Archiwa tagu: Szanghaj

Chińska ulica

Jak wygląda chińska ulica. Chińska ulica jest niezwykła, zazwyczaj pełna pośpiechu i pędzących gdzieś chińczyków w pogoni za pracą, nauką, przyszłością. Praktycznie o każdej porze dnia i nocy ulice są pełne spieszących się gdzieś ludzi. Żywy sznur czarnowłosych twarzy przelewa się między rzekami samochodów, sklepików i ulicznych barów. Wszystko pośród ścian szkła, betonu i kolorowych świateł za kotarą z ulicznego smogu i hałasu.

DSCN8782

Samotny i bez szczęścia słoik nr ?

Oficjalny zakaz żebrania nie przeszkadza chińczykom nie mogącym nadążyć za zmianami żebrać czy spać na ulicy.

DSCN8751

W metropoliach takich jak Szanghaj są wielkie biurowce i salony największych marek. Gucci, Versace.. Nie przeszkadza to jednak w sprzedaży tysięcy podrobionych rzeczy dwie przecznice dalej na ulicznym targowisku.

Jest klient gotów zapłacić tysiące i taki który ma tylko drobne, torebka Gucciego znajdzie się dla obu :)

Gucci

W metropoliach takich jak Szanghaj są wielkie biurowce i salony największych marek.

Chińska ulica jest spokojna i zamyślona. Ludzie powoli kontemplują swoją pracę siedząc na starym odrapanym taborecie w niewielkim ulicznym warsztacie, lub mieszają makaron w jednoosobowej kuchnio-restauracji zbudowanej z dwóch garnków i stołu. Przechodnie zatrzymują się patrząc na starszych mężczyzn grających w GO lub ćwiczących Taiji w parku. W dali słychać flet wygrywający chińską melodię, której dźwięki opowiadają o wspaniałości cesarskiego pałacu.

DSCN8711

Pranie suszy się w jednej z dawnych uliczek Szanghaju

DSCN8707

DSCN8719

Praca i pieniądze są wszędzie. Podobnie jak śmieci na których też można zarobić…

DSCN8736

W jednej ze starszych ulic Szanghaju lokalny rzemieślnik wyplata krzesło.

Chwila, chwila jakiś zgrzyt, niespójność obrazu i dźwięku… Tak to właśnie moje Chiny. Głośnie i ciche, szybkie i ospałe, pełne sprzeczności. Pozwalające odnaleźć się tam maklerowi wielkiego banku w krawacie, rzemieślnikowi naprawiającemu buty na ulicy i artyście robiącemu cukrowe lizaki-obrazy.

Jeśli przyjechałeś tam robić business, podpisywać wielomilionowe kontrakty i otwierać nowe fabryki, tam to zrobisz. Może nawet szybciej i lepiej niż gdziekolwiek na świecie.
Jeśli przyjechałeś poznać starożytną kulturę narodu którego odkrycia wpływały na cały świat, który był wielkim imperium pełnym bogactwa i przepych gdy w Europie żyliśmy w zlepku niewielkich królestw i mikro państw w których końcem i początkiem był zawilgocony zamek lokalnego władcy to też dobrze trafiłeś.
Jeśli nie chcesz się nudzić trafiłeś idealnie, bo Chiny to kraj który jest przeogromny. Nie mam na myśli wielkości zaludnienia, ale powierzchnię i zróżnicowanie kulturowe. Praktycznie każda prowincja Chin mogła by być dużym samodzielnym państwem. Każda jest inna, zróżnicowana pod względem klimatycznym, kulturowym, architektonicznym, językowym. Chiny są tyglem w którym możesz znaleźć całą Azję. Począwszy od Północno zachodnich Chin gdzie możesz spotkać muzułmańskie mniejszości i Azję bardziej kojarzącą się z muzułmańskimi republikami Rosji, czy Afganistanem. Na południowym-zachodzie serce buddyzmu z egzotycznym Tybetem i jego świątyniami. Nastawione na Zachód i pęd ku uprzemysłowieniu i światowemu businessowi wschodnie wybrzeże z Szanghajem, Hongkongiem i Guangzhou, a wszystko spięte jak klamrą przez Pekin (Bejing), który stara się to wszystko ogarnąć (czasem z lepszym lub gorszym efektem) i przekazać wizję dla całego kraju. Kierunek na kolejne 25, 50 może i 100 lat.
Za każdym razem gdy jestem w tym kraju widzę i poznaję coś nowego. Dostrzegam kolejne szczegóły których nie widziałem wcześniej, a wcześniej widziane drobiny chińskiej codzienności sklejają się co jakiś czas w mniejszy lub większy spójny obraz.
Każdemu kto zastanawia się nad odwiedzinami w tym kraju, śmiało mogę powiedzieć nie wahaj się. Przynajmniej raz warto tu być, żeby poczuć siłę i pęd Kraju Środka. Nawet jeśli nie stracisz serca dla tego państwa, narodu to zobaczysz coś co będziesz pamiętać na zawsze i wspominać przez lata.

 

Powiązane tematy:

Longhua Temple – posiłek wśród posągów Buddy

Szanghaj jest miastem wieżowców, pod ziemią skrywającym jedną z największych sieci metra.

To centrum biznesu i spotkań wschodu z zachodem. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu był mało liczącą się miejscowością, na której rozwój postawił chiński komunistyczny rząd w ciągu kilku dekad czyniąc z niego metropolię.

Jednak w tej chińskiej oazie biznesu i technologii można odnaleźć jeszcze dawną tradycję i kulturę. Można odnaleźć ją w tradycyjnych restauracjach, chińskich daniach, których historia powstania bywa czasem starsza niż Szanghaj, starych uliczkach, a także w religii.

Wspominałem już o jednej z szanghajskich świątyń Jingan Temple. Tym razem podczas pobytu w Szanghaju trafiłem do innej mniej znanej świątyni, co można było poznać choćby po tym, że było tam mniej odwiedzających białych. W Jingan Temple białych można spotkać sporo, w Longhua Temple już bardzo nie wielu.

Do Longhua Temple trafiłem przypadkiem. Dzień wcześniej starałem się w hotelu dowiedzieć o drogę do Szanghajskiego Muzeum, jednak gdy tam dotarłem, okazało się, że jestem za późno i za kilka minut będzie zamykane.

Pytając w hotelu o drogę do muzeum przy okazji od recepcjonisty dowiedziałem się o drodze do świątyni, której nazwę zapamiętałem z jeszcze wcześniejszej rozmowy z zakładowym kierowcą, który woził mnie do fabryki przez cały tydzień.

Zniechęcony wcześniejszym nieudanym wypadem do muzeum, postanowiłem kolejnego dnia zacząć od Longhua Temple. Jak się okazało, klasyczny strzał w dziesiątkę. Spędziłem w niej kilka godzin, finalnie całkowicie rezygnując z wizyty w muzeum Szanghaju (jednak wciąż mam je w planach na kolejną wizytę :))

pagoda

Pagoda Longhua Temple

Z zewnątrz wyglądało interesująco z daleka (przez widoczną zaraz po wyjściu z metra wielką wieżę pagody świątyni Longhua – niestety nieudostępnioną do zwiedzania ze względów konserwatorskich), z bliska już trochę gorzej, ponieważ podwórko wokół świątyni było w trakcie jakiejś przebudowy poprzecinane jakimiś ściankami, płotami i stertami gruzu i bloczków betonowych… Jak skończą, będzie pięknie, na razie – placu budowy.

Podobnie jak większość innych interesujących turystycznie miejsc w Szanghaju, świątynia jest udostępniona do odwiedzania od rana do godziny 17-tej.

tabliczka

Podobnie jak większość innych interesujących turystycznie miejsc w Szanghaju, świątynia jest udostępniona do odwiedzania od rana do godziny 17-tej. Bilet kosztował mnie jedyne 10 RNB (równowartość około 6 PLN), co było miłą niespodzianką, ponieważ bilet do świątyni Jingan Temple kosztował w tym samym czasie 50 RNB, podobnie jak i do Szanghajskiego Muzeum, (tak, do świątyń w Chinach kupuje się wejściówki, nawet jeśli jest się wyznawcą danej religii. Pisałem już o tym przy okazji innej wizyty. Zasada jest prosta – chcesz wejść, kup bilet).

Jedna ze świątynnych kadzielnic

Jedna ze świątynnych kadzielnic

Kupno biletu upoważnia nas do pobrania paczuszki kadzidełek, które można odpalić w świątyni lub… zabrać ze sobą. W niewielkim sklepiku, zaraz za bramą wejściową, jest też możliwość dokupienia większej ilości kadzidełek, w różnych rozmiarach. To tak na wypadek, gdyby komuś darmowy zestaw wydawał się zbyt małą ofiarą dla świątynnych bóstw.

general

Choć w niektórych budynkach posągi mają groźne miny…

dziecko

…to świątynnych progów nie obawiają się nawet dzieci :)

Jak już wspominałem, historia budynku sięga III wieku. Zabudowania świątynne w przeszłości były wielokrotnie niszczone i większość z istniejących dzisiaj pochodzi z czasów cesarza Guangxu z dynastii Qing, czyli z czasów zbliżonych do epoki Mieszka I i chrztu Polski. Najstarszym elementem zabudowań jest witająca gości wieża pagody, ale też jest chyba jedynym niedostępnym do zwiedzania. Natomiast już za murami mamy kilka budynków – każdy poświęcony odmiennemu bóstwu czy też jakiejś inkarnacji Buddy. Czasem można spotkać mnichów przemykających w ciszy między zabudowaniami lub piszących coś na skrawkach papieru (modlitwy, dobre życzenia?). Na większości ołtarzy kwiaty i ofiary z jedzenia.

mniszka

Odwiedzający modlą się, przechodząc z jednego pawilonu do drugiego. Zazwyczaj każdy ma jakiś „ulubiony”, w którym zatrzymuje się na dłużej, aby podziękować za coś lub o coś poprosić.

Na terenie zabudowań świątynnych jest też sklepik z pamiątkami i… świątynna stołówka, w której strudzony pielgrzym może zjeść posiłek i pokrzepić się herbatą, a następnie ruszyć ze świątynnego zacisza w głąb dżungli 25- milionowego miasta wieżowców, jakim jest Szanghaj.

Powiązane wpisy:

Randka w Szanghajskim parku – opis wcześniejszego dnia pobytu w mieście.

Kraina smogu i herbaty – Szanghaj – relacja z jednej z wcześniejszych wizyt w Szanghaju

 

Jaja herbaciane

Jaja herbaciane lokalna szanghajska potrawa. Często są mylone z „jajami stuletnimi” jednak ich przygotowanie jest o wiele prostsze, a i smak dla Europejczyka bardziej do zaakceptowania. Są to jaja kurze ugotowane na twardo przyprawione anyżem, czarną herbatą i sosem sojowym.
Sposób przygotowania powoduje powstanie ciekawego biało-brązowego marmurkowego wzoru na jajkach, dzięki któremu mają też drugą nazwę „jaja marmurkowe”. Podawane są najczęściej jako zimna przekąska, pocięte na ćwiartki. Składniki:
4-6 jaj kurzych

Wywar do gotowania jaj:
2-3 łyżki mocnej czarnej herbaty (może być chińska jak macie żeby nadać autentyczności daniu)
2 łyżki sosu sojowego, może być zarówno jasny jak i ciemny
1 łyżka cukru
1-3 gwiazdki anyżu gwiazdkowatego
1 mała laska cynamonu
3 plasterki imbiru, zmiażdżone
Przygotowanie:
1. Umieścić jajka w garnku z zimną wodą (powinny być całe zakryte), Następnie gotować na wolnym ogniu przez 2-4 minuty.
2. Wyjąć jajka. Opukać je delikatnie tak żeby lekko popękały (nie za mocno) i włożyć znów do garnka.
3. Dodać pozostałe składniki i wymieszać. Przykryć i gotować na wolnym ogniu przez ok. 3 godziny, dolewając wody jeśli odparuje (powinna je cały czas zakrywać). Wyjąć, obrać i podawać pokrojone (można je ozdobić jakąś zieleniną, listkiem mięty czy bazylii).

Ulotna Kaligrafia

Yuyuan Garden – Szanghaj – cz.2

Piękna perełka starej chińskiej architektury. Dojedziesz tam bez kłopotu jedną z linii metra. Linia numer 10 ma nawet przystanek o nazwie Yuyuan Garden z którego do ogrodów jest około 200 metrów spacerkiem. Sam ogród można podzielić na dwie strefy. Jedna to pełna sklepików, restauracji i herbaciarni część handlowa.

Herbaciarnie i sklepiki

Budynki w starym chińskim stylu, aczkolwiek wszystko nastawione na turystę – czy to białego, czy żółtego spoza Szanghaju. Jeśli chcesz kupić pamiątki tu będziesz miał ich lawinę.

Wnętrza ogrodów

Wejście do „strefy zewnętrznej” bezpłatne. Można narobić sobie wiele ciekawych zdjęć na tle starych herbaciarni. Strefa druga jest jakby wewnątrz tego wielkiego kramu. Są tam naprawdę stare, zabytkowe budynki, wszystko pięknie zdobione, a pomiędzy budynkami właśnie Yuyuan Garden, czyli piękne ogrody, krzewy z dopasowanymi formacjami skałek, tworzące zjawiskową całość. Raj dla miłośników sztuki chińskiej. Okazja do uzupełnienia swego albumu z podróży o naprawdę piękne zdjęcia. Wstęp w 2014 z tego, co pamiętam – 30 RNB.

UWAGA! Nie daj się namówić na herbatę przez życzliwego Chińczyka. To klasyczny numer w Szanghaju. Chińczyk (lub para młodych Chińczyków, jak było w moim przypadku) zaczepia Cię i namawia na wspólną wizytę w herbaciarni, na targu, festiwalu. Wszystko wskazuje na to, że jest to rodzaj jakiejś regionalnej promocji herbat, gdzie można delektować się nimi za darmo. Finalnie trafiasz z miejscowymi do jakiejś herbaciarni, pijesz 4-5 małych filiżaneczek herbaty… a na koniec dostajesz astronomiczny rachunek, za który kupiłbyś kilka paczek najlepszej herbaty, a nie wypił 4 filiżaneczki. Niestety, jesteś w jakiejś restauracji, o której nic nie wiesz z 2-3 tubylcami, których znasz od 5 minut (nie wiesz też, czy jest ktoś w innych pokojach), czasem nawet możesz nie być pewny drogi powrotnej, bo prowadzili Cię miejscowi. Finalnie to, co miało być ciekawym doświadczeniem, okazuje się być jedną z droższych herbat w Twoim życiu z dodatkiem sporej porcji stresu. Czytaj dalej

Kraina smogu i herbaty – Szanghaj – cz.1

Z wizytą w „starym” Szanghaju.

Szanghaj jest jednym z największych miast Chin. Dla przeciętnego Europejczyka Szanghaj i Pekin to Chiny. Tam zaczyna się większość wycieczek, a czasem zaczyna i kończy. Prawdziwe Chiny są dalej… tam, gdzie praktycznie nikt nie mówi po angielsku, a miejscowi wciąż chcą robić sobie z Tobą zdjęcia, niczym dzieci z białym misiem w naszych Tatrach.

Jednak, skoro większość pierwszych kontaktów z Chinami zdarza się w Szanghaju  i Pekinie, to i od jednego z tych miejsc zacznę.

Szanghaj – jeśli jedziesz na zorganizowaną wycieczkę, nie masz wpływu na to, gdzie wylądujesz. Jeśli już jednak sam organizujesz wyjazd, zastanów się nad wyborem lotniska, bo Shanghai ma dwa. Pudong (to do tego lotniska jest kierowana większość lotów wycieczkowych z Europy) i Hongqiao. Warto sprawdzić na mapie, do którego z lotnisk będzie bliżej z hotelu, w którym masz rezerwację. Może to zaoszczędzić nawet 2-3 h drogi taksówką. Szczególnie ważne może się to okazać podczas drogi powrotnej do domu (Europy). Zapewniam Cię, że gnając na samolot ucieszysz się z lotniska blisko hotelu szczególne, że w Chinach uliczne korki są codziennością.

Szanghaj jest też bardzo dobrze skomunikowany siecią linii metra. Metro jest niedrogie, a przy tym okazuje się nie raz być jednym z szybszych środków lokomocji w tej metropolii. Na każdej stacji jest dużo automatów. Sugeruję posiadanie zarówno banknotów, jak i monet, ponieważ są dwa typy automatów   z biletami do metra. Jeden typ przyjmuje tylko monety, a to, że na każdej stacji jest dużo automatów biletowych nie znaczy, że wszystkie są czynne. Czasem złośliwie działają tylko te na monety, a Ty masz portfel pełen chińskich banknotów… Z dobrych wieści – obsługa automatu biletowego możliwa w języku chińskim… i angielskim.

Hoteli jest tu mnóstwo – od takich, które kosztują po 1000 zł za dobę, po tanie hoteliki za mniej niż 100 złotych. Pamiętaj jednak, im taniej, tym mniejsza szansa na to, że obsługa mówi po angielsku, a w hotelu zamówisz kawę. Raz miałem przyjemność nocować w chińskim hotelu, w którym rzadko goszczą Europejczyków. Takie miejsce zapewnia niepowtarzalne wrażenia już od momentu, w którym próbujesz się doprosić klucza i numeru pokoju na recepcji.  W Chinach, jak chyba w większości krajów komunistycznych czy postkomunistycznych, kwitnie biurokracja. Twoje dane muszą być milion razy zapisane, potwierdzone i sprawdzone. W hotelu jest podobnie. Zazwyczaj przybycie na recepcję hotelową wiąże się z wypełnieniem jakiegoś sporego druczku, kserowaniem paszportu itp. Pół biedy, jeśli druczek jest po angielsku, albo tym językiem włada obsługa. Gorzej, gdy jedyne słowo w obcym języku, jakie są w stanie powiedzieć pracownicy, to „Hello”. Nagle okazuje się, że „check in” i „check out” to długa podróż w nieznane.

Jesteśmy już na miejscu. Zwiedzanie czas zacząć. Na początek… odradzam taksówki i polecam metro. Powody jak wcześniej – taniej i szybciej. Do tego 99% taksówkarzy nie mówi po angielsku, więc musisz mieć napisany adres docelowy po chińsku (krzakami) i wierzyć, że dowiozą Cię, gdzie chcesz i najkrótszą trasą.    Z doświadczenia wiem, że taka wiara bywa często kruszona przez rzeczywistość Szanghaju .

Tym razem turystyczne minimum (przy założeniu, że masz mało czasu, a chcesz poczuć klimat Chin…) Zaczniemy od buddyjskiej świątyni.

Jingan Temple

Jingan Temple - wejście do świątyni

Jingan Temple – wejście do świątyni

– dobry dojazd linią metra, która dociera praktycznie do samej świątyni. Przejść trzeba ok. 50-100 m w zależności od tego, którym wyjściem z metra się wydostaniemy.

Wejściówka – 50 RNB (niestety za kontakt z buddyzmem trzeba płacić ). Wewnątrz mnóstwo turystów (buddystów?) i spora garść mnichów modlących się  i odprawiających jakieś obrzędy w różnych salach.

65664_4122280070168_1275391909_n

Nadal zastanawia mnie ta wejściówka, bo normalnie odbywały się tam jakieś ceremonie odprawiane przez mnichów z uczestniczącymi wiernymi. Czyżby tam wszyscy musieli płacić za wejście? Nawet, jeśli są buddystami i chcą się tylko pomodlić? Budynek piękny, wszechobecny zapach kadzideł, kilka pięter i wiele sal bogato zdobionych rzeźbami i obrazami. Co jakiś czas grupa mnichów przechodzi dziedzińcem z bębenkami i dzwonkami, na przemian odmawiając słowa modlitwy i zastygając w ciszy i bezruchu. Wszystko to w środku wielkiego Szanghaju. Wystarczy unieść głowę w górę ponad mur otaczający dziedziniec, by zobaczyć wszechobecne wieżowce. Wrażenie ciekawe, przynajmniej za pierwszym razem, bo gdy byłem w tej świątyni trzeci raz, to ten spacerek łysych mnichów z dzwonkami   i bębenkami, w połączeniu z ich zawodzeniem, robił już mniejsze wrażenie, a nawet wyglądał na taką popelinę pod publiczkę, która zapłaciła 50 RNB. Z drugiej strony, czemu nie. W końcu my też mamy w Polsce procesje, na przykład na Boże Ciało, a za bilet nieoficjalnie rzuca się na tacę…

532689_4122328911389_1111439301_nNa dziedzińcu świątyni przed wyjściem polecam zakup miejscowych kadzidełek. Mają jeden rodzaj, więc nie trzeba się zastanawiać nad wyborem, a koszt – symboliczne 1 RNB.