Archiwa tagu: park

Chińskie Parki – czyli rozrywka dla ludu

Tym razem ciekawostka lokalna, którą można zobaczyć o każdej porze. Codziennie wygląda inaczej, a do tego praktycznie jest bezkosztowa. Chińskie parki.
Zacząć trzeba od faktu, że parki w kraju środka mają kompletnie inną specyfikę, niż ich odpowiedniki w Polsce. Po pierwsze są zadbane. Codziennie oddziały ekip, zajmujących się czystością, zielenią i drobnymi naprawami, działają na ich terenie. Dzięki ich ciągłej pracy nie ma tam połamanych ławek czy spalonego śmietnika. Po drugie, śmietnika nikt by się nie odważył spalić czy połamać ławki, bo każdą ławkę obserwują tu średnio 2 kamery. :D
Po trzecie, profil odwiedzających te miejsca jest całkiem inny niż u nas. W Polsce generalnie mamy trzy typy „parkowiczów”:
1. Właściciele psów obsrywających park (od jakiegoś czasu coraz częściej wyposażonych w foliowe woreczki).
2. Zakochane pary (zazwyczaj są to nastolatki bez mety, próbujące na ławce zaopiekować się drugą bazą i obśliniające się przy tym skuteczniej, niż psiaki spacerujące po parku, z typu pierwszego, wspomnianego powyżej).
3. No i ostatnia grupa – rodzice z dziećmi. Zazwyczaj pojawiają się jedynie w parkach posiadających jakieś instalacje rozrywkowe typu huśtawki, ślizgawki.
Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że jest to duże uogólnienie, bo pojawia się jeszcze szereg innych typów, jak na przykład winopij ławkowy czy ostatnio coraz modniejszy biegacz poranny lub wieczorny, a czasem nawet stadny. Jednak podstawowymi grupami zaludniającymi parki są te trzy wymienione wcześniej. Generalnie, nic wartego uwagi, no może poza pierwszą grupą, bo w ich przypadku, (tych bez foliowych woreczków), trzeba uważać na pozostałości po spacerującym sierściuchu.
Jak sytuacja wygląda w Chinach? Stan „techniczny” parków, o którym już wspominałem, a którego my możemy tylko Chińczykom pozazdrościć, jest tylko pierwszą różnicą. Na co dzień dziesiątki, a w przypadku dużych parków setki, jeśli nie nawet tysiące osób dziennie, odwiedzają parki. Po co? Żeby się rozwijać. Chińczycy traktują parki miejskie jako punkt spotkań towarzyskich, klub sportowy, szkołę tańca i dom kultury. W ciągu dnia zobaczysz tu przeróżne aktywności w ich wykonaniu.
Klasyka Chin, czyli Kung-Fu i Tai-Chi w różnych stylach i odmianach.

Mieszkańcy ćwiczą je w parkach samotnie, dwójkami, rodzinami lub całymi grupami. Wiek nie gra tu roli. Ciekawe jest to, że jeśli jakiś Chińczyk zaczyna ćwiczyć Tai-Chi w parku i widać, że wie, co robi (czyli ma jakieś umiejętności), to często po chwili dołączają się do niego inni, powtarzając za nim wykonywane ćwiczenia. Po kilku godzinach „samotny mistrz” może stać się opiekunem sporej trzódki uczniów.

kung-fu

Trening Kung Fu w szanghajskim parku

Kolejna aktywność to wszelkiej maści tańce, wykonywane zazwyczaj przez grupy starszych wiekiem Chińczyków. Tańce przeróżne – począwszy od ludowych, folkowych z chińskimi wachlarzami, poprzez coś, co wygląda jak klasyczny walczyk „na trzy”, tylko w rytm chińskiego disco polo, a skończywszy na jakiś tanecznych formach aerobowych, zbliżonych do Zumby. Tu już grupy są zorganizowane i zazwyczaj duże – minimum 10-15 osób.
Kolejny „sport” to wszelkiego rodzaju chińskie gry planszowe. Tu zazwyczaj mamy dwóch graczy, plus grupkę kibiców, obserwujących każdy mozolny ruch na planszy.

gry

gry parkowe

Ciekawą formą aktywności jest weekendowe puszczanie latawców. Jeśli tylko pogoda jest ładna (odrobina słoneczka plus wiaterek), parkowe łąki są oblegane przez całe dziesiątki Azjatów, puszczających latawce. Przychodzą wtedy pojedynczo, parami, a nawet całymi rodzinami, robiąc sobie równocześnie piknik. Ci, którzy nie mają sprzętu latającego, mogą zaopatrzyć się w niego na miejscu, ponieważ wraz z pogodą pojawiają się w parku (niczym grzyby po deszczu) sprzedawcy latawców.

latawce

Latawce

Dodatkowo można tam, szczególnie wieczorami, spotkać muzyków. Najliczniej reprezentowani są przedstawiciele muzyki lokalnej, tzn. osoby grające na wszelkiego rodzaju chińskich tradycyjnych instrumentach. Czasem zaszywają się gdzieś w kącie i ich obecność można tylko usłyszeć zza krzewów i płotków. Ci bardziej ekstrawertyczni siadają w widocznym punkcie, gromadząc tłumek gapiów-słuchaczy.

Interesującym widokiem są też parkowi mistrzowie kaligrafii, którzy na chodnikach piszą jakieś sentencje, przysłowia czy cytaty z czerwonej książeczki Mao. Używają do tego specjalnych pędzli i… wody. Piękno ich kaligrafii jest przez to bardziej ulotne i poetyckie. Chińskie znaki z początku napisu przy dłuższym cytacie potrafią zniknąć, zanim mistrz kaligrafii ukończy pisanie.

Ulotna kaligrafia

Ulotna kaligrafia

Jak więc widać, chiński park może zapewnić atrakcje nawet na cały dzień. Sam z jego uroków korzystałem czasem w weekendy, kiedy nie miałem jakichś specjalnych planów na dzień i zwiedzanie. Czas spędzany w parku mijał szybko, miło i relaksująco. Do tego praktycznie bezkosztowo. Jednocześnie tubylcy nie mają nic przeciwko przyglądaniu się ich działaniom, a nawet zachęcają do tego, żeby się przyłączyć do nich w tańcu czy ćwiczeniu Tai-Chi.
Aby się jakoś odwdzięczyć za możliwość korzystania z darmowych atrakcji, można skorzystać z wyciskarki bambusa (polecam). Często przy ładnej pogodzie przed wejściami do parku pojawiają się 1-2 osobowe ekipy z przenośną praską, za pomocą której wyciskają sok z bambusa. Jest on bardzo orzeźwiający i jednocześnie niewiarygodnie słodki.

Sok z bambusa

Sok z bambusa

Coś, jak nasza tradycyjna wata cukrowa na festynach, tylko zdrowsze. Byle nie przyglądać się maszynie, zazwyczaj zardzewiałej i wyglądającej, jakby pamiętała czasy rewolucji w Chinach. Idealne zakończenie dnia spędzonego w chińskim parku, miejscu pełnym rozrywki dla ludu… :)