Obiad patrzy na mnie smutno...

Jak zaskoczyły mnie Chiny.

Zanim pojawiłem się pierwszy raz w Chinach, nie doceniałem ich ogromu. Jakoś nigdy nie zwracałem uwagi na rozmiar tego kraju. Wiedziałem tylko, że jest i mieszkają tam „miliony małych Chińczyków”, więc musi to być spory kraj.

Jednak dopiero wizyta w Chinach pokazała mi ich wielkość. Kraj, w którym lokalnie samolotami lata się tak, jak u nas jeździ autobusem, bo jest to najwygodniejszy i czasem jedyny sensowny środek transportu do innej prowincji. Kraj, w którym droga w mieście ma tyle pasów i jest tak szeroka, jak nasze autostrady. Jest to miejsce, w którym osiedla wieżowców rosną do góry jak wieże dmuchanych zamków. Nie budynek po budynku, ale równocześnie. W tym samym czasie i tempie potrafią tu budować 20 wieżowców. Przy każdym z nich stoi żuraw i wre praca.

Jednak jednym z przyjemniejszych zaskoczeń była chińska kuchnia. To, co w Europie nam serwują tzw. chińskie bary to popłuczyny po chińskiej kuchni. W dodatku na własne życzenie, bo potrawy tam serwowane są sprzedawane pod gust mieszkańców Europy. Dlatego surówką do chińskiego dania kupionego w Polsce jest poszatkowana biała kapusta albo, jeśli bar trzyma fason, to jest to sałatka z kapusty „pekińskiej” żeby choć z nazwy być bliżej Chin.
Tymczasem, jak to wygląda w Chinach… Przede wszystkim różnorodność. Idąc na obiad czy kolację w Chinach przygotujmy się na mnogość potraw. Szczególnie, jeśli zostaliśmy zaproszeni przez gospodarzy. Potraw będzie co najmniej kilka, kilkanaście. Na każdym z półmisków danie dla 1-2 osób. Małe porcje?… Może i tak, ale nie przy kilkunastu potrawach. Cała sztuka polega na dzieleniu się i kosztowaniu każdej z nich.

Restauracja gotowa na gości - Changsha, Chiny

Restauracja gotowa na gości – Changsha, Chiny

Popularnym standardem są okrągłe stoły ze szklaną obrotową taflą, na której są poustawiane dania. Obracamy taki szklany stół, częstując się tym daniem, które akurat w danej chwili nas interesuje (nabierając pałeczkami odrobinę dania na swój talerz). Może nie zjemy jednej całej potrawy, ale za to zjemy ich… kilkanaście. Mamy dzięki temu niepowtarzalną okazję zapoznać się z wieloma różnymi smakami kuchni chińskiej podczas jednego posiłku.
Innym popularnym sposobem na wspólny posiłek w barze są tak zwane hot-pot’y. Zasada jest podobna, potraw także kilka do kilkunastu, jednak w większości są to dania surowe… mięso, warzywa. Zaś w lub na stole są specjalnie podgrzewane garnki z bulgoczącym wywarem, czasem jeden wspólny, a czasem dla każdej osoby przy stole indywidualne garnuszki. W tej wersji też bierze się po odrobinie potrawy z półmisków, tylko trzeba ją potem jeszcze sobie ugotować. Taka samoobsługa.

Wspólny gar do gotowania

Wspólny gar do gotowania

Ciekawostką jest też popularna u nich w wielu barach możliwość wybrania posiłku samodzielnie. Ktoś mógłby spytać, co w tym dziwnego? U nas też sami wybieramy, co chcemy zjeść. Tak, tylko u nas wybieram z menu, a tam często na parterze restauracji znajduje się mały sklep zoologiczny, w którym można spojrzeć pływającej dziarsko rybie w oczy, postukać żółwia w skorupę, albo obejrzeć szczypce kraba, a na koniec pokazać paluchem na akwarium i powiedzieć: „Tego chcę zjeść”. I za piętnaście minut masz nominowanego delikwenta podanego na talerzu.

Żywe menu

Żywe menu

kraby
Generalnie Polakowi ich jedzenie smakuje (i nie jest to tylko moje zdanie). Podstawowa różnica to to, że większość potraw jest bardziej pikantna. Czasami po prostu ostro przyprawiona, a czasem piekielnie pali w gardle. Same smaki bardzo różnorodne, wiele potraw regionalnych popularnych w obrębie danej prowincji. Są też prowincje znane z „kuchni” wyjątkowo pikantnej nawet jak na Chiny.

Jakie można spotkać najbardziej nietypowe potrawy?… Powiem tak, jadłem węża, smażone mrówki (smakiem przypominały lekko słone i mocno pokruszone chipsy). Ganiałem się po restauracyjnym stoliku z krewetkami (żywymi), nadziewanymi jak szaszłyk na drut, które złaziły z półmiska i trzeba je było samemu ubić gotując we wrzącym „rosołku”.
Miałem też okazję spróbować „100-letniego” jaja… i była to jedyna potrawa, której nie dałem rady przełknąć. Jajka te są w specjalny sposób preparowane w garnkach z wodą, ziołami, gliną, wapnem, solą, herbatą i innymi dodatkami. W takiej miksturze spędzają do 100 dni. W tym czasie dochodzi do naturalnego procesu „ścięcia” i samoistnego zakonserwowania się jajka dzięki temperaturze wytworzonej z reakcji z niegaszonym wapnem. Efekt wizualnie niesamowity… Białko w kolorze brązowo-żółtej galarety, a żółtko zielono-czarne.

100 letnie jaja

100 letnie jaja

Smród też, jak przystało na stuletni nabiał. Jajo można bardzo długo przechowywać dzięki tej metodzie przygotowania, jednak niezależnie od tego, jak szybko wyjmiemy je ze skorupki, smród zbliżony do amoniaku jest tak intensywny, że odbiera wszelkie chęci do konsumpcji. Można je jeść z sosem sojowym, jednak ja nie byłem w stanie tego przełknąć w wersji sauté. Wariacją na temat jajka jest szanghajskie jajko herbaciane, które jest już bardziej dopasowane smakowo do polskiego podniebienia.

Pomimo tych doświadczeń nadal jestem pewien, że kuchnia chińska może mnie zadziwić kolejną nieszablonową potrawą lub sposobem jej podania.
Już od pierwszej wizyty Chińczycy zaskoczyli mnie, gdy w małej knajpce na ulicy Szanghaju zamówiłem coś, co wyglądało na rosół, a podano mi go w sporej miseczce… z pałeczkami.
Dopiero mój błagalny wzrok, (w barze nikt nie mówił po angielsku), skierowany na pałeczki spowodował, że kucharz przyniósł mi ze śmiechem małą ceramiczną łyżeczkę.
Podobnie niespodzianką był dla mnie pierwszy raz widziany sklep, czy może raczej stragan mięsny. Takie połączenie rzeźni ze sklepem mięsnym, a wszystko pod chmurką. Ten widok przyprawiłby polskich inspektorów Sanepidu o migrenę i senne koszmary :D

Mięsny pod chmurką

Mięsny pod chmurką

Nawet ostatnio w Changsha będąc po raz dwunasty w Chinach, a trzeci w tej miejscowości, spotkała mnie niespodzianka w postaci herbaty podanej w sposób, który zaskoczył mnie kompletnie. Kelner nalewał zieloną herbatę z czajniczka, który miał tak na oko z półtorej metrowy dzióbek. Więc żeby nalać herbatę do filiżanek na stole, stanął prawie pod ścianą pokoiku. Do tego nalewając wykonywał niesamowitą żonglerkę czajnikiem w powietrzu. Nasuwały mi się nieodparte skojarzenia z filmem kung-fu „Pijany Mistrz”, w którym można było oglądać taką żonglerkę z dzbanem wódki czy wina w rękach mistrza sztuk walki.

herbatka w stylu kung-fu

Kung-fu tea

Kuchnię chińską polecam. Jest naprawdę ciekawa i pozwala odkryć wiele nowych smaków. Dodam tylko, że jadałem w Chinach w przeróżnych restauracjach – od tanich knajpek ulicznych po eleganckie restauracje i nigdy nie miałem problemów żołądkowych, więc albo z higieną nie jest tak najgorzej, albo ja mam jakiś wyjątkowo odporny układ trawienny.

4 myśli nt. „Jak zaskoczyły mnie Chiny.

  1. Krushyna

    dla mnie Chiny też były mega zaskoczeniem, powaliły mnie ogromem, byłam 2 razy w różnych miejscach, ale to jednak nie moje klimaty, a za kuchnią chińską niestety nie przepadam, ale warto poznawać wszystko co nam nieznane przynajmniej poo to, by wiedzieć:)

    Odpowiedz
    1. admin Autor wpisu

      Cześć Krushyna,

      Można spytać w jakiej części Chin byłaś? Na przykład mojemu znajomemu niezbyt przypadła do gustu kuchnia Syczuańska. Była dla niego najzwyczajniej za pikantna. Podczas kilku dni w Chengdu facet prawie głodował, bo nie tylko, że miał problemy z przełknięciem wielu nazbyt pikantnych potraw to jeszcze potem doskwierał mu żołądek. Dobrze choć, że piwo nie było pieprzne to jakoś pobyt przetrwał :)
      Jak będziesz mieć okazję na kolejną wizytę w Chinach nie wahaj się, może następnym razem trafisz w region, który kulinarnie bardziej Cię przekona.

      Pozdrawiam S.

      Odpowiedz
      1. Krushyna

        Kulinarnie to ogólnie jestem „francuski piesek” jak to mówią, jedzenie było znośne, a ja jestem lokalna patriotką i preferuje schabowe ;p a tak naprawdę to w ogóle azjatyckie jedzenie mnie nie przekonuje. Jestem pasjonatką włoskiej kuchni pomijając wszelkie owoce morza;]
        W Chinach byłam w Beijing, Shanghai, Luoyang, Shaolin i te okolice. Piwo akurat wszedzie podobnie smakuje, więc z tym problemów nie miałam, z żołądkiem też nie, po prostu gustuję w ‚prostszych’ smakach.
        Co do bali wydaje się być egzotyczne, ale słyszałam, że przereklamowane. Tak czy siak chcę sie sama o tym przekonać, bo Indonezja od zawsze była moim must see!

        Odpowiedz
        1. admin Autor wpisu

          Patrząc na Inspirujsie to raczej nie „francuski piesek” tylko „włoska mimoza”, a już po nicku Krushyna, który sugeruje bardziej baletnicę niż zawodnika sumo, nigdy bym nie wpadł na upodobanie do tradycyjnego schabowego :D
          Beijing i Shanghai miałem okazję oglądać, ale Luoyang i Shaolin to dla mnie ziemia nieznana. Shaolin z chęcią bym odwiedził choćby ze względu na sentyment do starych filmów z Bruce Lee.
          Polecam Chengdu (jeśli lubisz pikantne jedzenie i piękne zabytki do oglądania) i Changsha (najlepsze zupy w Chinach i pobliskie muzeum Mao Tse Tunga).
          Bali jak dla mnie kusi przede wszystkim pięknymi plażami i wodą. No i jeszcze nigdy tam mnie nie było, a to powód dobry jeśli nie najlepszy do sprawdzenia czy… Bali przereklamowali ;)

          Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *