Archiwa tagu: herbata

Changsha – herbaciana ruletka

W marcu miała miejsce moja kolejna wyprawa do Chin. Lot z Lufthansą do Pekinu, potem lokalnymi liniami Air China do Changsha.

Air China czeka na start

Air China czeka na start

W sumie wyjazd z domu w niedzielę po 10 rano i lądowanie po południu dnia następnego.
Pracy na miejscu było niestety tak dużo, że poza wieczornym wypadem na szybką kolację, niewiele mogłem zobaczyć. Trochę szkoda, bo Changsha ma wiele do zaoferowania, mimo iż nie jest miastem rozmiaru Pekinu czy Szanghaju. O niedalekim muzeum Mao Tse Tunga czy starożytnym uniwersytecie Yuelu Academy już pisałem, jednak to nie jedyne atrakcje prowincji Hunan. Warto wspomnieć choćby o malowniczych górach, które były scenografią do zdjęć w filmie Avatar.
Miejscowi ponownie zabrali nas na kolację do restauracji. Jedzenie w Chinach jest dla mnie rozrywką równie atrakcyjną jak zwiedzanie muzeów, obiektów historycznych, takich jak świątynie czy innych zabytków.
Tym razem również trafiliśmy do restauracji w tradycyjnym chińskim stylu, gdzie pojawia się czasem „kelner” nalewający herbatę w stylu Kung-fu. Jego sprawność, a szczególnie celność (ani razu nie uronił choćby kropli) robi niesamowite wrażenie. Do tego w trakcie nalewania herbaty wykrzykuje po chińsku jakieś dobre życzenia. Takie skrzyżowanie kelnera, akrobaty i ciastka z wróżbą.

Ostatniego dnia pobytu w Changsha wybrałem się na wieczorny spacer po mieście. Generalnie wyrwałem się z hotelu w poszukiwaniu jedzenia i okazji do ciekawych zdjęć.
Niestety Phoenix hotel, w którym nocowałem, może i oferuje posiłki, ale są one w cenie mocno nadwerężającej kieszeń, zaś w pobliżu nie ma nic poza sklepem warzywnym i małym supermarketem, który jest zamykany dość wcześnie, a w którym można kupić co najwyżej chińskie zupki (chińskie zupki made in China dość mocno odbiegają od standardu smakowego „chińskich” zupek sprzedawanych w Polsce).
Ruszyłem więc w miasto, a dokładnie do centrum handlowego oddalonego o około 30-40 minut marszu, w którym jest supermarket i sporo restauracji i barów. W tym klasyka na skalę światową czyli KFC.
Jednak w drodze do fastfood’u zauważyłem niewielki sklepik-herbaciarnię z wystrojem w tradycyjnym chińskim stylu. Z pewną nutką niepewności, wynikającą z mych wcześniejszych przygód w Szanghaju, wszedłem do środka.
Wewnątrz był jeden pan nie mówiący ani słowa po angielsku, małe łóżeczko ze śpiącym dzieckiem, tak na oko niespełna rocznym oraz półki pełne herbat.

Plan miałem prosty – porobić zdjęcia, bo wystrój herbaciarni był dość ładny i wyjść, nie dając się naciągnąć na żadną herbatę. Pan był bardzo uprzejmy, uśmiechał się, coś tam mówił po swojemu. W pewnym momencie zaczął wołać mnie do stoliczka, na którym stały niewielki czajniczek i kubeczki.
– O nie, nie… Już raz na degustację dałem się namówić, nie jestem zainteresowany konsumpcją.
Sprzedawca chyba widział na mojej twarzy obawy i zaczął pokazywać na migi, że to za darmo, tylko do spróbowania.
No i co zrobiłem? Odpowiedzialnie i rozsądnie wyszedłem? …Taaaak.
Już po chwili siedziałem przy stoliku i patrzyłem, jak mistrz herbaty rozprawia się z czajniczkiem i kubeczkami. Przelewa, wlewa i nalewa celebrując każdy ruch…

Kolejny raz, dzięki ciekawości silniejszej od rozumu, miałem okazję popatrzeć, jak wygląda zaparzanie herbaty. Tym razem w Changsha w południowo centralnych Chinach. Z nowo poznanym znajomym rozstaliśmy się serdecznym uściskiem dłoni i uniwersalnymi w każdym języku uśmiechami.
Po raz kolejny sprawdziła się zasada, której nauczyłem się w Szanghaju – Jeśli nieznani Chińczycy sami zaczepiają cię, mówią dobrze po angielsku i są mili, to na 95% próba wyłudzenia. Mistrz herbaty z Changsha nie mówił nawet słowa po angielsku… :)

Jeśli nieznani Chińczycy sami zaczepiają cię, mówią dobrze po angielsku i są mili, to na 95% próba wyłudzenia.

W rewanżu w drodze powrotnej zaszedłem do jego sklepu, z zabawką dla malucha kupioną w centrum handlowym, co przypieczętowało naszą międzykontynentalną znajomość i przyjaźń polsko-chińską.
Następnego dnia miałem lot do kolejnego miasta. Tym razem znów Szanghaj.
Lotnisko w Changsha, zamieszanie, setki, tysiące pasażerów i utrudniony kontakt z kimkolwiek… Angielski nie jest mocną stroną małych lotnisk w Chinach. W dodatku co chwila zmieniano numery lotów i bramek.

Changsha - lotnisko

Changsha – lotnisko

Szybki około dwugodzinny lot liniami regionalnymi Juneyao Airlines. W trakcie lotu do dyspozycji pasażerów wafel ryżowy i mała woda mineralna w ramach posiłku.
Sam samolot w dobrym stanie, obsługa uprzejma, lądowanie także bez problemów – łagodnie jak po sznurku. Generalnie lot z Juneyao Airlines na plus, choć ten wafel… ;)

Herbatka po chińsku, czyli kiedy uważać na zaproszenia.

We wpisie o Szanghaju wspomniałem o próbach oszustwa. Żeby jasno przedstawić misterny plan zaradnych Azjatów, tu opiszę ze szczegółami metodę, jaką próbowali na mnie zastosować i sposób, w jaki sobie z nią poradziłem.

Mankamentem wyjazdów zawodowych do dalekich krajów jest praca od poniedziałku do piątku, nie raz po 10/12h na dzień. Na zakupy, zwiedzanie i relaks zazwyczaj zostaje weekend. Tego dnia była akurat sobota i nie miałem żadnych specjalnych planów związanych z pracą czy przelotem do innego miasta, więc zaplanowałem sobie zwiedzanie. Wybrałem się do Yuyuan Garden, o którego urodzie się nasłuchałem wcześniej. Wypełzłem z czeluści szanghajskiego metra i zacząłem się rozglądać w celu złapania kierunku, w którym powinienem się udać. Nie było to specjalnie trudneDSCN5393.
Już miałem ruszyć dziarsko, gdy zaczepiła mnie jakaś para młodych Chińczyków. Zagadnęli po angielsku, czy nie zrobiłbym im zdjęcia ich telefonem. Chcąc być sympatycznym białasem, chwyciłem za chińskiego smartfona i cyknąłem im dwie fotki na rogu skrzyżowania. Ucieszeni moją chęcią współpracy (samotny jeleń sam się wystawia), kontynuowali rozmowę. Spytali, skąd jestem, co robię w Chinach. Ja zaś, kontynuując politykę otwartych drzwi, wyśpiewałem miłym Azjatom pół życiorysu. Że Polak, że do pracy przyjechałem i że idę zwiedzać YYG (Yuyuan Garden). Oni się odwzajemnili swoją opowieścią. Okazało się, że są parą studentów z innego miasta (tak, oni też byli obcy w Szanghaju, jak wiele nas łączyło, trzeba zwabić jelenia, a podobieństwa są dobrą przynętą). Ona studiowała historię Chin, a on zarządzanie. Mieli iść na bardzo popularny festiwal herbaty, który się odbywa niedaleko. Jako że są biednymi studentami, to wyszukują sobie tanich atrakcji. Chwilę pogadaliśmy i już miałem iść, gdy nagle zmartwili się i spytali, czy wiem, że teraz w YYG jest godzinna przerwa obiadowa? Zgodnie z prawdą odparłem, że nie wiem. Wtedy oni w swej serdeczności zaproponowali mi, że skoro już wiem, to mogę tę godzinę spędzić z nimi na festiwalu herbaty, który jest niedaleko, a potem zaprowadzą mnie do YYG. Jak tu nie skorzystać z tak miłej oferty? Poszedłem.

Przeszliśmy przez ulicę szybkim marszem (może z 300 metrów) i skręciłem z nimi w boczną uliczkę. Całą drogę wesoło rozmawialiśmy, komplementując wzajemnie swoją znajomość angielskiego (zwierzyna musi być zdezorientowana i nie widzieć gdzie biegnie).
Weszliśmy drzwiami do niewielkiego pomieszczenia. Wewnątrz dwie Chinki ubrane w stroje ludowe, wszędzie czajniczki, herbaty, dużo dekoracji w tradycyjnym stylu. Samo pomieszczenie niewielkie. Jakieś dwoje drzwi na tyły. Idziemy jednymi, prowadzeni przez wystrojoną Chinkę do jeszcze mniejszego pokoiku bez okien. Zdezorientowany wielkością herbaciarni spytałem, czy nie idziemy na festiwal herbat, który raczej kojarzył mi się z dużą halą wystawową lub choćby otwartym placem w formie targowiska. Moi przyjaciele studenci uspokoili mnie mówiąc, że to taka forma festiwalu, że chodzi się po wielu małych rodzinnych herbaciarniach na tej ulicy i degustuje. To mnie uspokoiło i zacząłem delektować się atmosferą lokalu i herbatami. Pani opowiadała po chińsku, moi nowi przyjaciele tłumaczyli. Wypiliśmy w ten sposób po cztery małe filiżaneczki (każda z inną herbatą). Trwało to z 30 minut. Studenci powiedzieli, że dla nich już wystarczy, bo oni są tylko biednymi studentami (nie no, czym oni się martwią, przecież to festiwal…). Pani herbaciarka wyjęła jakąś kartkę i zaczęła liczyć i liczyć. Po chwili pokazała z uśmiechem kartkę ze skomplikowanym wyliczeniem, na której było napisane około 1500 RNB. Czekałem aż przyjaciele mi przetłumaczą, spodziewając się np. wiadomości, że herbaciarnia ma takie dochody roczne, albo że na półkach mają najdroższą herbatę w tej cenie. Studenci powiedzieli z zatroskanymi twarzami, że tyle wyszło za degustację, ale żebym się nie martwił, oni będą płacili za siebie, więc kwota jest do podzielenia na trzy. Wtedy zapaliły mi się w głowie wszelkie czerwone światełka i neony z napisami „wałek”, „kant”. Zacząłem mówić, że nie spodziewałem się, że degustacje na festiwalach są płatne, że w cywilizowanych krajach tak nie jest, że cennik powinna herbaciarka pokazać na początku wizyty itp. Jednak studenci pobłażliwie się uśmiechali już nie tłumacząc Chince, która uśmiechała się promiennie, trzymając wyliczenia w dłoni. Moi przyjaciele zaczęli sięgać do portfeli i odliczać gotówkę. Świadom tego, że mam w portfelu tylko jakieś 150 RNB i 50 euro, których nie chciałem się pozbywać mówię, że nie mam tyle. Na to studenci, że mogę zapłacić euro albo dolarami, a jak chcę, to mogą mnie zaprowadzić do bankomatu.
Chodzić z nimi nie miałem ochoty nigdzie, a szarpać się i próbować wyjść „na siłę” również nie wydawało mi się najlepszym pomysłem. Szczególnie, że nie wiedziałem, ile osób jest w tej herbaciarni w innych pomieszczeniach. Skończyło się na tym, że herbaciarce oddałem 50 euro +30 RNB, czyniąc wypite 4 filiżanki najdroższą herbatą w życiu. Z wdzięczności herbaciarka dała mi na drogę próbkę herbaty zwiniętej w małe kulki (jakiś specyficzny rodzaj dwóch herbat zwijanych w kuleczkę), oraz chiński wisiorek „na szczęście”, który przyjacielscy studenci zaraz zamocowali mi na torbie aparatu fotograficznego. Wściekły jak Messerschmitt nad Londynem i rozczarowany społeczeństwem całych Chin chciałem wyjść jak najszybciej. Studenci uśmiechnięci i weseli zaproponowali, że teraz mnie odprowadzą do YYG, z czego też nie omieszkałem skorzystać, bo uznałem, że mimo iż dałem się zrobić w jelenia, to YYG nadal chciałbym zobaczyć. Zaprowadzili mnie na miejsce, po czym się pożegnali i zniknęli w tłumie.
Kilka pierwszych minut błąkałem się po Yuyuan Garden, starając uspokoić skołatane nerwy. W pewnej chwili podszedł do mnie starszy Chińczyk z plakietką na piersi „przewodnik”. Przedstawił się jako wolontariusz oprowadzający turystów po ogrodach i zaczął opowiadać o pobliskich budynkach. Nauczony doświadczeniem sprzed kilkunastu minut nie miałem ochoty na bliższe kontakty z kolejnym sympatycznym Azjatą. Potraktowałem go dość oschle, dając do zrozumienia, że nie jestem zainteresowany. W pewnej chwili spojrzał na mój aparat fotograficzny, przy którym zawieszony miałem czerwony dzyndzel „na szczęście” z herbaciarni. Spytał, czy spotkałem młodych studentów, którzy zaprosili mnie na herbatę. Skamieniałem, oczy powiększyły mi się jak wilkowi na widok babci i z nastawieniem „zaraz komuś przypier…” potwierdziłem. Tak spotkałem. Na to wolontariusz, że to źli ludzie, którzy naciągają turystów na pieniądze. Dziś i wczoraj spotkał już kilka osób oszukanych przez nich.

DSCN6873

Upominek „na szczęście” dla jelenia.

Natomiast te czerwone wisiorki „na szczęście” dają oszukanym turystom, żeby nie próbować z nimi drugi raz tej samej sztuczki. Zresztą takich grup „studentów” jest w okolicy więcej niż jedna, stąd to oznakowanie ofiar. Podziękowałem staruszkowi za informację i za oprowadzenie po zewnętrznej części YYG, po czym już sam zwiedziłem część wewnętrzną, jednocześnie knując już na spokojnie, jak tu wyrolować cwanych Chińczyków.
Skończywszy zwiedzanie YYG, wybrałem się ponownie w okolice herbaciarni (plan już był). Samo znalezienie tego miejsca nie było łatwe, musiałem chyba ze dwa razy obejść ulicę, ponieważ wejście było jednym z wielu w uliczce, a w czasie drogi na „festiwal”, gdy byłem prowadzony przez miłych „studentów”, skutecznie mnie zagadywali, więc nie zwracałem uwagi na okolicę. W końcu namierzyłem wejście i z pewnej odległości zrobiłem kilka zdjęć. Bogatszy o kilka fotek tej ekskluzywnej herbaciarni ruszyłem w kierunku YYG, bo tam widziałem patrole policji, którym chciałem zareklamować herbaciarnię.

DSCN5434

Wejście do Herbaciarni „ukryte” za wieszakiem, z widocznym na chodniku managerem (w zielonej kurteczce)

Nie uszedłem 20 metrów, gdy podbiegł do mnie Azjata, który wcześniej błąkał się bez celu po fotografowanej ulicy. Przedstawił się jako manager herbaciarni i spytał, czy chcę kupić u niego herbatę. Odpowiedziałem, starając się być jak najbardziej miły, że przed chwilą byłem w jego lokalu i piłem pyszne herbaty. I że robię właśnie zdjęcia, żeby przyjść z przyjaciółmi, bo może oni będą chcieli też spróbować herbat lub je kupić. Generalnie podziękowałem mu uprzejmie, starając się wyglądać przy tym na szczęśliwego turystę. Dotarłem do YYG (około 10 minut od herbaciarni) i znalazłem patrol policji. Po kilku minutach rozmowy (i pokazywania zdjęć) policjant, który mówił po angielsku powiedział, że oni nie mogą mi pomóc, bo mają teraz inne zadanie, ale zadzwoni po inny radiowóz i tamci mi pomogą. Pogadał przez krótkofalówkę i kazał mi czekać w tym miejscu na drugi patrol. Czekałem koło 15 minut (co mnie nie dziwiło, bo w Szanghaju już widziałem karetkę na sygnale stojącą w korku przez dość długi czas). Po kwadransie pojawił się… nie, nie patrol policji, tylko student. Spytał, co tam u mnie i czy podobały mi się YYG, i czy jestem zadowolony…
-A z czego mam być zadowolony? Przecież mnie oszukaliście. Czekam na policję, żeby pokazać im waszą herbaciarnię, żebyście więcej innych nie okradali. Zapowietrzył się, zbladł i powiedział:
– To nieprawda, nikt cię nie okradł, jak jesteś niezadowolony, to mogę ci rabat załatwić w herbaciarni, bo znam jej managera.
Znudzony czekaniem na patrol stwierdziłem, że pomysł nie jest najgorszy. Powiedziałem:
– OK., jak mi oddacie 50 euro, to nie będę czekał na patrol.
– To chodź ze mną do managera, do herbaciarni..
Na to ja:
– O nie, raz już byłem i nie podobało mi się. Przynieś mi „rabat” tutaj, ja poczekam. Jak się pospieszysz, będziesz szybciej niż policja.
Student znikł w tłumie, zaś po 3 minutach pojawił się manager. Dla przypomnienia, do YYG z herbaciarni szło się około dziesięciu minut. Po krótkim targowaniu się oddał mi moje 50 euro, ja zaś jemu dałem 20 RNB, czyli w sumie pobyt w jego herbaciarni kosztował mnie 50 RNB – około 25 złotych. Jak na Szanghaj, cena znośna i do przyjęcia. Po ponownym przywitaniu się z banknotem 50 euro ruszyłem szybko do metra, żeby już nie kusić losu. W hotelu, dla zrelaksowania się po tej mało komfortowej przygodzie, zamówiłem lampkę wina i pijąc je, nie mogłem powstrzymać uśmiechu na twarzy. Chyba nawet mruknąłem do siebie pod nosem: -Wydymać chcieli mnie Chińczyki, mnie – POLAKA, hehehe…