły woda, herbata, kawa i sok. I to by było na tyle w cenie biletu. Aha no i sok tylko pomarańczowy, mimo iż mieli inne soki to w ofercie bezpłatnej był tylko pomarańczowy, chcesz inny sok ok, ale zapłać.

To, że nie ma poczęstunku żadnego choćby orzeszków czy wafelka na locie, który trwa około godziny i jest realizowany przez z założenia „tańsze linie” to dla mnie nie problem, ale żądanie opłaty przy wyborze innego soku… Jak dla mnie wygląda to na źle ukierunkowany pomysł na wyciśnięcie grosza z klienta i był to dla mnie jedyny zgrzyt w czasie pierwszego spotkania z Joon.

Ciekawostką jest system rozrywki pokładowej. W samolocie nie było telewizorów pozwalających oglądać filmy czy słuchać muzyki ale dostępna była instrukcja instrukcja na temat aplikacji którą można pobrać i na własnym urządzeniu jak laptop, tablet czy smartfon oglądać filmy oferowane przez linie Joon za pośrednictwem Wi-Fi. Rozwiązanie interesujące i spotkałem się z nim pierwszy raz. Do tego w podłokietniku fotela obecny port USB, więc nawet mając rozładowany smartfon możesz podłączyć się na czas lotu do zasilania, aby korzystać z systemu rozrywki pokładowej.

Generalnie sprawnie, czysto, miło, plus „wyciskanie soków” z portfela.

Dalsza podróż z Paryża już z regularnymi liniami Air France. Tu już nie było tak punktualnie koło 20 minut poślizgu ze startem. Samolot zapchany po brzegi pasażerami, (aż tylu francuzów lata do Afryki?), w pewnym momencie zabrakło miejsc na bagaże podręczne i stewardesy zaczęły prosić o wyciąganie z luków bagażowych i chowanie pod fotele mniejszych toreb, aby zrobić przestrzeń na duże walizki.

Airbus A321 już swoje miał wylatane, ale nadal bez zarzutu, natomiast serwis czyszczący chyba lekko przysnął, a na pewno był słabszy niż ten w Joon o czym przekonałem się wyciągając magazyn Air France z kieszeni fotela i znajdując tam stertę śmieci.

Jak widać duży nie zawsze znaczy lepszy (Air France), zaś chęć zysku (Joon) czasem wpędza w ślepy zaułek.

Tak czy inaczej doleciałem bez opóźnień czy innych problemów, więc z pomocą Air France znów jestem w Afryce!

 

Powiązane tematy:

  • Wpis o programach lojalnościowych linii lotniczych
  • Krótkie wideo reklamowe na Youtube linii Joon

Wigilijne postanowienia noworoczne.

Wigilijne postanowienia noworoczne, czyli miejsca które chciałbym zobaczyć.

24 grudnia, Wigilia. Lekko przejedzony już po dwudziestej trzeciej zacząłem zastanawiać się nad kolejną Wigilią. Gdzie chciałbym ją spędzić w 2016 i generalnie nad tym, czy mam jakieś plany na 2016 rok, nie tylko na Wigilię, ale i na wiele innych spraw. Czyli generalnie nad rocznym planem na życie.
W ostatnich miesiącach w pracy powiał nad głową mi i kolegom z działu wiatr zmian. Nasz dyrektor, który był nam Szefem odkąd pamiętam, czyli od 2007, (a szefował działowi o wiele dłużej) odchodzi. Generalnie nie aż tak daleko, bo nadal będzie pracował w ramach naszej grupy, ale już nie z nami. Wkrótce będzie nowy dyrektor, czy lepszy – czas pokaże. Tylko dział zaczyna trzeszczeć w posadach, a pracownicy zachowują się jak mrówki, którym zabrano królową i latają w kółko po trawniku w popłochu i bez celu.
Skoro praca stała się jedną wielką niewiadomą, postanowiłem zrobić sobie plan podróżniczy. Tak, żeby coś było zaplanowane, tak długoterminowo – jeśli nie w życiu zawodowym, to choćby prywatnym. Plan miejsc, które chciałbym zobaczyć, zwiedzić. Niekoniecznie w tym roku, ale tak w ogóle.

Wygrywa ten, kto ma jasno określony cel i nieodparte pragnienie,
aby go osiągnąć.
— Napoleon Hill

Dziś właśnie uznałem, że to dobra pora, aby wyznaczyć sobie cele. Zgodnie z powyższym cytatem pana Hill’a, jeśli będzie szło za tym pragnienie osiągnięcia ich, powinno się udać. Co to będzie znaczyć dla mnie? Spełnienie marzeń, a dla Ciebie drogi czytelniku, nowe artykuły pełne zdjęć. Czas więc odkurzyć stare marzenia podróżnicze i dopieścić te nowe. Siadłem z kartką i zacząłem zastanawiać się, gdzie najbardziej chciałbym być, jaki kraj odwiedzić, miejsca zobaczyć. Zacząłem pisać późną nocą w Wigilię, a skończyłem już po Sylwestrowej nocy kilka dni temu, oczywiście z drobnymi przerwami na pierogi, karpia i barszcz z uszkami.

Wyszła mi poniższa lista „must see„:

1) Japonia – miejsce, które jest celem mojej podróży od lat dzieciństwa. Nie będę nazywał miasta czy wyspy, którą chciałbym zobaczyć, ponieważ jest ich zbyt wiele, a jednocześnie jakakolwiek z nich spełni przynajmniej w części jedno z moich najstarszych marzeń podróżniczych. Od 13 stycznia nawet pojawia się nowe połączenie LOT-u z Warszawy do Tokio, choć pewnie ja i tak z niego nie skorzystam ze względu na bliskość lotniska w Berlinie.
2) Ameryka PółnocnaUSA, tereny rdzennych Indian – rezerwat autochtonów. To drugie marzenie, co do pierwszeństwa zrodzenia się w mojej głowie walczące z Japonią, a wyrosłe na powieściach takich jak: Ostatni Mohikanin, Winnetou czy o podróżach Tomka. Do tego byłaby okazja spróbować oryginalnego piwa imbirowego i zjeść w jakimś fast foodzie amerykańską specjalność, hamburgera z frytkami.
3) Fuertaventura – Wyspy Kanaryjskie – Ci, którzy czytają wpisy na blogu pewnie pomyśleli właśnie: „ale on tam już był”. Zgadza się, byłem na przepięknej wyspie Lanzarote. Byłem na „kanarach” i się w nich zakochałem. Przynajmniej w Lanzarote. Ten pobyt to jedne z najprzyjemniejszych wakacyjnych wspomnień w moim życiu. Dlatego po obejrzeniu wulkanicznej wyspy Lanzarote chciałbym zobaczyć inną z Wysp Kanaryjskich, o której mówią, że jest najbardziej zielona – Fuertaventura (a na pewno bardziej zielona niż marsjański krajobraz Lanzarote).
4) Islandia – po wizycie na Lanzarote żywioł ognia i ziemi zrobił na mnie na tyle duże wrażenie, że z chęcią obejrzałbym go w mroźnym, północnym wydaniu. Tu idealnie wpasowuje się Islandia z mroźnym klimatem, największą ilością czynnych wulkanów w Europie i gorącymi gejzerami, w których termalnych kąpieli można zażywać wśród śniegów i mrozu.
5) Kostaryka – kolejna kraina wulkanów i zieleni w pasie klimatu podrównikowego. Takie połączenie wulkanicznego Lanzarote i zielonej Fuertawentury w jednym miejscu. Zapowiada się ciekawie.
6) Rumunia – Karpaty – zamek Drakuli. Na zdjęciach robi wrażenie i wygląda przepięknie, jednak ciągnie mnie do niego historia mrocznego władcy Vlada Tepesa, którego postać była pierwowzorem głównego bohatera powieści o mrocznym wampirze. Raz już byłem w Rumunii – kraj, mentalność ludzi i klimat spodobał mi się. Tylko był to całkiem inny region tego kraju – nie ziemie hrabiego…

Kościół w Caransebeş - Rumunia

Kościół w Caransebeş – Rumunia 2011

7) Londyn – bo mam tam kilku przyjaciół, bo to wielkie europejskie miasto z wielowiekowymi tradycjami, bo chciałbym się przejechać czerwonym, piętrowym autobusem :D
8) Co najmniej 10 różnych schronisk górskich PTTK (nie mniej niż 3-4 podczas jednego wyjazdu). Dlaczego? Odpowiedź trudna i łatwa. Łatwa, bo są w górach, a niewiele jest tak pięknych miejsc jak góry. Do tego zazwyczaj wiele ze schronisk jest uroczo położonych. Drugim powodem jest to, że chciałbym zabrać tam dzieciaki, lub choćby tylko syna. Wstać z nimi rano w wilgotnym starym pokoiku schroniska, zrobić sobie herbatę w kubku i wyjść z nią rano na ławkę przed schroniskiem. Siorbnąć i spytać: „i jak podoba się Wam w górach?”
9) Kambodża – ze swym niepowtarzalnym zespołem świątyń w Angkor.
10) Grecjawyspa Santorini – to właściwie nie tyle moje marzenie czy cel podróżniczy, ale mojej żony. Od chyba 3 lat marudzi mi o białych domkach z niebieskimi kopułkami. Dla świętego spokoju, aby uciszyć temat postanowiłem, że trzeba by tam kiedyś pojechać.
11) Legoland – głównie z myślą o synu, choć córce pewnie się też spodoba (a ja będę robił poważne miny i udawał, że się nie bawię). Jeszcze nie wiem, czy ten duński w Billund czy w Niemczech.

12) Rio de Janeiro – choć byłem w Brazylii to była to Bazylia „kontynentalna”. Chciałbym zobaczyć tą z plażą, przejść się po piasku Copacabany, że już nie wspomnę o zobaczeniu karnawałowego korowodu.
13) Wziąć udział w Blogtour 2016 w Poznaniu. W końcu pisanie bloga zobowiązuje, a Poznań blisko mojego domu, do tego temat targów interesujący.
14) Hiszpania (znów) – tym razem Barcelona – chciałbym zobaczyć domki Gaudiego i przy okazji móc pokazać synowi stadion Barcy.
15) Tajlandia – ponieważ chciałbym obejrzeć na żywo i poczuć klimat walk tajskich bokserów, a do tego zobaczyć Bangkok ( taki sentyment do filmu Kac Vegas w Bangkoku ;) ).

Na razie na tyle – to postanowienia turystyczno-podróżnicze, mam też inne, ale są bardziej prywatne i nie związane bezpośrednio z tematem tej strony, jak na przykład nauka języka (wciąż rozważam opcję doszlifowania niemieckiego lub nauki nowego języka). Jak się spełnią, to szepnę o nich słowo na koniec roku, żeby się pochwalić, że udało się! Oczywiście te wyjazdowe postanowienia są nie do zrealizowania w ciągu jednego roku, (no chyba że wygram duuużą kumulację w totolotku, ale nawet wtedy byłoby ciężko czasowo). Jeśli w ciągu roku uda mi się zrealizować 1-2 z tych 15 punktów, będę zadowolony i na kolejnym rocznym „podsumowaniu” „odhaczę” jeden, dwa punkty z listy miejsc „do zobaczenia”.

Ciekaw jestem, jak tam Twoje postanowienia noworoczne? Czy są jakieś plany związane z podróżami, a jeśli tak, to gdzie? Może jakieś nasze lokalizacje się pokrywają? Zachęcam do stworzenia własnych list „podróżnych”. Dobrym nawykiem będzie co jakiś czas spoglądanie na nie i zastanowienie się, co, kiedy i w jaki sposób można by zrealizować. Nazwać swoje „nieodparte pragnienie” i jasno określić cel. Może się okazać, że wymarzone miejsce jest bliżej, niż nam się wydaje, a bilet w zasięgu ręki.

Programy lojalnościowe linii lotniczych.

Czy warto? Generalnie tak. Zasada jest praktycznie taka sama, jak w przypadku programów partnerskich stacji benzynowych. Dostajesz kartę, dużo tankujesz, masz dużo punktów, możesz odebrać nagrody i / lub masz jakieś rabaty.

W przypadku linii lotniczych trzeba tylko zamiast zatankowanej benzyny wstawić „wylatane mile”, a reszta generalnie jest analogiczna.

Czyli, żeby udział w programie się opłacał, (a czasem miał sens), trzeba sporo latać.

Obecnie są trzy największe stowarzyszenia linii lotniczych zrzeszające różnych przewoźników.

1) Star Alliance – w składzie m.in. Lufthansa, LOT, ANA, SWISS, Turkish Airlines – Indywidualne programy lojalnościowe, których statusy są uznawane we wszystkich liniach stowarzyszonych w Star Alliance. Jednym z największych programów jest Miles & More Lufthansy używany także przez nasz LOT.

2) Sky Team– w składzie m.in. KLM, AIR FRANCE, Vietnam Air, China Airlines – Indywidualne programy lojalnościowe, których statusy są uznawane we wszystkich liniach stowarzyszonych w Sky Team. Jednym z największych programów jest Flying Blue używany m.in. przez KLM i AIR FRANCE.

3) One World – w składzie m.in. FINNAIR, British Airways, Qatar Airways, – Indywidualne programy lojalnościowe, których statusy są uznawane we wszystkich liniach stowarzyszonych w One World.

Każde z tych stowarzyszeń ma poniekąd „wspólny” program lojalnościowy. Używając karty lojalnościowej jednej ze stowarzyszonych linii  można korzystać z przywilejów, a także zbierać dodatkowe punkty (mile).

Podobnie jak w programach partnerskich stacji benzynowych, tak i tu, żeby dostać jakieś fajne nagrody rzeczowe, trzeba się nieźle nalatać. Jednak zawsze można jakiś drobiazg przywieźć z podróży do domu, ja na przykład ostatnio za punkty wziąłem dla syna plastikowy model Boeninga Lufthansy, który do dziś ładnie prezentuje się na jego biurku.

Jednak dla kogoś, kto dużo lata, o wiele bardziej atrakcyjne są inne atuty programu. Wraz ze wzrostem „wylatanych mil” zmienia się status uczestnika programu. Wyższe statusy wiążą się z szeregiem przywilejów.

Między innymi:

-szybszą odprawą (przez bramki zarezerwowane dla klasy Business),

-możliwością wzięcia większego bagażu bez dodatkowej opłaty (więcej sztuk lub większa waga, lub to i to, w zależności od wewnętrznych regulaminów linii),

-możliwość podwyższenia statusu lotu za punkty (np. z ekonomiczny do business, jednak zżera to sporo punktów z karty),

-możliwość zarezerwowania darmowego lotu za uzbierane punkty (!)

-możliwość wejścia do Lounge Business Class. Bardzo miły bonus, szczególnie, kiedy nasz lot się opóźnia lub mamy zaplanowaną długą, kilkugodzinną przesiadkę.

Dla nieznających jeszcze pojęcia „Lounge” małe wyjaśnienie. Na większości lotnisk dla oczekujących na samolot są krzesełka poustawiane na lotnisku w strefach oczekiwania. Są to zazwyczaj „średnio” wygodne plastikowe siedziska, nie lepsze niż na poczekalni u lekarza czy na polskim dworcu PKS.
Jednak na każdym większym lotnisku jest oaza luksusu, nazywa się Lounge. Dostęp do niej mają uprzywilejowani posiadacze biletów Business Class, First Class i …uczestnicy programu partnerskiego, którzy mają na koncie odpowiednią ilość wylatanych mil/odpowiedni status.
Jaka jest różnica między plastikowym krzesełkiem, a lounge? Wielka. W lounge mamy wygodne fotele zamiast krzesełek, dostęp do WiFi, kontaktów (ładowanie laptopa czy telefonu podczas 3 h czekania na przelot staje się bezproblemowe), a do tego poczęstunek. Bezpłatnie do dyspozycji gości są kanapki, sałatki, przekąski, owoce oraz napoje (także te %). Na różnych lotniskach i w różnych Lounge zaopatrzenie jest odmienne, ale zawsze miłe dla podniebienia. Często jest też do dyspozycji telewizor i delikatna muzyka w tle.

Czas spędzony w takich warunkach jest o wiele przyjemniejszy, a oczekiwanie mniej męczące.

To największe programy lojalnościowe linii lotniczych, ale poza tymi gigantami swoje programy partnerskie stosują także i tanie linie lotnicze np. WizzAir i ich Wizz Discount Club.
Wcześniej opisane duże programy lojalnościowe, jak ONE WORLD, czy Star Alliance są całkowicie bezpłatne (poza udostępnieniem danych osobowych), tymczasem udział w Wizz Discout Club wiąże się z opłatą roczną, obecnie w wysokości 139 złotych.
Może nie ma wtedy do dyspozycji komfortowych lounge na lotnisku czy podwójnego bagażu gratis, ale za to zazwyczaj zyskujemy na zmniejszonych kosztach przelotów. Chodzi o przeróżne dodatkowe opłaty związane z biletem, które tanie linie lotnicze lubią sobie doliczać. Zaś uczestnicy programów partnerskich są z ich sporej części zwolnieni. Opłaca się wydać ponad 130 zł na kartę uczestnika Wizz Discount Club? Jasne, ale tylko pod warunkiem, że planujesz co najmniej 4-5 lotów w roku lub przynajmniej dwa loty z towarzyszem podróży.

WDC_Infograf_pl_4_version_1

WIZZ Discount Club gwarantuje minimalną zniżkę w wysokości 45 PLN na bilety (Uwaga! Jak we wszystkim tak i tu jest „kruczek”. Gwarantowana zniżka nie przysługuje w przypadku biletów tańszych niż 99 PLN.
Czyli, gdy znajdziemy bilet w promocyjnej cenie np. 49 zł czy 79 zł, nie mamy na niego dodatkowego rabatu).

Ponadto członkowie klubu mogą skorzystać z dodatkowej zniżki w wysokości 23 PLN na każdą sztukę dużego bagażu podręcznego i bagażu rejestrowanego zakupionego online.

Wizz Discount Club oferuje dwa rodzaje członkostwa, które można najprościej określić jako osobiste i grupowe.

„Osobiste” pozwala skorzystać ze zniżek dla zarejestrowanego członka programu i dodatkowej osoby. Członkostwo „grupowe” jest droższe, jednak daje praktycznie te same zniżki dla większej grupy pasażerów (korzystne dla osób latających całą rodziną np. małżeństwo dziećmi).

Jak widać uczestnikiem tych programów warto zostać, jednak głównie wtedy, gdy naprawdę sporo latamy.

Warto też wtedy trzymać się jednych linii lotniczych (z jednej grupy partnerskiej jak Star Alliance, czy One World).

Niestety większość moich podróży samolotem to podróże służbowe i nie mam większego wpływu na rezerwacje biletu (i wybór linii lotniczych). Z tego powodu, mimo sporej liczby przelotów i to na długich dystansach, jeszcze nie udało mi się zdobyć statusu np. pozwalającego na wejście do business lounge, tylko za pomocą karty uczestnika programu partnerskiego.

Film, książka i lampka wina…

Podróż samolotem nadal jest najszybszym środkiem transportu, (no, chyba że mamy do czynienia z jakimś guru, który potrafi się teleportować lub wmówić Wam, że właśnie odbył 5 sekundową podróż astralną), jednak nawet lot samolotem potrafi trwać długo i być nużący.

Jak sobie radzić z kilkunastogodzinną podróżą? Przy długich trasach sprawdza się zestaw filmów dostępnych nawet w klasie ekonomicznej. Wiele z nich to całkiem „świeże bułeczki” kinematografii. Jedyny minus to fakt, że tylko LOT oferuje nam multimedia w języku polskim. Jak na razie, mimo kilkunastu podróży do Chin, ani razu nie trafiłem na LOT. Pewnie dlatego, że bliżej mi do Berlina niż do Warszawy. Pasażerowie nielecący naszymi krajowymi liniami są „skazani” na zestaw filmów w obcym języku. Standardem jest to, że wszystkie linie mają w ofercie napisy w języku angielskim plus kilku innych, co bardziej popularnych. Na szczęście na tyle znam angielski, że mogę większość filmów ogarnąć, niezależnie od linii lotniczych, którymi akurat lecę.

Tym sposobem np. w trakcie ostatniej podróży do Chin wciągnąłem się w serial „Wikingowie” po obejrzeniu prawie całego sezonu. :)

Jednak nie samym kinem człowiek żyje. Dobrym sposobem przetrwania podróży jest także korzystanie z pokładowego menu, a szczególnie z menu drinków. Po 2 lampkach wina czas podróży zaczyna się skracać, a i usnąć łatwiej. Byle nie przesadzić, jak niektóre gwiazdy polskiej polityki, które nawet drinków nie potrafią w samolocie ogarnąć, a próbują rządzić krajem.

No, ale co, jak drink nie uśpił, albo np. bierzemy antybiotyk i alkohol odpada? Stara dobra książka. Generalnie mój podróżny standard na długie przeloty to jedna książka (po połowę na drogę tam i z powrotem) oraz 2-3 filmy. Na 11 godzinny lot to w zupełności wystarcza.

Ostatnio czytałem książkę Timothy Ferrisa „4 godzinny tydzień pracy”. Tytuł znalazłem w internecie, czytając blog Michała Szafrańskiego. Opis książki na tyle mnie zaciekawił, że postanowiłem ją przeczytać. Autor prezentuje ciekawy pomysł czegoś, co można nazwać „sposobem na życie na bogato”. Nie, jak stać się bogatym, tylko jak żyć na bogato i spełniać swoje marzenia, niezależnie czego dotyczą. Książka bardzo ciekawa, motywująca i pobudzająca wyobraźnię. Niestety, pewne pomysły wydają mi się nie do przełożenia na grunt Polski i na nasze realia. Już od pierwszych stron widać, że autor pisze z perspektywy mieszkańca USA, gdzie pewne rzeczy są łatwiejsze, a nawet tylko tam do zrealizowania. Jednak wiele idei z książki warto sobie przyswoić jako sposób myślenia czy patrzenia na pewne sprawy.  Szczególnie ciekawe porady dla osób dużo pracujących przy komputerze […]autentyczne wzory, które można kopiować w celu eliminacji e-maili, negocjacji z szefami i klientami lub zdobycia prywatnego kucharza za mniej niż 8 dolarów za posiłek. Sporo pomysłów na wykonywanie pracy zdalnie, dzięki czemu możesz więcej czasu poświęcać na swoje hobby np. podróże lub dla rodziny.

Ja na drogę kupiłem sobie w Empiku widoczne na zdjęciu poniżej, grube tomisko za 49 złotych w twardej oprawie, ale to dlatego, że chyba jestem już stary i jakoś nie mogę przekonać się do wersji elektronicznej (poza tym akurat tej książki w formie e-booka nie spotkałem jeszcze, można ją znaleźć w sieci tylko jako audiobooka na płycie), a na drogę wolę twardą okładkę, bo po długiej podróży zamiast z książką w miękkiej okładce wracam do domu z postrzępioną szmatką. Moje zamiłowanie do „solidnej książki” niestety nie jest praktyczne w podróży samolotem, ponieważ takie opasłe tomisko w twardej oprawie zajmuje trochę miejsca i sporo waży. 

Dlatego zazwyczaj dużą książkę mam w bagażu podręcznym z którego ją szybko wyjmuję podczas przechodzenia przez ostatni Gate na lotnisku i przenoszę w dłoni. Zawsze to pół kilograma mniej do regulaminowej wagi bagażu podręcznego. To co mam w ręku czy w kieszeni kurtki nie jest liczone do wagi bagażu.

T_Ferris "4 godzinny tydzień pracy"

„4 godzinny tydzień pracy”

Zainteresowanym polecam ofertę książki w wydawnictwie Złote Myśli. No chyba że jesteście z tych nowoczesnych, co to lubią czytać, słuchać na tablecie lub laptopie… osoby nie lubiące targać dodatkowych kilogramów zawsze mogą poszukać czegoś w Audiotece.