Archiwa tagu: Azja

Jaja herbaciane

Jaja herbaciane lokalna szanghajska potrawa. Często są mylone z „jajami stuletnimi” jednak ich przygotowanie jest o wiele prostsze, a i smak dla Europejczyka bardziej do zaakceptowania. Są to jaja kurze ugotowane na twardo przyprawione anyżem, czarną herbatą i sosem sojowym.
Sposób przygotowania powoduje powstanie ciekawego biało-brązowego marmurkowego wzoru na jajkach, dzięki któremu mają też drugą nazwę „jaja marmurkowe”. Podawane są najczęściej jako zimna przekąska, pocięte na ćwiartki. Składniki:
4-6 jaj kurzych

Wywar do gotowania jaj:
2-3 łyżki mocnej czarnej herbaty (może być chińska jak macie żeby nadać autentyczności daniu)
2 łyżki sosu sojowego, może być zarówno jasny jak i ciemny
1 łyżka cukru
1-3 gwiazdki anyżu gwiazdkowatego
1 mała laska cynamonu
3 plasterki imbiru, zmiażdżone
Przygotowanie:
1. Umieścić jajka w garnku z zimną wodą (powinny być całe zakryte), Następnie gotować na wolnym ogniu przez 2-4 minuty.
2. Wyjąć jajka. Opukać je delikatnie tak żeby lekko popękały (nie za mocno) i włożyć znów do garnka.
3. Dodać pozostałe składniki i wymieszać. Przykryć i gotować na wolnym ogniu przez ok. 3 godziny, dolewając wody jeśli odparuje (powinna je cały czas zakrywać). Wyjąć, obrać i podawać pokrojone (można je ozdobić jakąś zieleniną, listkiem mięty czy bazylii).

Obiad patrzy na mnie smutno...

Jak zaskoczyły mnie Chiny.

Zanim pojawiłem się pierwszy raz w Chinach, nie doceniałem ich ogromu. Jakoś nigdy nie zwracałem uwagi na rozmiar tego kraju. Wiedziałem tylko, że jest i mieszkają tam „miliony małych Chińczyków”, więc musi to być spory kraj.

Jednak dopiero wizyta w Chinach pokazała mi ich wielkość. Kraj, w którym lokalnie samolotami lata się tak, jak u nas jeździ autobusem, bo jest to najwygodniejszy i czasem jedyny sensowny środek transportu do innej prowincji. Kraj, w którym droga w mieście ma tyle pasów i jest tak szeroka, jak nasze autostrady. Jest to miejsce, w którym osiedla wieżowców rosną do góry jak wieże dmuchanych zamków. Nie budynek po budynku, ale równocześnie. W tym samym czasie i tempie potrafią tu budować 20 wieżowców. Przy każdym z nich stoi żuraw i wre praca.

Jednak jednym z przyjemniejszych zaskoczeń była chińska kuchnia. To, co w Europie nam serwują tzw. chińskie bary to popłuczyny po chińskiej kuchni. W dodatku na własne życzenie, bo potrawy tam serwowane są sprzedawane pod gust mieszkańców Europy. Dlatego surówką do chińskiego dania kupionego w Polsce jest poszatkowana biała kapusta albo, jeśli bar trzyma fason, to jest to sałatka z kapusty „pekińskiej” żeby choć z nazwy być bliżej Chin.
Tymczasem, jak to wygląda w Chinach… Przede wszystkim różnorodność. Idąc na obiad czy kolację w Chinach przygotujmy się na mnogość potraw. Szczególnie, jeśli zostaliśmy zaproszeni przez gospodarzy. Potraw będzie co najmniej kilka, kilkanaście. Na każdym z półmisków danie dla 1-2 osób. Małe porcje?… Może i tak, ale nie przy kilkunastu potrawach. Cała sztuka polega na dzieleniu się i kosztowaniu każdej z nich.

Restauracja gotowa na gości - Changsha, Chiny

Restauracja gotowa na gości – Changsha, Chiny

Popularnym standardem są okrągłe stoły ze szklaną obrotową taflą, na której są poustawiane dania. Obracamy taki szklany stół, częstując się tym daniem, które akurat w danej chwili nas interesuje (nabierając pałeczkami odrobinę dania na swój talerz). Może nie zjemy jednej całej potrawy, ale za to zjemy ich… kilkanaście. Mamy dzięki temu niepowtarzalną okazję zapoznać się z wieloma różnymi smakami kuchni chińskiej podczas jednego posiłku.
Innym popularnym sposobem na wspólny posiłek w barze są tak zwane hot-pot’y. Zasada jest podobna, potraw także kilka do kilkunastu, jednak w większości są to dania surowe… mięso, warzywa. Zaś w lub na stole są specjalnie podgrzewane garnki z bulgoczącym wywarem, czasem jeden wspólny, a czasem dla każdej osoby przy stole indywidualne garnuszki. W tej wersji też bierze się po odrobinie potrawy z półmisków, tylko trzeba ją potem jeszcze sobie ugotować. Taka samoobsługa.

Wspólny gar do gotowania

Wspólny gar do gotowania

Ciekawostką jest też popularna u nich w wielu barach możliwość wybrania posiłku samodzielnie. Ktoś mógłby spytać, co w tym dziwnego? U nas też sami wybieramy, co chcemy zjeść. Tak, tylko u nas wybieram z menu, a tam często na parterze restauracji znajduje się mały sklep zoologiczny, w którym można spojrzeć pływającej dziarsko rybie w oczy, postukać żółwia w skorupę, albo obejrzeć szczypce kraba, a na koniec pokazać paluchem na akwarium i powiedzieć: „Tego chcę zjeść”. I za piętnaście minut masz nominowanego delikwenta podanego na talerzu.

Żywe menu

Żywe menu

kraby
Generalnie Polakowi ich jedzenie smakuje (i nie jest to tylko moje zdanie). Podstawowa różnica to to, że większość potraw jest bardziej pikantna. Czasami po prostu ostro przyprawiona, a czasem piekielnie pali w gardle. Same smaki bardzo różnorodne, wiele potraw regionalnych popularnych w obrębie danej prowincji. Są też prowincje znane z „kuchni” wyjątkowo pikantnej nawet jak na Chiny.

Jakie można spotkać najbardziej nietypowe potrawy?… Powiem tak, jadłem węża, smażone mrówki (smakiem przypominały lekko słone i mocno pokruszone chipsy). Ganiałem się po restauracyjnym stoliku z krewetkami (żywymi), nadziewanymi jak szaszłyk na drut, które złaziły z półmiska i trzeba je było samemu ubić gotując we wrzącym „rosołku”.
Miałem też okazję spróbować „100-letniego” jaja… i była to jedyna potrawa, której nie dałem rady przełknąć. Jajka te są w specjalny sposób preparowane w garnkach z wodą, ziołami, gliną, wapnem, solą, herbatą i innymi dodatkami. W takiej miksturze spędzają do 100 dni. W tym czasie dochodzi do naturalnego procesu „ścięcia” i samoistnego zakonserwowania się jajka dzięki temperaturze wytworzonej z reakcji z niegaszonym wapnem. Efekt wizualnie niesamowity… Białko w kolorze brązowo-żółtej galarety, a żółtko zielono-czarne.

100 letnie jaja

100 letnie jaja

Smród też, jak przystało na stuletni nabiał. Jajo można bardzo długo przechowywać dzięki tej metodzie przygotowania, jednak niezależnie od tego, jak szybko wyjmiemy je ze skorupki, smród zbliżony do amoniaku jest tak intensywny, że odbiera wszelkie chęci do konsumpcji. Można je jeść z sosem sojowym, jednak ja nie byłem w stanie tego przełknąć w wersji sauté. Wariacją na temat jajka jest szanghajskie jajko herbaciane, które jest już bardziej dopasowane smakowo do polskiego podniebienia.

Pomimo tych doświadczeń nadal jestem pewien, że kuchnia chińska może mnie zadziwić kolejną nieszablonową potrawą lub sposobem jej podania.
Już od pierwszej wizyty Chińczycy zaskoczyli mnie, gdy w małej knajpce na ulicy Szanghaju zamówiłem coś, co wyglądało na rosół, a podano mi go w sporej miseczce… z pałeczkami.
Dopiero mój błagalny wzrok, (w barze nikt nie mówił po angielsku), skierowany na pałeczki spowodował, że kucharz przyniósł mi ze śmiechem małą ceramiczną łyżeczkę.
Podobnie niespodzianką był dla mnie pierwszy raz widziany sklep, czy może raczej stragan mięsny. Takie połączenie rzeźni ze sklepem mięsnym, a wszystko pod chmurką. Ten widok przyprawiłby polskich inspektorów Sanepidu o migrenę i senne koszmary :D

Mięsny pod chmurką

Mięsny pod chmurką

Nawet ostatnio w Changsha będąc po raz dwunasty w Chinach, a trzeci w tej miejscowości, spotkała mnie niespodzianka w postaci herbaty podanej w sposób, który zaskoczył mnie kompletnie. Kelner nalewał zieloną herbatę z czajniczka, który miał tak na oko z półtorej metrowy dzióbek. Więc żeby nalać herbatę do filiżanek na stole, stanął prawie pod ścianą pokoiku. Do tego nalewając wykonywał niesamowitą żonglerkę czajnikiem w powietrzu. Nasuwały mi się nieodparte skojarzenia z filmem kung-fu „Pijany Mistrz”, w którym można było oglądać taką żonglerkę z dzbanem wódki czy wina w rękach mistrza sztuk walki.

herbatka w stylu kung-fu

Kung-fu tea

Kuchnię chińską polecam. Jest naprawdę ciekawa i pozwala odkryć wiele nowych smaków. Dodam tylko, że jadałem w Chinach w przeróżnych restauracjach – od tanich knajpek ulicznych po eleganckie restauracje i nigdy nie miałem problemów żołądkowych, więc albo z higieną nie jest tak najgorzej, albo ja mam jakiś wyjątkowo odporny układ trawienny.

Herbatka po chińsku, czyli kiedy uważać na zaproszenia.

We wpisie o Szanghaju wspomniałem o próbach oszustwa. Żeby jasno przedstawić misterny plan zaradnych Azjatów, tu opiszę ze szczegółami metodę, jaką próbowali na mnie zastosować i sposób, w jaki sobie z nią poradziłem.

Mankamentem wyjazdów zawodowych do dalekich krajów jest praca od poniedziałku do piątku, nie raz po 10/12h na dzień. Na zakupy, zwiedzanie i relaks zazwyczaj zostaje weekend. Tego dnia była akurat sobota i nie miałem żadnych specjalnych planów związanych z pracą czy przelotem do innego miasta, więc zaplanowałem sobie zwiedzanie. Wybrałem się do Yuyuan Garden, o którego urodzie się nasłuchałem wcześniej. Wypełzłem z czeluści szanghajskiego metra i zacząłem się rozglądać w celu złapania kierunku, w którym powinienem się udać. Nie było to specjalnie trudneDSCN5393.
Już miałem ruszyć dziarsko, gdy zaczepiła mnie jakaś para młodych Chińczyków. Zagadnęli po angielsku, czy nie zrobiłbym im zdjęcia ich telefonem. Chcąc być sympatycznym białasem, chwyciłem za chińskiego smartfona i cyknąłem im dwie fotki na rogu skrzyżowania. Ucieszeni moją chęcią współpracy (samotny jeleń sam się wystawia), kontynuowali rozmowę. Spytali, skąd jestem, co robię w Chinach. Ja zaś, kontynuując politykę otwartych drzwi, wyśpiewałem miłym Azjatom pół życiorysu. Że Polak, że do pracy przyjechałem i że idę zwiedzać YYG (Yuyuan Garden). Oni się odwzajemnili swoją opowieścią. Okazało się, że są parą studentów z innego miasta (tak, oni też byli obcy w Szanghaju, jak wiele nas łączyło, trzeba zwabić jelenia, a podobieństwa są dobrą przynętą). Ona studiowała historię Chin, a on zarządzanie. Mieli iść na bardzo popularny festiwal herbaty, który się odbywa niedaleko. Jako że są biednymi studentami, to wyszukują sobie tanich atrakcji. Chwilę pogadaliśmy i już miałem iść, gdy nagle zmartwili się i spytali, czy wiem, że teraz w YYG jest godzinna przerwa obiadowa? Zgodnie z prawdą odparłem, że nie wiem. Wtedy oni w swej serdeczności zaproponowali mi, że skoro już wiem, to mogę tę godzinę spędzić z nimi na festiwalu herbaty, który jest niedaleko, a potem zaprowadzą mnie do YYG. Jak tu nie skorzystać z tak miłej oferty? Poszedłem.

Przeszliśmy przez ulicę szybkim marszem (może z 300 metrów) i skręciłem z nimi w boczną uliczkę. Całą drogę wesoło rozmawialiśmy, komplementując wzajemnie swoją znajomość angielskiego (zwierzyna musi być zdezorientowana i nie widzieć gdzie biegnie).
Weszliśmy drzwiami do niewielkiego pomieszczenia. Wewnątrz dwie Chinki ubrane w stroje ludowe, wszędzie czajniczki, herbaty, dużo dekoracji w tradycyjnym stylu. Samo pomieszczenie niewielkie. Jakieś dwoje drzwi na tyły. Idziemy jednymi, prowadzeni przez wystrojoną Chinkę do jeszcze mniejszego pokoiku bez okien. Zdezorientowany wielkością herbaciarni spytałem, czy nie idziemy na festiwal herbat, który raczej kojarzył mi się z dużą halą wystawową lub choćby otwartym placem w formie targowiska. Moi przyjaciele studenci uspokoili mnie mówiąc, że to taka forma festiwalu, że chodzi się po wielu małych rodzinnych herbaciarniach na tej ulicy i degustuje. To mnie uspokoiło i zacząłem delektować się atmosferą lokalu i herbatami. Pani opowiadała po chińsku, moi nowi przyjaciele tłumaczyli. Wypiliśmy w ten sposób po cztery małe filiżaneczki (każda z inną herbatą). Trwało to z 30 minut. Studenci powiedzieli, że dla nich już wystarczy, bo oni są tylko biednymi studentami (nie no, czym oni się martwią, przecież to festiwal…). Pani herbaciarka wyjęła jakąś kartkę i zaczęła liczyć i liczyć. Po chwili pokazała z uśmiechem kartkę ze skomplikowanym wyliczeniem, na której było napisane około 1500 RNB. Czekałem aż przyjaciele mi przetłumaczą, spodziewając się np. wiadomości, że herbaciarnia ma takie dochody roczne, albo że na półkach mają najdroższą herbatę w tej cenie. Studenci powiedzieli z zatroskanymi twarzami, że tyle wyszło za degustację, ale żebym się nie martwił, oni będą płacili za siebie, więc kwota jest do podzielenia na trzy. Wtedy zapaliły mi się w głowie wszelkie czerwone światełka i neony z napisami „wałek”, „kant”. Zacząłem mówić, że nie spodziewałem się, że degustacje na festiwalach są płatne, że w cywilizowanych krajach tak nie jest, że cennik powinna herbaciarka pokazać na początku wizyty itp. Jednak studenci pobłażliwie się uśmiechali już nie tłumacząc Chince, która uśmiechała się promiennie, trzymając wyliczenia w dłoni. Moi przyjaciele zaczęli sięgać do portfeli i odliczać gotówkę. Świadom tego, że mam w portfelu tylko jakieś 150 RNB i 50 euro, których nie chciałem się pozbywać mówię, że nie mam tyle. Na to studenci, że mogę zapłacić euro albo dolarami, a jak chcę, to mogą mnie zaprowadzić do bankomatu.
Chodzić z nimi nie miałem ochoty nigdzie, a szarpać się i próbować wyjść „na siłę” również nie wydawało mi się najlepszym pomysłem. Szczególnie, że nie wiedziałem, ile osób jest w tej herbaciarni w innych pomieszczeniach. Skończyło się na tym, że herbaciarce oddałem 50 euro +30 RNB, czyniąc wypite 4 filiżanki najdroższą herbatą w życiu. Z wdzięczności herbaciarka dała mi na drogę próbkę herbaty zwiniętej w małe kulki (jakiś specyficzny rodzaj dwóch herbat zwijanych w kuleczkę), oraz chiński wisiorek „na szczęście”, który przyjacielscy studenci zaraz zamocowali mi na torbie aparatu fotograficznego. Wściekły jak Messerschmitt nad Londynem i rozczarowany społeczeństwem całych Chin chciałem wyjść jak najszybciej. Studenci uśmiechnięci i weseli zaproponowali, że teraz mnie odprowadzą do YYG, z czego też nie omieszkałem skorzystać, bo uznałem, że mimo iż dałem się zrobić w jelenia, to YYG nadal chciałbym zobaczyć. Zaprowadzili mnie na miejsce, po czym się pożegnali i zniknęli w tłumie.
Kilka pierwszych minut błąkałem się po Yuyuan Garden, starając uspokoić skołatane nerwy. W pewnej chwili podszedł do mnie starszy Chińczyk z plakietką na piersi „przewodnik”. Przedstawił się jako wolontariusz oprowadzający turystów po ogrodach i zaczął opowiadać o pobliskich budynkach. Nauczony doświadczeniem sprzed kilkunastu minut nie miałem ochoty na bliższe kontakty z kolejnym sympatycznym Azjatą. Potraktowałem go dość oschle, dając do zrozumienia, że nie jestem zainteresowany. W pewnej chwili spojrzał na mój aparat fotograficzny, przy którym zawieszony miałem czerwony dzyndzel „na szczęście” z herbaciarni. Spytał, czy spotkałem młodych studentów, którzy zaprosili mnie na herbatę. Skamieniałem, oczy powiększyły mi się jak wilkowi na widok babci i z nastawieniem „zaraz komuś przypier…” potwierdziłem. Tak spotkałem. Na to wolontariusz, że to źli ludzie, którzy naciągają turystów na pieniądze. Dziś i wczoraj spotkał już kilka osób oszukanych przez nich.

DSCN6873

Upominek „na szczęście” dla jelenia.

Natomiast te czerwone wisiorki „na szczęście” dają oszukanym turystom, żeby nie próbować z nimi drugi raz tej samej sztuczki. Zresztą takich grup „studentów” jest w okolicy więcej niż jedna, stąd to oznakowanie ofiar. Podziękowałem staruszkowi za informację i za oprowadzenie po zewnętrznej części YYG, po czym już sam zwiedziłem część wewnętrzną, jednocześnie knując już na spokojnie, jak tu wyrolować cwanych Chińczyków.
Skończywszy zwiedzanie YYG, wybrałem się ponownie w okolice herbaciarni (plan już był). Samo znalezienie tego miejsca nie było łatwe, musiałem chyba ze dwa razy obejść ulicę, ponieważ wejście było jednym z wielu w uliczce, a w czasie drogi na „festiwal”, gdy byłem prowadzony przez miłych „studentów”, skutecznie mnie zagadywali, więc nie zwracałem uwagi na okolicę. W końcu namierzyłem wejście i z pewnej odległości zrobiłem kilka zdjęć. Bogatszy o kilka fotek tej ekskluzywnej herbaciarni ruszyłem w kierunku YYG, bo tam widziałem patrole policji, którym chciałem zareklamować herbaciarnię.

DSCN5434

Wejście do Herbaciarni „ukryte” za wieszakiem, z widocznym na chodniku managerem (w zielonej kurteczce)

Nie uszedłem 20 metrów, gdy podbiegł do mnie Azjata, który wcześniej błąkał się bez celu po fotografowanej ulicy. Przedstawił się jako manager herbaciarni i spytał, czy chcę kupić u niego herbatę. Odpowiedziałem, starając się być jak najbardziej miły, że przed chwilą byłem w jego lokalu i piłem pyszne herbaty. I że robię właśnie zdjęcia, żeby przyjść z przyjaciółmi, bo może oni będą chcieli też spróbować herbat lub je kupić. Generalnie podziękowałem mu uprzejmie, starając się wyglądać przy tym na szczęśliwego turystę. Dotarłem do YYG (około 10 minut od herbaciarni) i znalazłem patrol policji. Po kilku minutach rozmowy (i pokazywania zdjęć) policjant, który mówił po angielsku powiedział, że oni nie mogą mi pomóc, bo mają teraz inne zadanie, ale zadzwoni po inny radiowóz i tamci mi pomogą. Pogadał przez krótkofalówkę i kazał mi czekać w tym miejscu na drugi patrol. Czekałem koło 15 minut (co mnie nie dziwiło, bo w Szanghaju już widziałem karetkę na sygnale stojącą w korku przez dość długi czas). Po kwadransie pojawił się… nie, nie patrol policji, tylko student. Spytał, co tam u mnie i czy podobały mi się YYG, i czy jestem zadowolony…
-A z czego mam być zadowolony? Przecież mnie oszukaliście. Czekam na policję, żeby pokazać im waszą herbaciarnię, żebyście więcej innych nie okradali. Zapowietrzył się, zbladł i powiedział:
– To nieprawda, nikt cię nie okradł, jak jesteś niezadowolony, to mogę ci rabat załatwić w herbaciarni, bo znam jej managera.
Znudzony czekaniem na patrol stwierdziłem, że pomysł nie jest najgorszy. Powiedziałem:
– OK., jak mi oddacie 50 euro, to nie będę czekał na patrol.
– To chodź ze mną do managera, do herbaciarni..
Na to ja:
– O nie, raz już byłem i nie podobało mi się. Przynieś mi „rabat” tutaj, ja poczekam. Jak się pospieszysz, będziesz szybciej niż policja.
Student znikł w tłumie, zaś po 3 minutach pojawił się manager. Dla przypomnienia, do YYG z herbaciarni szło się około dziesięciu minut. Po krótkim targowaniu się oddał mi moje 50 euro, ja zaś jemu dałem 20 RNB, czyli w sumie pobyt w jego herbaciarni kosztował mnie 50 RNB – około 25 złotych. Jak na Szanghaj, cena znośna i do przyjęcia. Po ponownym przywitaniu się z banknotem 50 euro ruszyłem szybko do metra, żeby już nie kusić losu. W hotelu, dla zrelaksowania się po tej mało komfortowej przygodzie, zamówiłem lampkę wina i pijąc je, nie mogłem powstrzymać uśmiechu na twarzy. Chyba nawet mruknąłem do siebie pod nosem: -Wydymać chcieli mnie Chińczyki, mnie – POLAKA, hehehe…

Chińskie Parki – czyli rozrywka dla ludu

Tym razem ciekawostka lokalna, którą można zobaczyć o każdej porze. Codziennie wygląda inaczej, a do tego praktycznie jest bezkosztowa. Chińskie parki.
Zacząć trzeba od faktu, że parki w kraju środka mają kompletnie inną specyfikę, niż ich odpowiedniki w Polsce. Po pierwsze są zadbane. Codziennie oddziały ekip, zajmujących się czystością, zielenią i drobnymi naprawami, działają na ich terenie. Dzięki ich ciągłej pracy nie ma tam połamanych ławek czy spalonego śmietnika. Po drugie, śmietnika nikt by się nie odważył spalić czy połamać ławki, bo każdą ławkę obserwują tu średnio 2 kamery. :D
Po trzecie, profil odwiedzających te miejsca jest całkiem inny niż u nas. W Polsce generalnie mamy trzy typy „parkowiczów”:
1. Właściciele psów obsrywających park (od jakiegoś czasu coraz częściej wyposażonych w foliowe woreczki).
2. Zakochane pary (zazwyczaj są to nastolatki bez mety, próbujące na ławce zaopiekować się drugą bazą i obśliniające się przy tym skuteczniej, niż psiaki spacerujące po parku, z typu pierwszego, wspomnianego powyżej).
3. No i ostatnia grupa – rodzice z dziećmi. Zazwyczaj pojawiają się jedynie w parkach posiadających jakieś instalacje rozrywkowe typu huśtawki, ślizgawki.
Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że jest to duże uogólnienie, bo pojawia się jeszcze szereg innych typów, jak na przykład winopij ławkowy czy ostatnio coraz modniejszy biegacz poranny lub wieczorny, a czasem nawet stadny. Jednak podstawowymi grupami zaludniającymi parki są te trzy wymienione wcześniej. Generalnie, nic wartego uwagi, no może poza pierwszą grupą, bo w ich przypadku, (tych bez foliowych woreczków), trzeba uważać na pozostałości po spacerującym sierściuchu.
Jak sytuacja wygląda w Chinach? Stan „techniczny” parków, o którym już wspominałem, a którego my możemy tylko Chińczykom pozazdrościć, jest tylko pierwszą różnicą. Na co dzień dziesiątki, a w przypadku dużych parków setki, jeśli nie nawet tysiące osób dziennie, odwiedzają parki. Po co? Żeby się rozwijać. Chińczycy traktują parki miejskie jako punkt spotkań towarzyskich, klub sportowy, szkołę tańca i dom kultury. W ciągu dnia zobaczysz tu przeróżne aktywności w ich wykonaniu.
Klasyka Chin, czyli Kung-Fu i Tai-Chi w różnych stylach i odmianach.

Mieszkańcy ćwiczą je w parkach samotnie, dwójkami, rodzinami lub całymi grupami. Wiek nie gra tu roli. Ciekawe jest to, że jeśli jakiś Chińczyk zaczyna ćwiczyć Tai-Chi w parku i widać, że wie, co robi (czyli ma jakieś umiejętności), to często po chwili dołączają się do niego inni, powtarzając za nim wykonywane ćwiczenia. Po kilku godzinach „samotny mistrz” może stać się opiekunem sporej trzódki uczniów.

kung-fu

Trening Kung Fu w szanghajskim parku

Kolejna aktywność to wszelkiej maści tańce, wykonywane zazwyczaj przez grupy starszych wiekiem Chińczyków. Tańce przeróżne – począwszy od ludowych, folkowych z chińskimi wachlarzami, poprzez coś, co wygląda jak klasyczny walczyk „na trzy”, tylko w rytm chińskiego disco polo, a skończywszy na jakiś tanecznych formach aerobowych, zbliżonych do Zumby. Tu już grupy są zorganizowane i zazwyczaj duże – minimum 10-15 osób.
Kolejny „sport” to wszelkiego rodzaju chińskie gry planszowe. Tu zazwyczaj mamy dwóch graczy, plus grupkę kibiców, obserwujących każdy mozolny ruch na planszy.

gry

gry parkowe

Ciekawą formą aktywności jest weekendowe puszczanie latawców. Jeśli tylko pogoda jest ładna (odrobina słoneczka plus wiaterek), parkowe łąki są oblegane przez całe dziesiątki Azjatów, puszczających latawce. Przychodzą wtedy pojedynczo, parami, a nawet całymi rodzinami, robiąc sobie równocześnie piknik. Ci, którzy nie mają sprzętu latającego, mogą zaopatrzyć się w niego na miejscu, ponieważ wraz z pogodą pojawiają się w parku (niczym grzyby po deszczu) sprzedawcy latawców.

latawce

Latawce

Dodatkowo można tam, szczególnie wieczorami, spotkać muzyków. Najliczniej reprezentowani są przedstawiciele muzyki lokalnej, tzn. osoby grające na wszelkiego rodzaju chińskich tradycyjnych instrumentach. Czasem zaszywają się gdzieś w kącie i ich obecność można tylko usłyszeć zza krzewów i płotków. Ci bardziej ekstrawertyczni siadają w widocznym punkcie, gromadząc tłumek gapiów-słuchaczy.

Interesującym widokiem są też parkowi mistrzowie kaligrafii, którzy na chodnikach piszą jakieś sentencje, przysłowia czy cytaty z czerwonej książeczki Mao. Używają do tego specjalnych pędzli i… wody. Piękno ich kaligrafii jest przez to bardziej ulotne i poetyckie. Chińskie znaki z początku napisu przy dłuższym cytacie potrafią zniknąć, zanim mistrz kaligrafii ukończy pisanie.

Ulotna kaligrafia

Ulotna kaligrafia

Jak więc widać, chiński park może zapewnić atrakcje nawet na cały dzień. Sam z jego uroków korzystałem czasem w weekendy, kiedy nie miałem jakichś specjalnych planów na dzień i zwiedzanie. Czas spędzany w parku mijał szybko, miło i relaksująco. Do tego praktycznie bezkosztowo. Jednocześnie tubylcy nie mają nic przeciwko przyglądaniu się ich działaniom, a nawet zachęcają do tego, żeby się przyłączyć do nich w tańcu czy ćwiczeniu Tai-Chi.
Aby się jakoś odwdzięczyć za możliwość korzystania z darmowych atrakcji, można skorzystać z wyciskarki bambusa (polecam). Często przy ładnej pogodzie przed wejściami do parku pojawiają się 1-2 osobowe ekipy z przenośną praską, za pomocą której wyciskają sok z bambusa. Jest on bardzo orzeźwiający i jednocześnie niewiarygodnie słodki.

Sok z bambusa

Sok z bambusa

Coś, jak nasza tradycyjna wata cukrowa na festynach, tylko zdrowsze. Byle nie przyglądać się maszynie, zazwyczaj zardzewiałej i wyglądającej, jakby pamiętała czasy rewolucji w Chinach. Idealne zakończenie dnia spędzonego w chińskim parku, miejscu pełnym rozrywki dla ludu… :)

Kraina smogu i herbaty – Szanghaj – cz.1

Z wizytą w „starym” Szanghaju.

Szanghaj jest jednym z największych miast Chin. Dla przeciętnego Europejczyka Szanghaj i Pekin to Chiny. Tam zaczyna się większość wycieczek, a czasem zaczyna i kończy. Prawdziwe Chiny są dalej… tam, gdzie praktycznie nikt nie mówi po angielsku, a miejscowi wciąż chcą robić sobie z Tobą zdjęcia, niczym dzieci z białym misiem w naszych Tatrach.

Jednak, skoro większość pierwszych kontaktów z Chinami zdarza się w Szanghaju  i Pekinie, to i od jednego z tych miejsc zacznę.

Szanghaj – jeśli jedziesz na zorganizowaną wycieczkę, nie masz wpływu na to, gdzie wylądujesz. Jeśli już jednak sam organizujesz wyjazd, zastanów się nad wyborem lotniska, bo Shanghai ma dwa. Pudong (to do tego lotniska jest kierowana większość lotów wycieczkowych z Europy) i Hongqiao. Warto sprawdzić na mapie, do którego z lotnisk będzie bliżej z hotelu, w którym masz rezerwację. Może to zaoszczędzić nawet 2-3 h drogi taksówką. Szczególnie ważne może się to okazać podczas drogi powrotnej do domu (Europy). Zapewniam Cię, że gnając na samolot ucieszysz się z lotniska blisko hotelu szczególne, że w Chinach uliczne korki są codziennością.

Szanghaj jest też bardzo dobrze skomunikowany siecią linii metra. Metro jest niedrogie, a przy tym okazuje się nie raz być jednym z szybszych środków lokomocji w tej metropolii. Na każdej stacji jest dużo automatów. Sugeruję posiadanie zarówno banknotów, jak i monet, ponieważ są dwa typy automatów   z biletami do metra. Jeden typ przyjmuje tylko monety, a to, że na każdej stacji jest dużo automatów biletowych nie znaczy, że wszystkie są czynne. Czasem złośliwie działają tylko te na monety, a Ty masz portfel pełen chińskich banknotów… Z dobrych wieści – obsługa automatu biletowego możliwa w języku chińskim… i angielskim.

Hoteli jest tu mnóstwo – od takich, które kosztują po 1000 zł za dobę, po tanie hoteliki za mniej niż 100 złotych. Pamiętaj jednak, im taniej, tym mniejsza szansa na to, że obsługa mówi po angielsku, a w hotelu zamówisz kawę. Raz miałem przyjemność nocować w chińskim hotelu, w którym rzadko goszczą Europejczyków. Takie miejsce zapewnia niepowtarzalne wrażenia już od momentu, w którym próbujesz się doprosić klucza i numeru pokoju na recepcji.  W Chinach, jak chyba w większości krajów komunistycznych czy postkomunistycznych, kwitnie biurokracja. Twoje dane muszą być milion razy zapisane, potwierdzone i sprawdzone. W hotelu jest podobnie. Zazwyczaj przybycie na recepcję hotelową wiąże się z wypełnieniem jakiegoś sporego druczku, kserowaniem paszportu itp. Pół biedy, jeśli druczek jest po angielsku, albo tym językiem włada obsługa. Gorzej, gdy jedyne słowo w obcym języku, jakie są w stanie powiedzieć pracownicy, to „Hello”. Nagle okazuje się, że „check in” i „check out” to długa podróż w nieznane.

Jesteśmy już na miejscu. Zwiedzanie czas zacząć. Na początek… odradzam taksówki i polecam metro. Powody jak wcześniej – taniej i szybciej. Do tego 99% taksówkarzy nie mówi po angielsku, więc musisz mieć napisany adres docelowy po chińsku (krzakami) i wierzyć, że dowiozą Cię, gdzie chcesz i najkrótszą trasą.    Z doświadczenia wiem, że taka wiara bywa często kruszona przez rzeczywistość Szanghaju .

Tym razem turystyczne minimum (przy założeniu, że masz mało czasu, a chcesz poczuć klimat Chin…) Zaczniemy od buddyjskiej świątyni.

Jingan Temple

Jingan Temple - wejście do świątyni

Jingan Temple – wejście do świątyni

– dobry dojazd linią metra, która dociera praktycznie do samej świątyni. Przejść trzeba ok. 50-100 m w zależności od tego, którym wyjściem z metra się wydostaniemy.

Wejściówka – 50 RNB (niestety za kontakt z buddyzmem trzeba płacić ). Wewnątrz mnóstwo turystów (buddystów?) i spora garść mnichów modlących się  i odprawiających jakieś obrzędy w różnych salach.

65664_4122280070168_1275391909_n

Nadal zastanawia mnie ta wejściówka, bo normalnie odbywały się tam jakieś ceremonie odprawiane przez mnichów z uczestniczącymi wiernymi. Czyżby tam wszyscy musieli płacić za wejście? Nawet, jeśli są buddystami i chcą się tylko pomodlić? Budynek piękny, wszechobecny zapach kadzideł, kilka pięter i wiele sal bogato zdobionych rzeźbami i obrazami. Co jakiś czas grupa mnichów przechodzi dziedzińcem z bębenkami i dzwonkami, na przemian odmawiając słowa modlitwy i zastygając w ciszy i bezruchu. Wszystko to w środku wielkiego Szanghaju. Wystarczy unieść głowę w górę ponad mur otaczający dziedziniec, by zobaczyć wszechobecne wieżowce. Wrażenie ciekawe, przynajmniej za pierwszym razem, bo gdy byłem w tej świątyni trzeci raz, to ten spacerek łysych mnichów z dzwonkami   i bębenkami, w połączeniu z ich zawodzeniem, robił już mniejsze wrażenie, a nawet wyglądał na taką popelinę pod publiczkę, która zapłaciła 50 RNB. Z drugiej strony, czemu nie. W końcu my też mamy w Polsce procesje, na przykład na Boże Ciało, a za bilet nieoficjalnie rzuca się na tacę…

532689_4122328911389_1111439301_nNa dziedzińcu świątyni przed wyjściem polecam zakup miejscowych kadzidełek. Mają jeden rodzaj, więc nie trzeba się zastanawiać nad wyborem, a koszt – symboliczne 1 RNB.